Reklama

Przez kilka dni przed walentynkami krzątałam się po mieszkaniu z poczuciem, że tym razem ma być inaczej. Kiedy pod drzwiami stanął ogromny telewizor, Łukasz był dumny jak dziecko, a ja uśmiechałam się bardziej z przyzwyczajenia niż radości. Wmawiałam sobie wdzięczność, choć w środku czułam znajomy żal. Znów wydarzyło się coś ważnego, w czym nie było miejsca na mnie.

Prezent dla mnie czy dla niego?

Telewizor zajął pół salonu, zanim jeszcze zdążyłam zdjąć płaszcz. Karton stał oparty o ścianę jak milczący świadek czyjejś decyzji. Łukasz krążył wokół niego podekscytowany, opowiadając szczegółowo o parametrach, przekątnej ekranu i o tym, jak bardzo zmieni to „nasze wieczory”.

– Widzisz, kochanie? – spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem. – W końcu coś porządnego. Ten stary już ledwo dawał radę.

– Jest… duży – odpowiedziałam ostrożnie, próbując odnaleźć w sobie entuzjazm.

No właśnie! Idealny. I w promocji. Nie mogłem odpuścić.

Nie zapytał, czy tego chcę. Nie zapytał, czy to dobry moment. Stałam oparta o framugę drzwi i przypominałam sobie inne „wspólne” decyzje: kanapę, która miała być jasna, a była ciemna, bo łatwiej utrzymać w czystości; weekendy planowane pod jego grafik; drobne ustępstwa, które z czasem przestały być drobne.

– Mogłaś coś powiedzieć – rzucił nagle, jakby czytał mi w myślach. – Przecież to też dla ciebie.

Skinęłam głową. Zawsze kiwałam.

Rozpakowywał sprzęt z namaszczeniem, a ja podałam mu nożyczki, czując się jak pomoc techniczna do cudzego marzenia. Przez chwilę próbowałam wmówić sobie, że przesadzam, że to tylko rzecz, że miłość nie polega na idealnym dopasowaniu gustów. Tylko że to nie był pierwszy raz, kiedy czułam się dodatkiem do jego planów.

– W walentynki obejrzymy coś razem – rzucił mimochodem. – Ale najpierw muszę sprawdzić ustawienia.

Słowo „najpierw” zawisło w powietrzu. Znałam je aż za dobrze. Usiadłam na krześle i obserwowałam, jak ekran ożywa, a twarz Łukasza rozjaśnia się blaskiem nowego obrazu. Pomyślałam wtedy, że w tej relacji często siedzę dokładnie tak samo – obok, trochę w cieniu, czekając, aż ktoś skończy ważniejsze sprawy.

Walentynkowy wieczór z telewizorem

Walentynkowy wieczór zaczął się obiecująco, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Na stole stały świece, które zapaliłam sama, zanim Łukasz wrócił z pracy. Chciałam, żeby było ciepło, zwyczajnie, bez wielkich gestów. Kiedy wszedł, pocałował mnie w policzek i od razu spojrzał w stronę telewizora, jakby sprawdzał, czy nadal tam jest.

Zaraz zacznie się transmisja meczu – powiedział niemal przepraszająco. – Ale to tylko na chwilę.

„Tylko na chwilę” było w naszym domu sformułowaniem elastycznym. Usiadł na kanapie, pilot znalazł się w jego dłoni szybciej, niż zdążyłam zaproponować kolację. Obraz zmienił się gwałtownie, a dźwięk wypełnił salon. Usiadłam obok, trochę z boku, żeby mu nie przeszkadzać.

Przez pierwsze minuty próbowałam udawać, że też mnie to interesuje. Zadałam nawet jakieś pytanie, ale odpowiedź była krótka, urwana, jakby wyrwana z myśli zajętej czymś ważniejszym. Z czasem przestałam się odzywać. Patrzyłam, jak jego emocje falują razem z tym, co działo się na ekranie, a moja obecność powoli traci znaczenie.

Świece wypaliły się do połowy, zanim zauważył, że wciąż siedzę w tym samym miejscu.

– Już zaraz – mruknął, nawet na mnie nie patrząc. – Jeszcze chwila.

Z każdą kolejną „chwilą” czułam, jak coś we mnie cichnie. Nie było złości, raczej znajome uczucie rezygnacji. Zrozumiałam, że ten wieczór nie wymyka się planowi – on dokładnie wpisuje się w schemat. Walentynki były tylko datą, a ja elementem tła.

Patrzyłam na odbicie ekranu w ciemnym oknie i myślałam o tym, jak często jestem obok, a nie razem. Jak łatwo przyszło mu zapomnieć, że ten wieczór miał znaczyć coś więcej niż zwykły dzień.

Nie chciałam takiej przyszłości

W pewnym momencie przestałam widzieć to, co działo się na ekranie. Obraz migotał, dźwięk narastał, ale moje myśli odpłynęły gdzieś indziej. Zaczęłam widzieć siebie za rok, za dwa, za pięć lat. Te same wieczory, ten sam układ ciał na kanapie, ta sama cisza, w której to ja miałam być cierpliwa.

Siedziałam obok Łukasza i nagle dotarło do mnie, jak bardzo jestem zmęczona czekaniem. Czekaniem, aż skończy się mecz. Aż znajdzie chwilę. Aż uzna, że to, co czuję, jest warte przerwania czegoś ważniejszego. Przypomniałam sobie wszystkie obietnice rozmów „jutro”, „w weekend”, „jak będzie luźniej”. Te rozmowy nigdy nie nadchodziły.

– Kasia, widziałaś to? – rzucił nagle, z entuzjazmem w głosie.

– Tak – skłamałam bez wysiłku.

Zdałam sobie sprawę, że coraz częściej mówię „tak”, nawet gdy w środku krzyczę „nie”. Że nauczyłam się nie przeszkadzać, nie komplikować, nie psuć atmosfery. A jednak atmosfera i tak była pusta.

Pomyślałam o przyszłości, którą mieliśmy planować razem. O ślubie, który miał być naturalnym kolejnym krokiem. I po raz pierwszy zamiast ekscytacji poczułam chłód. Zobaczyłam siebie jako kobietę, która zawsze dostosowuje się do kalendarza, pasji i rytmu drugiej osoby, odkładając własne potrzeby na bliżej nieokreślone później.

Najbardziej zabolało mnie to, że ta myśl nie była nowa. Ja już to wiedziałam. Tylko dotąd skutecznie to zagłuszałam. Teraz nie potrafiłam. Łukasz śmiał się, komentując coś pod nosem, a ja poczułam, jak między nami rośnie dystans, którego nie da się już zabudować jednym miłym gestem. Zrozumiałam, że nie chodzi o ten jeden wieczór. Chodzi o całe życie.

Nawet się nie zawahał, gdy wychodziłam

Wstałam z kanapy cicho, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Przez chwilę stałam niezdecydowana, jakby ten jeden ruch miał przesądzić o wszystkim. Serce biło mi szybciej, ale w środku czułam zaskakujący spokój. Założyłam sweter, sięgnęłam po torebkę.

– Wychodzę na chwilę do Magdy – powiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał zwyczajnie.

Łukasz nawet nie odwrócił głowy.

– Dobra – rzucił. – Tylko nie wracaj za późno, zaraz będzie druga połowa.

To zdanie uderzyło mnie mocniej, niż się spodziewałam. Stałam jeszcze sekundę w progu, czekając na pytanie, na próbę zatrzymania mnie, na cokolwiek. Nic nie padło. Telewizor grał dalej, jakby był najważniejszym rozmówcą w tym pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi i dopiero na klatce schodowej poczułam, że mogę oddychać pełniej. Strach mieszał się z ulgą. Wiedziałam, że robię coś nieodwracalnego, choć formalnie niczego nie powiedziałam.

Ten krok nie był impulsem, raczej konsekwencją wszystkich przemilczanych wieczorów. W drodze do Magdaleny dotarło do mnie, że najbardziej boli nie sam mecz, ale to, jak łatwo pozwolił mi odejść. Bez rozmowy. Bez zawahania. Jakby ta chwila tylko potwierdziła to, co od dawna podejrzewałam.

Noc poza domem

U Magdy było cicho i zwyczajnie. Zdjęłam buty w przedpokoju, a ona bez zbędnych pytań podała mi herbatę i koc. Rozmawiałyśmy długo, choć trudno byłoby odtworzyć konkretne zdania. To nie były słowa najważniejsze, tylko to, że wreszcie ktoś słuchał bez zerknięć w bok, bez pośpiechu.

Opowiadałam jej o drobiazgach, które nagle ułożyły się w spójną całość. O wieczorach, kiedy czekałam. O decyzjach, które zapadały beze mnie. O tym, jak często tłumaczyłam Łukasza przed sobą samą. Wstyd palił mnie w gardle, bo dopiero teraz usłyszałam, jak to wszystko brzmi na głos. Jak historia kogoś, kto zbyt długo zgadzał się na bycie na drugim planie. Magda nie doradzała. Nie mówiła, co powinnam zrobić. Była obok, a to wystarczyło. W pewnym momencie dotarło do mnie, że ta noc nie jest ucieczką, tylko zatrzymaniem się. Pierwszym od dawna.

Leżałam później na rozkładanej kanapie i patrzyłam w sufit, myśląc o mieszkaniu, które teoretycznie było moim domem. O Łukaszu, który pewnie nawet nie zauważył, jak bardzo zmienił się ten wieczór. I o sobie – zmęczonej, ale dziwnie spokojnej. Po raz pierwszy od dawna nie analizowałam, czy przesadzam. Zasnęłam z myślą, że to, co się wydarzyło, nie było nagłym wybuchem. To był koniec długiego procesu, który dojrzewał we mnie znacznie dłużej niż jeden walentynkowy wieczór.

Czeka mnie trudna decyzja

Rano obudziłam się wcześniej niż zwykle. W mieszkaniu przyjaciółki panowała cisza, taka, która nie ciąży, tylko daje przestrzeń. Przez chwilę leżałam bez ruchu, wsłuchując się we własne myśli. Spodziewałam się poczucia winy, tej znanej potrzeby tłumaczenia się, wracania, łagodzenia sytuacji. Nic takiego nie przyszło.

Sięgnęłam po telefon. Nie było żadnej wiadomości od Łukasza. Żadnego pytania, czy wszystko w porządku. I ku własnemu zaskoczeniu nie zabolało mnie to tak, jak powinno. Raczej utwierdziło w przekonaniu, że ta noc była tylko logicznym ciągiem dalszym tego, co działo się między nami od dawna.

Walentynki skończyły się bez wielkich słów i dramatycznych scen. Bez oficjalnego końca. A jednak coś się zamknęło. Zrozumiałam, że narzeczeństwo nie kończy się w chwili zerwania, tylko wtedy, gdy przestajemy być dla siebie ważni w codziennych, małych momentach.

Wyszłam na spacer, oddychając chłodnym porannym powietrzem. Czułam stratę, ale nie rozpacz. Bardziej żal za wersją siebie, która tak długo czekała. Wiedziałam, że czeka mnie trudna rozmowa i decyzje, które nie będą łatwe. Jednak po raz pierwszy od dawna miałam pewność, że nie mogę już wrócić do bycia dodatkiem do czyjegoś życia.

Miłość nie polega na cierpliwym zajmowaniu miejsca obok. Nie polega na dopasowywaniu się do cudzych priorytetów w nadziei, że kiedyś przyjdzie nasza kolej. Tego poranka wybrałam siebie – spokojnie, bez fajerwerków, ale ostatecznie.

Kasia, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama