„Dzień po ślubie zrozumiałam, że nie kocham męża. Rodzina się do mnie nie odzywa, a ja po prostu chcę się wyszaleć”
„Wierzyłam, że ślub coś zmieni. Że jak założę tę obrączkę, to poczuję magię. Że wątpliwości znikną, a pojawi się to słynne małżeńskie spełnienie. Tymczasem stało się odwrotnie. Przysięga w kościele zadziałała jak kubeł zimnej wody”.

Stałam przed lustrem w hotelowej łazience, zmywając resztki makijażu, który kosztował fortunę. W sypialni obok spał człowiek, któremu zaledwie kilkanaście godzin wcześniej ślubowałam miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Powinnam czuć ulgę, radość, ekscytację przed podróżą poślubną. Zamiast tego czułam, jak żelazna obręcz zaciska mi się na klatce piersiowej.
Wesele było idealne
Sala tonęła w pastelowych kwiatach, zespół grał same przeboje, a jedzenie wjeżdżało na stoły z wojskową precyzją. Goście bawili się wyśmienicie, wznosząc kolejne toasty za młodą parę.
– Masz takie szczęście, dziecko – powiedziała ciotka, pociągając nosem. – Paweł to taki dobry chłopak. Ułożony, zaradny, z dobrej rodziny. Wygraliście los na loterii.
Uśmiechnęłam się wtedy tym wyćwiczonym uśmiechem, który towarzyszył mi przez ostatnie pół roku przygotowań. Przytaknęłam, bo tego ode mnie oczekiwano. Paweł faktycznie był idealny. Na papierze. Miał stabilną pracę, własne mieszkanie i plan na najbliższe pięćdziesiąt lat. Kochał mnie w sposób spokojny, przewidywalny i bezpieczny. Problem polegał na tym, że ja w tym bezpieczeństwie zaczynałam się dusić.
Gdy tańczyliśmy pierwszy taniec, Paweł szeptał mi do ucha, jak pięknie wyglądam i jak bardzo jest szczęśliwy, że w końcu jestem jego żoną. Czułam jego dłoń na plecach, pewną i ciepłą, a jednocześnie miałam ochotę uciec z parkietu. Każdy obrót w ciężkiej sukni przypominał mi o tym, że właśnie zamknęły się za mną drzwi. Drzwi do wolności, do spontaniczności, do decydowania o sobie tylko i wyłącznie w liczbie pojedynczej.
To była klatka
Patrzyłam na moją przyjaciółkę Anię, która szalała na parkiecie z jakimś przystojnym kuzynem Pawła. Ania była singielką, wiecznie w podróży, wiecznie spłukana, ale zawsze uśmiechnięta. Zazdrościłam jej. Nie tego konkretnego momentu, ale tego, że za tydzień mogła obudzić się w Lizbonie albo w Bieszczadach, jeśli tylko by tego zapragnęła. Ja za tydzień miałam wybierać kafelki do naszej wspólnej łazienki i planować niedzielny obiad dla teściów.
Nasza historia nie była materiałem na film romantyczny. Poznaliśmy się trzy lata temu na grillu u znajomych. Paweł był gościem, który pilnował, żeby kiełbaski się nie przypaliły i żeby wszyscy mieli czym wrócić do domu.
Zaimponował mi wtedy swoją odpowiedzialnością. Ja byłam na etapie życiowego chaosu – kończyłam trudne studia, nie miałam pracy, a moje relacje z rodzicami były napięte. Paweł stał się moją bezpieczną przystanią. Rodzice go uwielbiali. Moja mama, która zawsze martwiła się o moją przyszłość, odetchnęła z ulgą, gdy przyprowadziłam go do domu.
– Z nim nie zginiesz – powtarzała jak mantrę. – To materiał na męża i ojca.
Był bezpieczny
I tak, krok po kroku, weszłam w tę rolę. Byłam grzeczną dziewczyną Pawła, potem narzeczoną. Nie kłóciliśmy się, bo Paweł zawsze ustępował albo racjonalnie tłumaczył, dlaczego jego rozwiązanie jest lepsze. A zazwyczaj było. Miał rację w kwestiach finansowych, logistycznych i życiowych. Był głosem rozsądku, którego mi brakowało.
Ale gdzieś po drodze zgubiłam siebie. Przestałam marzyć o podróży autostopem przez Azję, bo to niebezpieczne i nieodpowiedzialne. Zaczęłam ubierać się bardziej elegancko, bo to pasowało do jego firmowych bankietów. Stałam się wersją demo samej siebie, dostosowaną do jego poukładanego świata.
Wierzyłam, że ślub coś zmieni. Że jak założę tę obrączkę, to poczuję magię. Że wątpliwości znikną, a pojawi się to słynne małżeńskie spełnienie. Tymczasem stało się odwrotnie. Przysięga w kościele zadziałała jak kubeł zimnej wody. Słowa „aż do śmierci” brzmiały jak wyrok dożywocia w luksusowym, ale jednak więzieniu.
Nie chciałam tego
Obudziłam się wcześnie rano, jeszcze zanim słońce dobrze wstało. Paweł spał głęboko, oddychając miarowo. Leżałam obok niego, patrząc w sufit i czując narastającą panikę. To nie był zwykły stres panna młodej. To była fizyczna reakcja organizmu na sytuację bez wyjścia.
Wstałam cicho i poszłam do okna. Z hotelowego pokoju rozpościerał się widok na park. Widziałam ludzi spacerujących z psami, biegaczy. Żyli swoim życiem. A ja właśnie przypieczętowałam swój los. Kiedy Paweł się obudził, był promienny. Przytulił mnie i pocałował w szyję.
– Dzień dobry, żono – powiedział z dumą w głosie. – Jak się spało?
– Dobrze – skłamałam, odsuwając się delikatnie pod pretekstem pójścia do łazienki.
Podczas śniadania, które zamówiliśmy do pokoju, Paweł był pełen energii. Wyjął tablet i zaczął pokazywać mi oferty kredytów hipotecznych.
– Wiesz, myślałem o tym wczoraj – zaczął, smarując rogalika masłem. – Jeśli weźmiemy ten kredyt na trzydzieści lat teraz, to zdążymy go spłacić przed emeryturą. A działka obok moich rodziców wciąż jest na sprzedaż. Mama mówiła, że moglibyśmy tam postawić bliźniaka. Bylibyśmy blisko nich, pomogliby przy dzieciach.
Wszystko zaplanował
Poczułam, jak kawa podchodzi mi do gardła. Dzieci, bliźniak, działka obok teściów. Trzydzieści lat kredytu. To był jego plan na nasze życie. Plan, którego nigdy ze mną nie skonsultował, a jedynie zakładał, że się zgodzę, bo przecież to logiczne i rozsądne.
– Paweł… – zaczęłam cicho. – Czy my musimy o tym rozmawiać teraz? Jest dzień po naszym ślubie.
– No właśnie! – uśmiechnął się szeroko. – To najlepszy moment. Zaczynamy budować przyszłość, kochanie. Trzeba działać konkretnie. Nie ma na co czekać. Za rok, dwa moglibyśmy już starać się o malucha.
Patrzyłam na tego dobrego, porządnego człowieka i czułam do niego… nic. Kompletną pustkę. A właściwie gorzej – czułam niechęć do wizji życia, którą mi oferował.
– Nie chcę bliźniaka obok twoich rodziców – powiedziałam.
Paweł zamarł z widelcem w połowie drogi do ust. Spojrzał na mnie zdezorientowany.
– Co? Ale przecież to świetna lokalizacja. I tanio wyjdzie, bo ojciec ma znajomości w hurtowni budowlanej.
– Nie chodzi o lokalizację. Chodzi o to, że ja nie chcę takiego życia.
Nie wytrzymałam
Jego twarz spoważniała.
– O czym ty mówisz? Jesteś zmęczona po weselu, to emocje opadają. Nie wiesz, co gadasz.
– Wiem doskonale – wstałam od stołu, bo nie mogłam już usiedzieć w miejscu. – Nie chcę teraz brać kredytu na trzydzieści lat. Nie chcę planować dzieci na przyszły rok. Mam dwadzieścia kilka lat, chcę zobaczyć świat, chcę popełniać błędy, chcę się bawić, a nie wybierać kolor elewacji!
– Ale przecież wzięliśmy ślub! – podniósł głos, co u niego było rzadkością. – Ślub to dojrzałość. To odpowiedzialność. Co ty sobie myślałaś? Że to zabawa w dom?
– Myślałam, że to będzie miłość, a nie biznesplan! – krzyknęłam. – Myślałam, że będziemy partnerami, a ty masz już rozpisany scenariusz dla mnie, w którym jestem tylko dodatkiem do twojego idealnego obrazka!
Patrzył na mnie, jakby widział mnie po raz pierwszy w życiu. W jego oczach nie było już złości, tylko czyste przerażenie i ból.
– Czy ty mnie w ogóle kochasz? – zapytał cicho.
To było pytanie, którego bałam się najbardziej. Przez chwilę chciałam skłamać, powiedzieć „tak”, załagodzić sytuację, pojechać w podróż poślubną i udawać dalej. Ale nie mogłam. Patrząc na niego, wiedziałam, że jeśli teraz skłamię, zniszczę życie nam obojgu na długie lata.
Wyznałam prawdę
– Paweł… jesteś wspaniałym człowiekiem, ale ja cię nie kocham tak, jak powinnam. Nie kocham cię tak, jak ty kochasz mnie. I nie chcę takiego życia, jakie ty masz zaplanowane.
Wstał powoli, wziął kluczyki od samochodu ze stolika.
– Muszę się przewietrzyć – powiedział głucho i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Zostałam sama w pokoju pełnym prezentów ślubnych i kwiatów, które zaczynały już więdnąć. Reakcja rodziny była gorsza, niż mogłam sobie wyobrazić. Kiedy wróciłam do domu rodziców, bo do naszego wspólnego mieszkania nie miałam odwagi wejść, matka dostała histerii.
– Co ty narobiłaś?! – krzyczała, chodząc po kuchni i łapiąc się za głowę. – Dzień po ślubie?! Co ludzie powiedzą? Jak ja się pokażę w pracy? Wstyd na całą rodzinę! Zniszczyłaś chłopakowi życie!
– Mamo, ja byłam nieszczęśliwa – próbowałam się bronić.
– Nieszczęśliwa? – prychnęła. – Masz wszystko! Mieszkanie, męża, pieniądze. Czego ci jeszcze brakuje? W głowie ci się poprzewracało od tego dobrobytu. Życie to nie bajka, dziecko. Życie to obowiązki.
Ojciec milczał. Siedział w fotelu i patrzył w telewizor, ale widziałam, że ręce mu drżą. On zawsze stał z boku, zdominowany przez matkę, ale tym razem jego milczenie bolało mnie bardziej niż krzyki matki.
Postawiłam na swoim
Przez kolejne dni mój telefon nie przestawał dzwonić. Teściowa dzwoniła z płaczem i wyzwiskami, nazywając mnie oszustką i manipulantką. Kuzynki pisały wiadomości pełne niedowierzania. Paweł się nie odzywał. Dowiedziałam się od znajomych, że wziął urlop i wyjechał gdzieś sam.
Najgorsze było to, że nikt nie zapytał, dlaczego podjęłam tak drastyczną decyzję. Dla nich liczył się tylko skandal, zmarnowane pieniądze na wesele i to, „co ludzie powiedzą”. Byłam czarną owcą, wyrodną córką, tą złą. Spakowałam resztę swoich rzeczy z domu rodziców w dwie walizki. Matka powiedziała, że jeśli teraz wyjdę, to nie mam po co wracać, dopóki nie zmądrzeję i nie przeproszę Pawła na kolanach.
– W takim razie nie wrócę – odpowiedziałam i zamknęłam za sobą drzwi mojego dzieciństwa.
Minęły trzy miesiące. Wynajmuję mały pokój w mieszkaniu studenckim, mimo że dawno nie jestem studentką. Pracuję w kawiarni, co dla mojej matki jest szczytem upadku społecznego, biorąc pod uwagę moje wykształcenie. Ale nigdy nie czułam się lepiej.
Formalności rozwodowe są w toku. Paweł w końcu się odezwał, rozmawialiśmy krótko i rzeczowo. Jest zraniony, pewnie będzie mnie nienawidził do końca życia, i ma do tego prawo. Wiem, że go skrzywdziłam. Wiem, że powinnam była to przerwać wcześniej, przed ołtarzem, przed zaproszeniami, przed zaręczynami. To mój największy grzech – tchórzostwo, które doprowadziło do tej farsy.
Odzyskałam siebie
Ale teraz, siedząc na balkonie mojego wynajmowanego pokoju, czuję spokój. W przyszłym tygodniu jadę z Anią w góry. Bez planu, bez rezerwacji, z plecakiem. Potem może wyjadę za granicę do pracy sezonowej. Nie wiem. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze – że nie wiem.
Rodzina się do mnie nie odzywa. Ciotki plotkują, że pewnie kogoś mam, że zwariowałam. Niech gadają. Nie rozumieją, że ja po prostu chciałam odzyskać swoje życie. Chcę się wyszaleć, ale nie w sensie imprez do rana w klubach. Chcę wyszaleć się życiowo – doświadczyć niepewności, podejmować głupie decyzje na własny rachunek, spać do południa w niedzielę i jeść płatki na obiad, jeśli będę miała na to ochotę.
Straciłam męża, straciłam poparcie rodziny i stabilizację finansową, ale odzyskałam siebie. I choć cena była astronomiczna, wiem, że było warto. Bo w końcu, gdy patrzę w lustro, widzę kogoś, kogo lubię. Widzę dziewczynę, która ma przed sobą całe życie, a nie gotowy scenariusz napisany przez kogoś innego.
Kinga, 27 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przepisałam dom na dzieci, wierząc w ich uczciwość. Teraz dzwonią tylko wtedy, gdy znowu potrzebują pieniędzy”
- „Oddałam córce wszystkie swoje oszczędności na jej biznes życia. Firma kwitnie, a ja więdnę samotnie przy oknie”
- „Teściowa nigdy nie ma czasu, by popilnować wnuków. Woli oglądać całymi dniami brazylijskie telenowele”