„Ferie u znajomych w górach miały być darmowe. Po powrocie dostaliśmy rachunek, po którym opadła mi szczęka”
„– Daj spokój. Po prostu im zapłać i miejmy to z głowy – mruknął. – Niektórzy ludzie są tacy, jacy są. Nie zmienisz ich. Ale ja nie mogłam tego tak zostawić. Czułam się, jakby ktoś opluł mi wspomnienia”.

Zawsze wydawało mi się, że mam dobrą intuicję do ludzi. Zwłaszcza do przyjaciół. Kasia – poznana na pierwszym roku studiów – była ze mną na dobre i na złe. Razem płakałyśmy po egzaminach i po facetach, razem dzieliłyśmy się ciasnymi mieszkaniami i wielkimi marzeniami. Dlatego kiedy zaproponowała mi i mojemu chłopakowi wyjazd w góry do ich domku, nawet się nie zastanawiałam.
– Tylko dorzućcie się do jedzenia i może przywieźcie jakieś winko – powiedziała z uśmiechem przez telefon. – Wszystko mamy, luzik, jedziemy odpocząć!
Byłam zmęczona. Praca w agencji marketingowej dawała mi w kość. Marzyłam o paru dniach bez maili, deadline’ów i telefonu przyklejonego do dłoni. Paweł, mój chłopak, podchodził do wyjazdu sceptycznie. Mimo to spakowaliśmy się i ruszyliśmy na południe.
Nie sądziłam, że ten tydzień zmieni wszystko. Że zamiast wspomnień przywiozę rachunek… i definitywny koniec wieloletniej przyjaźni.
Było jak w bajce
– Ale jesteś pewna, że to nie będzie jakaś niezręczna sytuacja? – Paweł zerknął na mnie znad kierownicy. – Tydzień pod jednym dachem z małżeństwem… i Anetą z Kubą. Tłok jak w akademiku.
– Przesadzasz. Kasia mówiła, że domek jest duży, każdy ma swój pokój. No i miało być „na luzie”, pamiętasz?
W radiu leciało coś o korkach na Zakopiance, ale byliśmy jeszcze daleko. Śmiałam się z jego nieufności, choć gdzieś głęboko miałam lekkie ukłucie niepokoju. Przeganiałam je. Dotarliśmy tuż przed zmrokiem. Domek wyglądał jak z katalogu – drewno, szkło, podjazd z kostki i podświetlenie LED. Luksus. Aż Paweł gwizdnął pod nosem.
– To to jest „skromny domek w górach”? – zapytał cicho, unosząc brwi.
Kasia i Michał wybiegli nam na spotkanie. Kasia rzuciła mi się na szyję, jakbyśmy się nie widziały od lat.
– No wreszcie jesteście! – zapiszczała. – Chodźcie, napijecie się czegoś? Michał robił dziś grzańca z rozmarynem!
W środku pachniało świecami i drewnem. Aneta i Kuba już byli. Rozebraliśmy się, wzięliśmy napoje, a ja czułam, jak zaczynam wreszcie oddychać.
Tylko Paweł, oparty o framugę, mruknął mi do ucha:
– Jakoś dziwnie się tu czuję. Wszyscy mili… aż za bardzo.
Zignorowałam go. Byłam tu z przyjaciółmi. U Kasi. Miało być dobrze. Musiało być.
Wszystko mialo swoją cenę
– Kochani, zanim się rozsiądziecie, mam małą prośbę – Michał klasnął w dłonie, a ja jeszcze z uśmiechem się odwróciłam. – Mamy tu taki zeszycik, do którego wpisujemy wydatki. Żeby było sprawiedliwie.
– Zeszycik? – zaśmiała się Aneta, chyba niepewna, czy to żart.
– No tak, wiesz – dodała Kasia, poprawiając opaskę na włosach. – My was zaprosiliśmy, ale nie jesteśmy bankomatem, nie?
Na stole pojawiła się kolacja. Pyszne risotto z kurkami, wino, oliwki… i przy każdym talerzu karteczka: "50 zł/os.".
– Żartujecie? – Paweł spojrzał na mnie, ale ja tylko wzruszyłam ramionami. – Myślałem, że to takie… wspólne gotowanie, nie restauracja.
– No ale przecież nikt nie gotuje za darmo – Michał odparł z powagą. – W knajpie byś zapłacił trzy razy tyle.
W kolejnych dniach sytuacja się powtarzała. Rano śniadanie – 20 zł. Wieczorem grzane wino – 10 zł. Kasia rzucała mimochodem, że „jak tak wszyscy biorą po dwie kąpiele dziennie, to może by się zrzucić też na wodę”. Paweł zaczynał się gotować, a ja próbowałam udawać, że nic się nie dzieje.
– To dziwne, prawda? – szepnęła mi Aneta w kuchni. – Jakoś… nie tak to sobie wyobrażałam.
Też nie tak. Miało być wspólnie, bez spiny. A każdy wieczór kończył się w excelu Michała i zgrzycie zębów Pawła.
Nie podobało nam się to
– Natalia, ja rozumiem, że to twoja koleżanka, ale… – Paweł leżał obok mnie na łóżku i patrzył w sufit – …mam wrażenie, że przyjechaliśmy do pensjonatu, tylko bez obsługi.
Leżeliśmy w ciszy, słysząc przez ścianę śmiechy Kasi i Michała. Rachunki urosły do czterocyfrowych kwot, a to był dopiero piąty dzień.
– Myślisz, że to specjalnie? – zapytałam, choć odpowiedź znałam. – Przecież mówiła, że to „na luzie”…
– No właśnie. A teraz „na luzie” zapłacimy za gaz, prąd i jedzenie.
Następnego ranka Aneta i Kuba usiedli ze mną na ganku.
– Też tak czujecie, że coś tu śmierdzi? – spytała Aneta cicho. – Michał wczoraj policzył, że za drewno do kominka „symboliczne 30 zł za wieczór”. A to przecież ich własny domek…
Wymieniliśmy spojrzenia.
Wieczorem wszyscy usiedliśmy w salonie, Kasia i Michał wnieśli laptopa.
– Kochani, szybkie podsumowanie kosztów – Michał włączył prezentację jakby prowadził spotkanie biznesowe. – Tak żeby nikt nie miał wątpliwości, kto ile zużył, kto co wypił. I żeby było uczciwie.
Siedziałam w milczeniu, czułam jak robi mi się ciepło na twarzy. Paweł splótł ramiona i nie powiedział ani słowa.
Dostaliśmy rachunek
Po powrocie do Warszawy, kiedy emocje opadły, w skrzynce mailowej czekał na mnie plik PDF. Tytuł: „Rozliczenie pobytu”. Kwota końcowa: 2000 zł od pary. Patrzyłam na ekran i czułam, jak coś we mnie pęka. Jakby przyjaźń, która trwała tyle lat, właśnie została wyceniona.
Siedziałam nad tym mailem chyba z pół godziny. Przeczytałam go pięć razy. „ Prosimy o przelew do końca tygodnia.” Jakbyśmy byli obcymi ludźmi. Klientami. W końcu napisałam do Kasi.
– Hej, serio? Nie umawiałyśmy się na wynajem. Zaprosiłaś nas jako przyjaciółka, nie właścicielka pensjonatu…
Odpisała szybko.
– Natalia, wszystko było transparentne. Mówiliśmy o kosztach, nikt niczego nie ukrywał. Trochę uczciwości by się przydało.
– Transparentne?! – aż powiedziałam na głos, choć siedziałam sama. – Gdybym wiedziała, że mam płacić ponad tysiaka, to byśmy nawet nie ruszyli z Warszawy!
Dostałam kolejnego SMS-a, tym razem od Michała:
„Jeśli kogoś nie stać na wyjazd, to nie nasz problem.”
Usiadłam z wrażenia. Paweł wszedł do pokoju, zobaczył moją minę i bez pytania wyjął mi telefon z ręki. Przeczytał wszystko, oddał.
– Daj spokój. Po prostu im zapłać i miejmy to z głowy – mruknął. – Niektórzy ludzie są tacy, jacy są. Nie zmienisz ich.
Ale ja nie mogłam tego tak zostawić. Czułam się, jakby ktoś opluł mi wspomnienia. Jakby cała nasza przyjaźń była tylko środkiem do celu. Kiedyś zwierzałyśmy się sobie, dziś Kasia traktowała mnie jak klientkę, której kończy się doba hotelowa.
Czuliśmy się oszukani
Spotkaliśmy się z Anetą i Kubą tydzień później. Przynieśli ciasto jak zawsze. Ale rozmowa była zupełnie inna niż zwykle.
– Też dostaliście „rozliczenie”? – zapytałam bez zbędnych wstępów.
– 2000 zł – przytaknął Kuba, wzdychając. – Dokładnie tyle samo. Co do grosza.
– Myśleliśmy, że to może jakaś pomyłka – dodała Aneta, mieszając herbatę. – Ale potem stwierdziliśmy, że nie warto się kłócić. Chcieliśmy to przemilczeć. Aż wstyd się przyznać.
Siedzieliśmy w ciszy, popijając wino. I nagle, jakby ktoś zerwał opaskę z oczu, zaczęliśmy łączyć fakty.
– W sumie... to wszystko było zbyt idealne, zbyt przygotowane – powiedział Paweł. – Te karteczki z cenami, zeszyt wydatków, rozliczenie jak z księgowości. To nie była spontaniczna wycieczka. To było zaplanowane.
– Myślicie, że zaprosili nas tylko po to, żeby sobie dorobić? – szepnęła Aneta.
– A jak inaczej to nazwać? – spojrzałam na nią. – Udawali przyjaciół, a potraktowali nas jak frajerów. Wynajęli domek pod przykrywką „spotkania ze znajomymi”.
– Michał zawsze miał zacięcie do liczenia – zażartował gorzko Kuba. – Tylko nikt nie podejrzewał, że zacznie wystawiać rachunki za przyjaźń.
Czułam, jak mnie to boli. Nie o pieniądze chodziło. Tylko o to, że dałam się nabrać. Że ktoś, kogo uważałam za bliskiego, zrobił ze mnie naiwnego gościa z portfelem.
Natalia, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W rzeczach męża znalazłam zaproszenie na Walentynki w SPA. Szkoda, że to nie ze mną planował leżeć w jacuzzi”
- „Chcieliśmy wykiwać księdza przy kolędzie i narobiliśmy bigosu. Za późno zrozumiałam źródło skąpstwa męża”
- „Córka wykrzyczała mi w twarz, że przynoszę jej wstyd przed znajomymi. Zamknęłam się w łazience i przepłakałam pół dnia”