Reklama

Wydawało mi się, że alpejskie szczyty, luksusowy hotel i tydzień z dala od codziennych problemów będą idealnym tłem do naprawienia tego, co między nami pękło. Spakowałam najdroższe narty, jedwabne sukienki na wieczorne kolacje i nadzieję, która ważyła więcej niż mój bagaż.

Nie wiedziałam wtedy, że zimne powietrze na wysokości trzech tysięcy metrów wyostrza nie tylko zmysły, ale i widzenie prawdy, której unikałam od lat. To miała być nasza druga podróż poślubna, a stała się początkiem mojego nowego życia.

Ekskluzywne ferie we dwoje

Decyzja o wyjeździe zapadła impulsywnie, choć problem narastał w nas od miesięcy. Jacek, mój mąż, od dłuższego czasu był obecny w domu tylko ciałem. Jego myśli błądziły gdzieś między kolejnymi projektami w firmie a ekranem telefonu, który zdawał się być przyklejony do jego dłoni. Kiedy zaproponował wyjazd w Alpy, do jednego z tych kurortów, gdzie samo powietrze pachnie pieniędzmi i ekskluzywnością, zgodziłam się bez wahania. Myślałam, że to dobry znak. Że chce walczyć, że zależy mu na nas tak samo jak mi.

Przygotowania trwały dwa tygodnie. Kupowałam nowe stroje narciarskie, rezerwowałam stoliki w najlepszych restauracjach i wyobrażałam sobie, jak będziemy siedzieć przy kominku, popijając grzane wino i rozmawiając tak, jak na początku naszej znajomości. Chciałam wierzyć, że zmiana otoczenia zdziała cuda. Że kiedy znikną biurowe telefony i warszawska szarówka, odnajdę w nim tego mężczyznę, w którym zakochałam się siedem lat temu.

Jacek jednak nawet podczas pakowania był nieobecny. Rzucał tylko krótkie komendy dotyczące tego, co mam spakować dla niego, jakbym była jego asystentką, a nie żoną. Tłumaczyłam go stresem. Wmawiałam sobie, że musi zamknąć pewne sprawy, by mieć czystą głowę na wyjeździe. Jakże byłam naiwna. Gdy ruszaliśmy w drogę naszym SUV-em, on prowadził, a ja patrzyłam na mijane krajobrazy, czując dziwny ucisk w żołądku. To nie była ekscytacja. To był strach.

Jaki klient dzwoni w piątek w nocy?

Dojechaliśmy na miejsce późnym wieczorem. Hotel był zachwycający, drewno łączyło się z kamieniem i szkłem, a widok z naszego apartamentu na oświetlony stok zapierał dech w piersiach. Jacek jednak, zamiast podziwiać widoki ze mną, natychmiast zaczął szukać hasła do Wi-Fi. Kiedy próbowałam go przytulić, zbył mnie szybkim gestem, mrucząc coś o pilnym mailu, który musi wysłać, zanim w Polsce wszyscy pójdą spać.

Zeszliśmy na kolację. Sala była pełna eleganckich ludzi, słychać było gwar rozmów w kilku językach, brzęk sztućców i delikatną muzykę fortepianową. Zamówiliśmy jedzenie. Ja próbowałam nawiązać rozmowę, pytałam o jego plany na jutrzejsze narty, o to, którą trasę wybierzemy na rozgrzewkę. Odpowiadał półsłówkami, co chwilę zerkając na zegarek lub telefon leżący na stole ekranem do dołu.

W pewnym momencie telefon zawibrował. Jacek drgnął, chwycił go błyskawicznie i powiedział, że musi wyjść do lobby, bo tu jest za głośno. Zostałam sama przy stoliku z dwoma kieliszkami wina i stygnącą zupą cebulową. Mijały minuty. Pięć, dziesięć, piętnaście. Ludzie przy sąsiednich stolikach zaczęli rzucać mi współczujące spojrzenia. Czułam, jak pieką mnie policzki. Nie ze wstydu, ale z wściekłości. Wrócił po pół godziny, uśmiechnięty, jakby nic się nie stało. Powiedział, że to był ważny klient. Nie zapytałam, jaki klient dzwoni o dwudziestej drugiej w piątek. Bałam się odpowiedzi.

Przy znajomych był nie do poznania

Następnego dnia dołączyli do nas znajomi Jacka, Daria i Piotr. Byli małżeństwem z tych, które w mediach społecznościowych wyglądają jak reklama idealnego życia. Piotr był głośny, pewny siebie, Daria zawsze perfekcyjnie umalowana, nawet na stoku. Mieliśmy spędzać czas razem. Jacek przy nich zmieniał się nie do poznania. Nagle stawał się szarmancki, obejmował mnie, opowiadał anegdoty, w których przedstawiał nas jako zgrany duet.

Dla postronnego obserwatora wyglądaliśmy jak z obrazka. Dwie zamożne pary, świetny sprzęt, lunch na stoku w pełnym słońcu. Ja czułam fałsz w każdym jego geście. Kiedy Piotr nie patrzył, ręka Jacka zsuwała się z mojego ramienia, a uśmiech gasł jak wyłączona lampka. Czułam się jak rekwizyt, niezbędny dodatek do jego wizerunku człowieka sukcesu. Bez żony u boku wyglądałby podejrzanie, z żoną wyglądał na stabilnego i godnego zaufania.

Najgorsze były momenty w gondoli. Piotr i Daria szczebiotali do siebie, poprawiali sobie gogle, żartowali. My siedzieliśmy naprzeciwko nich w milczeniu. Jacek patrzył w okno, ja patrzyłam na swoje buty. Cisza między nami była tak gęsta, że można ją było kroić nożem, ale nasi znajomi byli zbyt zajęci sobą, by to zauważyć. Albo po prostu byli tak dobrze wychowani, by udawać, że nie widzą przepaści, która nas dzieliła.

Podczas jednego z lunchów Daria zapytała mnie o plany na rocznicę, która wypadała za miesiąc. Spojrzałam na Jacka. On nawet nie podniósł wzroku znad talerza. Powiedziałam coś o planowanym wyjeździe do SPA, kłamiąc gładko, by nie psuć atmosfery. Jacek wtedy prychnął cicho, co mogło być śmiechem, a mogło być wyrazem pogardy. To zabolało bardziej niż jakikolwiek krzyk.

Sama na stoku

Trzeciego dnia pogoda się pogorszyła. Wiał silny wiatr, widoczność spadła, a trasy stały się oblodzone. Nie czuję się pewnie w takich warunkach. Jeżdżę poprawnie, ale ostrożnie. Jacek natomiast uwielbiał prędkość i ryzyko. Zawsze uważał, że moja asekuracyjna jazda go spowalnia. Tego dnia uparł się, żebyśmy zjechali najtrudniejszą trasą, która prowadziła do doliny z innej strony góry.

Prosiłam go, żebyśmy wybrali czerwoną, łagodniejszą. Tłumaczyłam, że jest mgła, że boję się muld, których nie widać. Wyśmiał mnie. Powiedział przy Piotrze, że histeryzuję i że muszę wreszcie przestać być taką mimozą. Piotr zaśmiał się nerwowo, próbując obrócić to w żart, ale mi nie było do śmiechu. Pod presją zgodziłam się. To był błąd.

Już na początku trasy poczułam paraliżujący strach. Stok był stromy, pokryty lodem, a mgła sprawiała, że nie widziałam zjazdu. Jacek ruszył pierwszy, nie oglądając się na mnie. Krzyknęłam, żeby zaczekał, ale on tylko pomachał kijkiem i zniknął w bieli. Zostałam sama. Daria i Piotr pojechali inną trasą, bo Daria też nie czuła się na siłach.

Zjeżdżałam metr po metrze, z duszą na ramieniu, modląc się, żeby nie upaść. Każdy skręt był walką o przetrwanie. W połowie stoku przewróciłam się. Narta się nie wypięła, poczułam ostre szarpnięcie w kolanie. Leżałam na śniegu, próbując się pozbierać, a wokół była tylko cisza i mgła. Wyjęłam telefon drżącymi rękami. Dzwoniłam do Jacka. Raz, drugi, trzeci. Nie odbierał.

Siedziałam tam na śniegu przez dwadzieścia minut. Zmarznięta, przerażona, z bolącym kolanem. W końcu jakiś obcy narciarz zatrzymał się, pomógł mi wstać i asekurował mnie aż do samego dołu. Był to starszy Austriak, który nie mówił słowa po angielsku, ale jego troska była bardziej wymowna niż jakiekolwiek słowa mojego męża. Kiedy dotarłam na dół, do baru après-ski, zobaczyłam Jacka. Siedział z grzańcem w dłoni, śmiejąc się głośno z czegoś, co opowiadała jakaś kobieta przy barze. Nawet nie zauważył, że mnie nie było przez prawie godzinę.

Nie chodziło o ratowanie małżeństwa

Wróciłam do hotelu sama, taksówką, mimo że Jacek miał kluczyki do naszego samochodu. Nie chciałam z nim rozmawiać w tłumie ludzi. Czułam, jak we mnie wszystko kipi. To nie był już smutek. To była furia. Weszłam do pokoju, wzięłam gorący prysznic i czekałam. Wrócił po dwóch godzinach, lekko wstawiony, pachnący alkoholem i drogimi perfumami.

Zaczął narzekać, że zepsułam zabawę, że zniknęłam bez słowa i że robię z siebie ofiarę. Nie krzyczałam. Zapytałam go spokojnie, dlaczego nie odebrał telefonu, gdy leżałam na stoku. Spojrzał na mnie z tym swoim irytującym uśmieszkiem i powiedział, że nie słyszał, a poza tym wiedział, że sobie poradzę, bo przecież nic mi nie jest. Dodał, że nie jestem dzieckiem, żeby mnie prowadzić za rączkę.

Wtedy zauważyłam coś, co leżało na szafce nocnej. Jego tablet. Zazwyczaj miał go zablokowanego na tysiąc sposobów, ale tym razem, w alkoholowym rozluźnieniu, zostawił go otwartego. Ekran świecił się delikatnie. Podeszłam. Jacek był w łazience. Spojrzałam na otwartą aplikację wiadomości.

Nie szukałam zdrady fizycznej. Szukałam dowodu na to, że oszalałam, że moje podejrzenia są bezpodstawne. Ale to, co zobaczyłam, było gorsze niż romans. To była korespondencja z jego wspólnikiem. Pisali o mnie. Jacek pisał o mnie.

Data z wczoraj. Jacek pisał: Zabrałem ją w te Alpy, żeby przestała marudzić o rozwodzie. Kosztuje mnie to fortunę, ale muszę ją udobruchać, dopóki nie przepiszemy domu na firmę. Jak tylko podpisze papiery u notariusza w przyszłym miesiącu, droga wolna. Ona jest tak naiwna, że myśli, że to romantyczny wypad.

Zamarłam. Litery rozmywały mi się przed oczami. Cały ten wyjazd, te wszystkie gesty, to udawanie przed znajomymi – to wszystko było cyniczną grą. Nie chodziło o ratowanie małżeństwa. Chodziło o majątek. O dom, który odziedziczyłam po rodzicach, a który on chciał włączyć do swojej ryzykownej inwestycji. Byłam dla niego tylko przeszkodą do pokonania, pionkiem na szachownicy.

Spakowałam walizki, gdy on jeszcze spał

Tej nocy nie zmrużyłam oka. Jacek chrapał obok, nieświadomy, że jego misterny plan właśnie runął. Leżałam i patrzyłam w sufit, analizując każde jego słowo z ostatnich miesięcy. Wszystko nagle nabrało sensu. Jego nagłe zainteresowanie moimi sprawami spadkowymi, pytania o księgi wieczyste, sugestie, że powinnam zabezpieczyć naszą przyszłość, inwestując w jego nowy projekt. Byłam ślepa, zaślepiona miłością do człowieka, który już dawno przestał istnieć.

Wstałam o piątej rano. Za oknem panowała jeszcze ciemność, góry były tylko czarnymi zarysami na tle granatowego nieba. Zaczęłam się pakować. Cicho, metodycznie. Nie brałam wszystkiego. Zostawiłam narty, drogą biżuterię, którą dał mi na ostatnie urodziny, a która teraz wydawała mi się kajdanami. Spakowałam tylko swoje ubrania, dokumenty i laptopa.

Ubrałam się w wygodne dżinsy i sweter. Spojrzałam na niego po raz ostatni. Wyglądał niewinnie we śnie, jak chłopiec. Ale wiedziałam, że pod tą powłoką kryje się wyrachowany gracz. Nie zostawiłam listu. Nie było sensu. Wszystko, co miałam do powiedzenia, powiedziałabym tylko w obecności prawnika.

Zeszłam do recepcji. Uregulowałam rachunek za swój pobyt – tylko za siebie, co wprawiło recepcjonistę w lekkie zdumienie, ale nie komentował. Poprosiłam o zamówienie transportu na dworzec kolejowy w najbliższym mieście. Nie chciałam brać samochodu, nie chciałam dawać mu pretekstu, że coś ukradłam. Chciałam odciąć się od niego całkowicie, na moich zasadach.

Wróciłam bez męża, ale zyskałam znacznie więcej

Gdy pociąg ruszył, a zaśnieżone szczyty zaczęły przesuwać się za oknem, poczułam dziwny spokój. Nie było łez. Nie było histerii. Była tylko ulga. Ogromna, pusta przestrzeń w klatce piersiowej, którą wreszcie mogłam wypełnić własnym oddechem. Wyjęłam telefon i zablokowałam numer Jacka. Zablokowałam też Darię i Piotra. Nie chciałam żadnych pytań, żadnych tłumaczeń, żadnych fałszywych prób mediacji.

Wiedziałam, że gdy Jacek się obudzi i zobaczy pustą szafę, wpadnie w szał. Nie dlatego, że mnie kochał i będzie tęsknił, ale dlatego, że stracił kontrolę. Stracił swój atut w grze o pieniądze. Wyobrażałam sobie jego minę, gdy zrozumie, że ta naiwna żona, którą uważał za balast, właśnie go przechytrzyła.

Podróż powrotna do Polski trwała kilkanaście godzin z przesiadkami. Miałam dużo czasu na myślenie. Myślałam o tym starszym Austriaku, który pomógł mi wstać na stoku. O tym, że obcy człowiek okazał mi więcej serca w pięć minut niż mój własny mąż przez ostatni rok. To był moment przełomowy. Zrozumiałam, że samotność nie oznacza bycia samej. Samotność to bycie z kimś, kto sprawia, że czujesz się nikim.

Wróciłam do pustego domu – tego domu, który on chciał mi odebrać. Zmieniłam zamki tego samego wieczoru. Następnego dnia rano byłam już w kancelarii adwokackiej. Prawniczka, kobieta o stalowych oczach, wysłuchała mnie uważnie. Kiedy pokazałam jej zdjęcia ekranu tabletu, które zrobiłam tamtej nocy, uśmiechnęła się tylko kącikiem ust i powiedziała „Załatwimy go pani Moniko”.

Dziś, trzy miesiące później, jestem w trakcie rozwodu. Jacek próbował wszystkiego – od gróźb, przez błagania z kwiatami, po próby manipulowania naszymi wspólnymi znajomymi. Jednak ja jestem już odporna. Alpy mnie zahartowały. Tamten mróz, ten strach na stoku i ta chwila prawdy przy świecącym ekranie tabletu sprawiły, że coś we mnie umarło, ale narodziło się coś znacznie silniejszego.

Pojechałam na ferie w Alpy jako żona, która desperacko szukała miłości. Wróciłam jako kobieta, która odnalazła szacunek do samej siebie. I choć wróciłam bez męża, nigdy nie czułam się bardziej kompletna niż teraz. Czasami strata jest największym zyskiem, jaki może nas spotkać.

Monika, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama