Reklama

To nie była kwestia zazdrości. Już dawno przestałam kochać Sylwka, a nienawiść wypaliła się we mnie gdzieś pomiędzy trzecią a czwartą wizytą u komornika, który rozkładał ręce. Ale kiedy weszłam do pokoju mojego dziesięcioletniego syna i zobaczyłam, jak próbuje ukryć łzy, pakując z powrotem do szafy swoje stare łyżwy, coś we mnie pękło.

Ledwo spinałam miesiąc

Zima w tym roku była wyjątkowo podła. Siedziałam w kuchni, wpatrując się w rachunek za ogrzewanie, który leżał na stole jak wyrok śmierci. Obok niego leżała kartka z listą zakupów, z której zdążyłam już skreślić połowę rzeczy. Został chleb, mleko, parówki na promocji i jabłka.

Adaś spał w pokoju obok, a przynajmniej udawał, że śpi. Słyszałam wcześniej, jak cicho szlocha. Wszyscy jego koledzy z klasy wyjeżdżali. Kacper leciał z rodzicami do Egiptu, Zosia jechała na obóz narciarski do Białki, nawet Piotrek, którego rodzicom się nie przelewało, jechał do babci na wieś, gdzie czekały na niego sanki i kuligi. A Adaś miał perspektywę dwóch tygodni spędzonych przed telewizorem w bloku z wielkiej płyty, gdzie jedyną atrakcją jest wyjście do dyskontu.

– Mamo, naprawdę nie muszę nigdzie jechać – powiedział mi wczoraj przy kolacji, grzebiąc widelcem w makaronie z serem. Jego głos był tak dojrzały, tak wyprany z dziecięcej roszczeniowości, że serce pękło mi na milion kawałków. – Przeczytam te książki od cioci Basi. Będzie fajnie.

Kłamał, żeby mnie nie martwić. Miał dziesięć lat, a zachowywał się jak mały dorosły, który dźwiga na barkach ciężar mojego debetu.

Wszystko rozumiał

Podeszłam do okna. Na parkingu przed blokiem stało moje dwunastoletnie auto, które modliłam się, żeby rano odpaliło. A potem spojrzałam na telefon. Nie powinnam tego robić. Wiedziałam, że to masochizm w najczystszej postaci, ale palec sam powędrował do ikonki Instagrama.

Profil Sylwka był otwarty. Narcyzi nie zamykają profili, oni potrzebują publiczności jak tlenu. Sylwek to mój były mąż. Człowiek, który przed sądem rodzinnym prezentował się w starym swetrze, z zaświadczeniem o bezrobociu i twarzą męczennika, twierdząc, że tysiąc złotych alimentów to dla niego kwota zaporowa. „Wysoki sądzie, żyję dzięki uprzejmości matki, sypiam u kolegów na kanapie” – mówił drżącym głosem trzy miesiące temu. Teraz patrzyłam na jego story.

Lokalizacja: Cortina d’Ampezzo, Włochy. Na pierwszym ujęciu deska rozdzielcza najnowszego BMW. Skórzana tapicerka, na której spoczywała dłoń z zegarkiem, którego wartość przewyższała mój roczny dochód. Na drugim ujęciu: stół zastawiony ostrygami i kieliszkami z czymś, co na pewno nie było wodą mineralną.

I wreszcie Sylwek. Opalony, w markowych goglach, w kombinezonie, który lśnił nowością. Obok niego Paulina, dwudziestolatka z ustami, które wyglądały, jakby mogły same spłacać kredyt hipoteczny. Obejmowali się na tle ośnieżonych szczytów. Podpis: „Zasłużony relaks po ciężkim kwartale”.

Szpanował kasą

Poczułam, jak krew uderza mi do głowy. To nie była zwykła złość. To była furia. „Ciężki kwartał”? Jedyną ciężką rzeczą, jaką ten człowiek zrobił w ostatnim kwartale, było unikanie poleconych ode mnie. Napisałam do niego. Wiedziałam, że to błąd, ale dłonie mi się trzęsły. „Sylwek, Adaś nie ma butów na zimę. Wyrósł. Potrzebuję pieniędzy. Przelej chociaż zaległe alimenty za styczeń. Proszę”.

Odpowiedź przyszła po minucie. Zero wstydu. „Renia, nie psuj mi wyjazdu. Wiesz, że mam trudną sytuację. To wyjazd sponsorowany, jestem tu jako asystent kolegi. Nie mam gotówki. Poradzisz sobie, jesteś zaradna. Buziaki dla młodego”. „Sponsorowany”. „Asystent”. Rzuciłam telefonem o kanapę. Ten człowiek oficjalnie nie miał nic. Samochody były w leasingu na firmę jego matki, mieszkanie wynajmowane na „słupa”, a pieniądze przepływały przez konta, o których istnieniu wiedziałam, ale których nie mogłam udowodnić.

Zadzwoniłam do Baśki. Baśka to ten typ przyjaciółki, która nie pyta "czy chcesz herbaty?", tylko wchodzi z winem i łopatą, żeby zakopać ciało. Była pierwsza w nocy, ale odebrała po drugim sygnale.

– Widziałaś? – zapytała zamiast powitania.

– Widziałam – wycharczałam. – Adaś płacze w poduszkę. A ten gnojek żre ostrygi.

– Słuchaj, płakanie nic nie da. Komornik to idiota, system jest dziurawy jak nasze drogi po zimie. Musimy to załatwić inaczej.

Byłam bezradna

– Jak? Pojadę do Włoch i zrobię mu scenę? Nie stać mnie nawet na paliwo do Cieszyna.

– Nie – Baśka zawiesiła głos. – Ale pamiętasz, co mówił o tym nowym biznesie? Że wchodzi w spółkę z jakimiś poważnymi ludźmi z branży deweloperskiej?

– Coś tam bredził, zanim mnie zablokował. Że teraz to on będzie budował osiedla.

– No właśnie. Spójrz na to zdjęcie ze stoku jeszcze raz. Nie na niego. Na to, co jest w tle.

Wzięłam telefon do ręki. Przybliżyłam zdjęcie. Za plecami uśmiechniętego, fałszywego Sylwka i jego plastikowej księżniczki siedziała grupa mężczyzn. Wyglądali na starszych, poważnych. Jeden z nich trzymał teczkę.

– I co z tego? – zapytałam.

– Ten facet w granatowej kurtce to deweloper. Wiem, bo mój stary robił u niego elektrykę. To jest człowiek starej daty. Bardzo konserwatywny. Rodzina, wartości, te sprawy. Nie znosi oszustów.

– Sugerujesz, że Sylwek bajeruje go na inwestycję?

– Jestem tego pewna. Sylwek szuka inwestora. A wiesz, czego inwestorzy nie lubią? Kiedy dowiadują się, że ich potencjalny partner biznesowy to alimenciarz, który ukrywa majątek i oszukuje system.

Wpadłam na pomysł

W mojej głowie zaczęły przesuwać się trybiki. Plan był szalony, ryzykowny i wymagał ode mnie wyzbycia się resztek godności. Ale spojrzałam na drzwi pokoju Adasia.

– Co mam zrobić?

– Nie pisz do niego o kasę. Napisz komentarz, ale nie u niego, u tego dewelopera. Jego firma ma profil. Oznacz Sylwka, ale to musi być inteligentne. Musisz uderzyć tam, gdzie zaboli go biznesowo.

Następny dzień w pracy był koszmarem. Pracuję w call center. Słuchanie wrzasków niezadowolonych klientów, kiedy sama masz ochotę krzyczeć, to tortura, ale tym razem miałam cel. W przerwie na lunch, zamiast jeść kanapkę, siedziałam z Baśką na komunikatorze i układałyśmy strategię. Znalazłam profil firmy deweloperskiej. Ostatni post: „Budujemy przyszłość dla Twojej rodziny. Bezpieczeństwo i zaufanie to nasze fundamenty”. Zdjęcie przedstawiało szczęśliwą rodzinę przed nowym domem. Ironia losu aż kłuła w oczy.

Zaczęłam kopać głębiej. Okazało się, że Paulina, nowa partnerka Sylwka, jest mniej ostrożna niż on. Na swoim TikToku wrzuciła „room tour” ich apartamentu w hotelu: „Patrzcie kochani, jaki widok! A tu prezenciki od Sylwusia!” – piszczała, pokazując torebkę Louis Vuitton. „Sylwuś mówi, że ten rok będzie przełomowy, bo podpisuje kontrakt życia!”.

Byli nieostrożni

Zrobiłam zrzuty ekranu. Wszystkiego. Torebki, szampana, apartamentu, dat, godziny. Potem weszłam na stronę portalu dłużników, gdzie widniało nazwisko Sylwka. Zrobiłam screena. Wyciągnęłam z szuflady pismo od komornika o bezskutecznej egzekucji. Zdjęcie. Miałam amunicję. Teraz musiałam tylko pociągnąć za spust. Ale wtedy stało się coś, co zmieniło moje podejście. Adaś wrócił ze szkoły.

– Mamo… – jego głos drżał.

– Co się stało, kochanie?

– Pani od wuefu pytała, czy wpłacę na narty, bo lista się zamyka. Powiedziałem, że nie jadę, a chłopaki… się śmiali. Powiedzieli, że mój tata jest biedakiem w BMW. Że widzieli na necie, jak się wozi, a ja chodzę w starych adidasach.

To był koniec bycia ofiarą. Sylwek nie tylko okradał syna z pieniędzy. Okradał go z godności. Naraził go na śmieszność. Wieczorem usiadłam przed laptopem. Nie napisałam komentarza. Zrobiłam coś gorszego. Znalazłam prywatny e-mail do sekretariatu prezesa, tego dewelopera ze zdjęcia.

Zemściłam się

W temacie wpisałam: „Weryfikacja wiarygodności partnera biznesowego”. W treści nie było emocji. Były fakty. Dołączyłam wszystko. Zdjęcia z Alp, pismo od komornika, screeny torebek Pauliny. Kliknęłam „wyślij”. Serce waliło mi jak młot pneumatyczny. Czułam się brudna, ale i dziwnie oczyszczona. Donosicielstwo? Może. Ale walka o przetrwanie rządzi się swoimi prawami.

Przez dwa dni nic się nie działo. Sylwek dalej wrzucał relacje. Kolejne steki, kolejne zjazdy, kolejne uśmiechy. Zaczęłam tracić nadzieję. Może ten deweloper to też cwaniak? Może mają to gdzieś? W czwartek rano, gdy smarowałam chleb pasztetem dla Adasia, zadzwonił telefon. Numer zastrzeżony. Odebrałam, spodziewając się windykatora za prąd.

– Czego ty chcesz? – Głos Sylwka był tak syczący, że prawie upuściłam telefon.

Nie krzyczał. Mówił tym swoim psychopatycznym, cichym tonem, który kiedyś brałam za opanowanie.

– Dzień dobry, Sylwek. Też miło cię słyszeć. Jak tam narty?

– Co ty odwaliłaś? Wiesz, kto do mnie dzwonił? Prawnik starego!

– O, naprawdę? I co mówił? Że podobają mu się zdjęcia Pauliny?

– Wycofują się. Rozumiesz to? Wycofują się z inwestycji. Powiedzieli, że nie przejdę „compliance”. Że jestem ryzykiem wizerunkowym. Zniszczyłaś mi deal życia! Miałem z tego wyciągnąć trzysta tysięcy prowizji!

Dostał nauczkę

Poczułam ciepło rozlewające się w żołądku. Satysfakcja smakuje lepiej niż najdroższy szampan.

– Trzysta tysięcy? – zapytałam spokojnie. – To ciekawe. Komornikowi mówiłeś, że nie masz nawet na bilet autobusowy.

– Nie dostaniesz ani grosza. Zgnijesz w tym bloku.

– Sylwek, słuchaj mnie uważnie – przerwałam mu, a mój głos nagle stał się twardy jak stal. – Mam więcej screenów. Mam nagrania, jak twoja Paulinka chwali się, że "przepisaliście" auto na jej matkę, żeby komornik nie zajął. Mam dowody na twoje lewe faktury, o których mi kiedyś opowiadałeś po pijaku. Pamiętasz? "Kreatywna księgowość".

Zapadła cisza. Słyszałam tylko jego ciężki oddech i jakieś niemieckie disco w tle.

– Czego chcesz?

– Pięć tysięcy. Dzisiaj. Na konto. I potem regularne alimenty, podwyższone do tysiąca, tak jak ustalaliśmy ustnie rok temu.

– Nie mam teraz pięciu kafli, jestem we Włoszech!

– To sprzedaj torebkę Pauliny. Albo ten zegarek. Masz czas do 14. O 14:01 wysyłam drugi pakiet dokumentów. Tym razem prosto do Urzędu Skarbowego, z kopią do twojej matki. A wiesz, jak ona nienawidzi, gdy sąsiedzi gadają.

Nie miał wyjścia

Usiadłam na krześle. Nogi miałam jak z waty. Czy przesadziłam? Czy to szantaż? Pewnie tak, ale kiedy patrzyłam na buty Adasia, w których odklejała się podeszwa, wiedziałam, że nie mam wyboru. Prawo zawiodło. Przyzwoitość zawiodła. Została dżungla. Godzina 13:55. Sprawdziłam konto. Pusto. Zaczęłam pisać maila do Urzędu Skarbowego. Ręce mi się trzęsły, ale byłam zdeterminowana. Nie miałam już nic do stracenia. Godzina 13:58. Dźwięk powiadomienia z aplikacji bankowej. Przelew przychodzący: pięć tysięcy złotych. Tytuł: na ferie dla Adama.

Wypuściłam powietrze z płuc, jakbym wstrzymywała oddech od tygodnia. Rozpłakałam się. Nie ze szczęścia, ale z ulgi i potwornego zmęczenia. To były brudne pieniądze, wyszarpane gardłem, ale dla mnie lśniły jak złoto. Tego samego wieczoru weszłam do pokoju syna. Siedział na łóżku, czytając komiks. Wyglądał na tak pogodzonego z losem, że aż mnie to bolało.

– Adaś?

– Tak, mamo?

– Pakuj się. Nie, nie te stare dresy. Jutro rano idziemy do sklepu po nowe buty i kurtkę.

Podniósł głowę, a w jego oczach zapaliła się iskierka nadziei, której bał się dopuścić do głosu.

– Ale… skąd? Przecież mówiłaś…

Opłaciło się

– Tata przesłał pieniądze – skłamałam gładko. Nie chciałam, żeby wiedział, że jego ojciec to gnida, którą trzeba szantażować, by dbała o własne dziecko. Niech ma chociaż iluzję. – Przypomniał sobie.

– Naprawdę? Jedziemy w góry?

– Tak, kochanie. Może nie w Alpy i może nie do pięciogwiazdkowego hotelu, ale znalazłam super pensjonat w Wiśle. Mają wolny pokój od pojutrza. I wiesz co? Będziemy jeść pizzę codziennie, jeśli zechcesz.

Rzucił mi się na szyję. Ten uścisk był wart każdej minuty stresu, każdego upokorzenia i każdego ryzyka. Trzy dni później siedziałam na leżaku w Wiśle, patrząc, jak mój syn niezdarnie próbuje zjechać na nartach z oślej łączki. Śmiał się. Był czerwony na twarzy, szczęśliwy i beztroski.

Wyciągnęłam telefon. Weszłam na Instagram. Konto Sylwka zniknęło. A przynajmniej było ustawione jako prywatne. U Pauliny cisza. Ostatnie zdjęcie z lotniska, podpis: „Wracamy wcześniej, sprawy rodzinne”. Uśmiechnęłam się do siebie, biorąc łyk grzańca. Tanie wino z przyprawami z budki przy stoku smakowało jak zwycięstwo.

Postawiłam na swoim

Zrozumiałam wtedy jedną ważną rzecz. W świecie, gdzie faceci tacy jak Sylwek budują swoje ego na pozorach i kłamstwach, największą bronią jest prawda rzucona w odpowiednim momencie. I matka, która nie ma nic do stracenia. Sylwek myślał, że trzyma mnie w szachu brakiem pieniędzy. Zapomniał, że figura na szachownicy, która jest zdesperowana, może zbić króla, nawet jeśli jest tylko pionkiem.

– Mamo! Patrz! Nie wywróciłem się! – krzyczał Adaś z dołu stoku.

Pomachałam mu.

– Widzę, kochanie! Jesteś mistrzem!

I był. A ja byłam po prostu mamą, która odzyskała to, co się nam należało. I wiedziałam, że jeśli Sylwek kiedykolwiek spóźni się z przelewem choćby o jeden dzień, nie zawaham się użyć pozostałych asów z rękawa. Wojna się nie skończyła, ale pierwszą bitwę wygrałam przez nokaut.

Renata, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama