Reklama

To miał być tydzień relaksu. Przez ostatnie pół roku marzyłem tylko o jednym: o chrzęście śniegu pod nartami, mroźnym powietrzu szczypiącym w policzki i absolutnej ciszy na szczycie góry, tuż przed szaleńczym zjazdem. Bagażnik dachowy był zapakowany po brzegi, a w głowie miałem już mapę wszystkich tras w okolicy. Wjeżdżając na podjazd domu teściów, czułem ulgę, zostawiając za sobą biurowe tabelki i dzwoniące telefony. Nie wiedziałem jeszcze, że zamiast kijków narciarskich będę ściskał szpachelkę, a zamiast górskiego powietrza – wdychał gryzący pył starego tynku. To miała być wizyta kurtuazyjna: szybka kawa, obiad i wypad na stok. Jednak teść miał zupełnie inne plany.

Byłem naiwny

W domu teściów panował sielski spokój – z komina unosił się leniwy dym, a w oknach żarzyło się ciepłe światło. Moja żona, Aneta, spojrzała na mnie z przepraszającym uśmiechem, którego znaczenia wtedy jeszcze nie rozszyfrowałem.

– Tylko pamiętaj, bądź miły – szepnęła, odpinając pasy. – Rodzice rzadko nas widują.

Będę oazą spokoju – obiecałem, wysiadając z auta. – Zjemy obiad, pogadamy, a jutro z samego rana ruszam na Jaworzynę.

Teściowa przywitała nas w drzwiach z otwartymi ramionami. Ta drobna kobieta o niespożytej energii potrafiła zagadać człowieka na śmierć, karmiąc go przy tym nieprzyzwoitymi ilościami jedzenia. Teść stał krok za nią. Uścisnął moją dłoń z żelazną siłą, która zawsze mnie u niego zaskakiwała.

– Dobrze cię widzieć, Przemek – mruknął, taksując mnie wzrokiem, jakbym był nowym elementem w jego warsztacie. – Zmężniałeś trochę.

Atmosfera przy obiedzie, choć pozornie normalna, wydawała się gęsta. Rozmawialiśmy o pogodzie i mojej pracy w korporacji, której teść nigdy nie potrafił zrozumieć – dla niego praca niebrudząca rąk nie była prawdziwą pracą. Kiedy Aneta wspomniała o moich planach, teść wymienił szybkie, znaczące spojrzenie z teściową. Wtedy po raz pierwszy zapaliła mi się czerwona lampka, ale zignorowałem ją, zajęty pochłanianiem trzeciej porcji gołąbków. Byłem naiwny.

Zostałem zdradzony

Wieczorem przenieśliśmy się do salonu. Było to pomieszczenie pamiętające czasy późnego Gierka – pociemniała boazeria i tapeta w drobne kwiatki, która odklejała się w rogach, co teść nieudolnie maskował meblami. Siedziałem na fotelu, w myślach już smarując narty, gdy teść odchrząknął. To nie było zwykłe odchrząknięcie. To był sygnał do ataku.

– Wiesz, Przemek – zaczął, patrząc w sufit, gdzie przez całą długość biegło pęknięcie. – Tak sobie myśleliśmy, że skoro już tu jesteście... i skoro masz to swoje, jak to się nazywa, ferie...

– Urlop, tato – poprawiła go Aneta, wbijając wzrok w dywan.

– No właśnie, urlop – podjął teść. – To może rzuciłbyś okiem na te ściany?

Zmarszczyłem brwi.

– Rzucić okiem? Masz na myśli pęknięcie? Mogę to jutro zakleić, zanim wyjadę na stok. Godzinka roboty.

Teść pokiwał głową, ale nie wyglądał na przekonanego.

– Bo widzisz, synu... Myśmy już nawet materiały kupili. Farby stoją w garażu. Panele też są. Mama marzy o tym remoncie od pięciu lat. Ja już nie mam siły wchodzić na drabinę, kręgosłup mi nie pozwala. A fachowcy teraz tacy drodzy i terminy mają na przyszły rok. A ty... ty jesteś taki zaradny. Pamiętasz, jak naprawiłeś nam pralkę?

Spojrzałem na Anetę. Jej milczenie było ogłuszające. Wiedziała. Wiedziała od początku i mnie nie uprzedziła. To była pułapka.

– Tato... – zacząłem ostrożnie, czując narastającą panikę. – Ale to jest generalny remont. Zrywanie tapet, gruntowanie, malowanie, kładzenie podłogi. To tydzień ciężkiej orki. Przyjechałem odpocząć.

Wtedy do akcji wkroczyła teściowa. Jej oczy zaszkliły się w ułamku sekundy, a głos zadrżał:

– Oczywiście, Przemku, rozumiemy. Po prostu myślałam, że wreszcie będę miała ładnie na Wielkanoc. Że jak rodzina przyjedzie, to nie będę się musiała wstydzić tej odklejającej się tapety, ale jedź, jedź na narty. Twoja przyjemność jest najważniejsza. My sobie jakoś poradzimy. Może sąsiad Zdzisio pomoże, choć on prawie nie widzi na jedno oko...

Szach i mat. Mistrzowski szantaż emocjonalny. Spojrzałem na narty w przedpokoju – wyglądały jak wyrzut sumienia. Wiedziałem, że odmowa uczyni mnie tym złym zięciem, egoistą z miasta, który woli zabawę od pomocy staruszkom.

Nie miałem na to ochoty

Następnego ranka nie obudziło mnie słońce, lecz dźwięk przesuwania mebli. Zszedłem na dół w piżamie, licząc, że to tylko zły sen. Na środku salonu stał teść w roboczym kombinezonie i z triumfalnym uśmiechem wręczył mi szpachelkę.

– To co, Przemek? Zaczynamy od zdzierania tego paskudztwa?

Zacisnąłem zęby, żegnając w duchu ośnieżone szczyty.

– Zaczynamy – mruknąłem.

Praca szła fatalnie. Tapeta, klejona dekady temu, trzymała się muru, jakby od tego zależało jej życie. Każdy ruch szpachelką wzbijał chmurę gryzącego pyłu. Po godzinie byłem biały, spocony i wściekły. Teść „pomagał”, stojąc nade mną i komentując.

– Za mocno dociskasz, tynk uszkodzisz – pouczał, wskazując sękatym palcem rysę. – Delikatnie trzeba, z wyczuciem. Jak z kobietą.

– Robię, co mogę – warknąłem, czując, jak pęka moja oaza spokoju. – Może sam spróbujesz?

– A nie mogę, kręgosłup już nie ten – przypomniał sobie natychmiast, łapiąc się za plecy z wyćwiczonym grymasem bólu.

Aneta przemykała chyłkiem z kanapkami, unikając mojego wzroku. Salon zamieniał się w pobojowisko, a pod tapetą odkrywaliśmy kolejne pęknięcia wymagające zbrojenia. Mój szybki urlop ewoluował w budowlaną katastrofę.

Było mi wstyd

Trzeciego dnia byłem na skraju wyczerpania. Opuchnięte ręce, płuca pełne gipsu. Zamiast czarnej trasy – szlifowanie sufitu na chybotliwej drabinie. I wtedy zdarzyło się coś, co zmieniło moją perspektywę. Zrywając ostatni fragment tapety za wielkim kredensem, którego nikt nie ruszał od lat, zobaczyłem na surowym tynku napis ołówkiem. Data sprzed trzydziestu pięciu lat, koślawe litery: „Tu będzie pokój Anetki”. Obok serduszko i podpisy: „Hela i Edek”. Zamarłem. Spojrzałem na teścia, który niezdarnie mieszał farbę. Był irytujący, ale ten napis uświadomił mi prawdę. Ten dom to nie tylko budynek; to zapis ich życia, marzeń i ciężkiej pracy w trudnych czasach. Dziś, na starość, nie mieli siły o niego zadbać, a duma nie pozwalała prosić o pomoc wprost. Musieli użyć podstępu, by ściągnąć jedyną osobę, która mogła im pomóc. Poczułem ukłucie wstydu. Owszem, oszukali mnie, ale czy narty były ważniejsze niż ich godność?

– Znalazłeś coś? – zapytał teść.

– Nie, nic – odchrząknąłem, szybko zamalowując napis gruntem, by zachować go tam na zawsze. – Tato, podaj mi papier ścierny. Zrobimy to porządnie.

Od tego momentu pracowałem z determinacją. Chciałem, żeby ten salon był idealny. Nie dla świętego spokoju, ale dla nich.

Musiałem improwizować

Nie obyło się bez problemów. Dzień czwarty przyniósł „kryzys panelowy”. Podłoga okazała się krzywa jak fale Dunaju.

– Wiedziałem – jęknął teść. – Zmarnowaliśmy materiał. Trzeba było wylewkę robić.

– Nie ma czasu na wylewkę – odparłem, czując pot na plecach.

– To, co teraz? Będziemy chodzić po górkach? – załamał ręce teść.

Aneta weszła przerażona:

Przemek, zrób coś. Tata zaraz dostanie zawału.

Musiałem improwizować. Wyprawa do marketu budowlanego zamiast w góry, analiza grubości podkładów, zakup specjalnych mat wyrównujących. Wróciłem i zacząłem od nowa – koronkowa robota na nierównym podłożu. Spędziłem z teściem całą noc na docinaniu. I wiecie co? To była najlepsza noc wyjazdu. Teść przestał marudzić i zaczął współpracować.

– Wiesz, Przemek – powiedział o trzeciej nad ranem, siedząc wśród trocin. – Bałem się, że nie dasz rady. Że jesteś taki... no wiesz, z miasta. Że tylko komputer i te twoje tabelki. A teraz widzę, że masz rękę. Dobry chłopak z ciebie. Aneta dobrze wybrała.

To była pierwsza szczera pochwała od dziesięciu lat. Warto było zedrzeć kolana, by to usłyszeć. Ostatniego dnia montowaliśmy listwy. Dłonie miałem pocięte, plecy bolały niemiłosiernie, a narty wciąż stały w przedpokoju nietknięte. Jednak kiedy wnieśliśmy meble i powiesiliśmy wyprane firanki, salon wyglądał jak z katalogu. Ciepły beż ścian rozjaśnił wnętrze, nowa podłoga lśniła, a zapach stęchlizny ustąpił miejsca świeżości drewna. Teściowa weszła i zamilkła, zakrywając usta dłonią.

– Jak pięknie... – wyszeptała. – Edward, patrz. Jak w pałacu.

Przytuliła mnie tak mocno, że bałem się o swoje żebra.

Dziękuję ci, synku. Dziękuję.

Spojrzałem na Edwarda. Stał przy oknie tyłem do nas, udając, że sprawdza szczelność ram, ale w odbiciu szyby widziałem, jak ociera oczy. To był moment, dla którego warto było poświęcić te karnety.

Byłem zadowolony

Droga powrotna była cicha. Aneta trzymała mnie za rękę.

– Przepraszam – powiedziała w końcu. – Wiem, że to nie tak miało wyglądać. Wynagrodzę ci to. W przyszłym roku pojedziemy w Alpy. Tylko we dwoje. Przysięgam.

Uśmiechnąłem się. Czułem zmęczenie, ale inne niż to biurowe – fizyczne, satysfakcjonujące.

– W porządku – odpowiedziałem. – Naprawdę. Oni tego potrzebowali. Sami nie daliby rady. A góry nie uciekną.

W poniedziałek w pracy koledzy pytali, jak spędziłem urlop. A ja, patrząc na zniszczone dłonie, odpowiadałem krótko:

– Było intensywnie. Prawdziwy wycisk.

Urlop u teściów okazały się pułapką, w którą wpadłem jak śliwka w kompot. Jednak z perspektywy czasu, może właśnie tego potrzebowałem. Zamiast ślizgać się po powierzchni, zszedłem do fundamentów relacji z ludźmi, którzy są moją rodziną. Nauczyłem się, że czasem poświęcenie daje więcej satysfakcji niż najlepszy zjazd. Choć nie ukrywam – kiedy tydzień później teść zadzwonił z pytaniem, czy znam się na kafelkowaniu łazienki, udawałem, że gubię zasięg i rozłączyłem się w połowie zdania. Są granice, których nawet najlepszy teść nie powinien przekraczać. Salon był darem serca, ale łazienka to już zadanie dla fachowca.

Przemek, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama