Reklama

Z Pawłem kiedyś było tak, że potrafiliśmy śmiać się z byle czego. Z głupiego mema, z krzywo zaparkowanego auta, z przypalonej kolacji. Teraz cisza między nami była gęsta jak zaschnięta kawa na dnie kubka. Mieszkaliśmy razem, spaliśmy w jednym łóżku, ale coraz częściej miałam wrażenie, że jesteśmy tylko dwiema osobami, które przypadkiem dzielą przestrzeń.

To ja wpadłam na pomysł ferii. Tanie, skromne, byle gdzieś wyjechać. Byle zmienić powietrze. Byle przestać codziennie potykać się o te same pretensje i to samo zmęczenie.

– Może góry? – rzuciłam któregoś wieczoru.

– Jeśli znajdziesz coś taniego – odpowiedział, nie odrywając wzroku od telefonu.

Znalazłam. Mały domek, daleko od centrum, bez luksusów. Pomyślałam, że to dobrze. Że skoro nie będzie nas stać na atrakcje, to zostaniemy ze sobą. Tylko my, rozmowy, wieczory przy herbacie. Głupia byłam. Problemy finansowe wisiały nad nami od miesięcy, ale żadne z nas nie mówiło o nich wprost. Ja udawałam, że „jakoś to będzie”, Paweł liczył każdy wydatek tak, jakby to była jego osobista porażka. Coraz rzadziej mnie dotykał. Coraz częściej wzdychał. A ja coraz częściej czułam, że muszę walczyć o uwagę własnego chłopaka.

W drodze w góry siedzieliśmy w milczeniu. Radio grało za głośno, jakby miało zagłuszyć wszystko to, czego baliśmy się powiedzieć. Patrzyłam przez okno i łapałam się na jednej myśli: to ma nas uratować. A zaraz potem przychodziła druga, znacznie cichsza: a jeśli to już za późno?

On jest moim przeciwnikiem?

Obudziłam się pierwsza. W domku było zimno, a z kuchni czuć było zapach taniej kawy, którą Paweł już parzył. Stał przy blacie w bluzie, z kalkulatorem w telefonie, marszcząc brwi tak, jakby to była jakaś osobista obraza.

– Ile mamy jeszcze? – zapytałam, bardziej z ciekawości niż z realnej potrzeby.

Nie odpowiedział od razu. Kliknął coś jeszcze, westchnął.

– Wystarczająco, jeśli nie zaczniemy wydziwiać.

Wyjęłam chleb, ser i masło. Ten sam zestaw co wczoraj.

– Może dziś zjemy coś na mieście? – rzuciłam ostrożnie. – Choć raz.

Paweł uniósł wzrok.

– Serio? Ania, myślałem, że się umówiliśmy.

– Umówiliśmy się, że nie będziemy żyć jak na obozie przetrwania – odburknęłam.

– To może następnym razem sama coś zaplanuj, skoro moje pomysły są takie beznadziejne.

Zatrzasnęłam lodówkę.

– Ja planowałam to wszystko z myślą o nas! Ale ty chyba nawet nie próbujesz. Siedzisz tylko i liczysz kasę!

– Bo ktoś musi myśleć realnie! – podniósł głos. – Ty zawsze bujasz w obłokach.

– A ty zawsze wszystko zabijasz tą swoją „zasadniczością”! – poczułam, jak ściska mnie w gardle. – Nawet ferie!

Zapadła cisza. Paweł odwrócił się plecami i zaczął smarować kanapkę, jakby była najważniejszą rzeczą na świecie. Patrzyłam na jego ramiona i nagle dotarło do mnie, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz mnie przytulił. Usiadłam przy stole. Kanapka utknęła mi w ręku. Od kiedy on jest moim przeciwnikiem? – pomyślałam. – A nie wsparciem?

Bałam się, że Ola ma rację

Uciekłam do sypialni, niby po sweter, ale tak naprawdę po ciszę. Trzasnęłam drzwiami trochę mocniej, niż planowałam. Paweł nie zareagował. To bolało najbardziej.

Usiadłam na łóżku i wyciągnęłam telefon. Ola odebrała po trzecim sygnale.

– No? Jak ferie marzeń? – rzuciła lekko.

Parsknęłam krótkim, suchym śmiechem.

– Jeśli marzeniem jest kłótnia o kromkę chleba, to tak. Trafione.

– Aha… czyli klasyk. Znowu kasa?

Zawahałam się.

– On ciągle tylko liczy, kontroluje, jakbyśmy byli w jakimś projekcie oszczędnościowym, a nie na wyjeździe. Czuję się jak dziecko, które musi pytać, czy może coś chcieć.

– Anka… – Ola spoważniała. – A nie myślałaś, że on już po prostu nie chce?

– Nie mów tak – odpowiedziałam za szybko. – On się tylko pogubił. Jest zmęczony.

– A ty nie jesteś? – zapytała ostro. – Bo z tego, co słyszę, to tylko ty się starasz.

Ścisnęłam telefon mocniej.

– Ja jeszcze wierzę, że to się da naprawić.

– A on? – cisza po drugiej stronie była głośniejsza niż krzyk. – On też w to wierzy?

Nie umiałam odpowiedzieć. Spojrzałam na zamknięte drzwi, za którymi Paweł pewnie dalej jadł swoje kanapki w milczeniu.

– Bo wiesz… – Ola zniżyła głos – czasem wyjazdy nie ratują. One tylko wyciągają na wierzch to, co już dawno się skończyło.

Rozłączyłam się, czując, jak łzy napływają mi do oczu. Chciałam wrócić do kuchni. Albo spakować się i wyjść. Albo po prostu zniknąć. A najbardziej bałam się tego, że Ola może mieć rację.

„Czy ty mnie w ogóle jeszcze kochasz?”

Na szlaku było ślisko. Śnieg topniał pod butami, a błoto wciągało nas przy każdym kroku. Szliśmy w ciszy, jeden za drugim, jak obcy ludzie, którzy przypadkiem wybrali tę samą trasę. Kilka razy chciałam coś powiedzieć – o widoku, o zmęczeniu, o czymkolwiek – ale Paweł tylko przyspieszał, jakby bał się, że otworzę usta.

– Możesz zwolnić? – rzuciłam w końcu.

– Przecież idziesz – odpowiedział krótko, nawet się nie odwracając.

Wtedy coś we mnie pękło. Nie krzyknęłam. To było gorsze.

Do domku wróciliśmy przemoczeni i źli. Paweł rzucił kurtkę na krzesło, ja zdjęłam buty i kopnęłam je pod ścianę.

– Czy ty mnie w ogóle jeszcze kochasz? – wyrwało mi się nagle.

Zamarł. Odwrócił się powoli.

– Skąd to pytanie?

– Bo tak się nie zachowuje ktoś, komu zależy – głos mi drżał. – Jesteśmy tu razem, a ja czuję się samotniejsza niż w domu.

Paweł przetarł twarz dłońmi.

– Nie wiem, Ania. Może właśnie dlatego tu jesteśmy. Ale zobacz… nic się nie zmienia. Ciągle to samo.

– Czyli to moja wina? – zapytałam cicho.

– Nie tylko twoja – odpowiedział. – Może po prostu… nie powinniśmy byli tu przyjeżdżać.

Te słowa aż mnie uderzyły. Stałam naprzeciwko niego i nagle zrozumiałam, że on już jest jedną nogą gdzieś indziej. Tylko ja wciąż próbuję go zatrzymać. Odwróciłam się bez słowa i poszłam do łazienki. Zamknęłam drzwi i osunęłam się na podłogę. To miało nas zbliżyć – pomyślałam. A chyba właśnie nas rozdziela.

Cisza robi największe szkody

Wyszłam z domku, zanim Paweł zdążył cokolwiek powiedzieć. Mróz szczypał w policzki, a śnieg skrzypiał pod butami. Oddychałam szybko, jakbym uciekała – nie wiem nawet przed czym. Przed nim? Przed sobą?

Przy domku obok paliło się światło. Starsza kobieta stała na schodkach i strzepywała popiół z papierosa.

– Zimno dziś, prawda? – odezwała się, jakbyśmy znały się od lat.

Skinęłam głową.

– Czasem zimniej w środku niż na zewnątrz – dodała, patrząc na mnie uważnie.

Usiadłam obok niej, sama nie wiedząc dlaczego.

– Myślałam, że wyjazd coś naprawi – wyrwało mi się. – A tylko się kłócimy.

– Z mężem? – zapytała spokojnie.

– Z chłopakiem. Ale to chyba bez różnicy.

Uśmiechnęła się smutno.

– Pieniądze potrafią namieszać. Chociaż częściej to cisza robi największe szkody. Jak przestajemy ze sobą rozmawiać, zaczynamy sobie dopowiadać najgorsze rzeczy.

– A jeśli rozmowy już nie wystarczą? – zapytałam cicho.

Zgasiła papierosa.

– Wtedy trzeba zdecydować, czy to jeszcze miłość… czy już tylko wspomnienie.

Wróciłam do domku, kiedy Paweł już spał. Położyłam się obok, zostawiając między nami pustą przestrzeń. Wpatrywałam się w sufit, a łzy spływały mi po skroniach. Tej nocy zrozumiałam, że boję się poranka bardziej niż samotności.

Wracamy do domu osobno

Rano obudziłam się wcześniej niż zwykle. Domek był cichy, aż nienaturalnie. Paweł siedział przy stole z kubkiem herbaty, patrzył w okno, jakby coś tam naprawdę było. Nie telefon, nie kalkulator. Tylko on i jego myśli. Usiadłam naprzeciwko.

– Musimy porozmawiać – powiedziałam.

Skinął głową, bez zaskoczenia. Jakby od dawna na to czekał.

– Ja już nie chcę się domyślać, co ty czujesz – zaczęłam. – Chcę to usłyszeć. Nawet jeśli będzie bolało.

Przez chwilę milczał. Potem wypuścił powietrze.

– Jestem zmęczony, Ania. Tą ciągłą presją, że powinienem być lepszy, silniejszy, spokojniejszy. Że wszystko zależy ode mnie.

– A ja? – zapytałam. – Myślisz, że ja nie jestem zmęczona?

Spojrzał na mnie pierwszy raz od dawna naprawdę.

– Wiem. I chyba właśnie w tym problem. Każde z nas ciągnie w swoją stronę.

– Czy ty jeszcze chcesz ze mną być? – zapytałam wprost.

Długo nie odpowiadał.

Nie wiem – powiedział w końcu. – A to chyba najgorsza możliwa odpowiedź.

Poczułam, jak coś we mnie opada. Nie pęka. Po prostu cicho się osuwa.

– Ja też nie chcę już walczyć sama – powiedziałam spokojnie. – Nie chcę cię przekonywać, że warto mnie kochać.

Paweł skinął głową.

– Więc co teraz?

Spojrzałam na walizkę stojącą pod ścianą, spakowaną jeszcze wczoraj wieczorem, „na wszelki wypadek”.

– Wracamy do domu – odpowiedziałam. – Osobno.

Między nami nie było krzyku. Tylko cisza, która tym razem brzmiała jak koniec.

Ania, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama