„Ferie w Alpach to nie dla mnie, wolę tani weekend w Radomiu. W tym kraju można tyrać na etacie i nie mieć na życie”
„– Dziewczyny, patrzcie! Tydzień w Tyrolu, śniadania w cenie i do tego skipassy! – Karolina niemal krzyknęła z ekscytacji, wlepiając wzrok w ekran swojego laptopa. Siedziałyśmy w kuchni biurowej, popijając herbatę z ekspresu i chrupiąc suche wafle ryżowe. W takich chwilach tylko się uśmiecham”.

- Redakcja
Mam 32 lata, pracuję na etacie w jednej z warszawskich korporacji i mieszkam w wynajętym pokoju z widokiem na ścianę sąsiedniego bloku. Kiedy zbliżają się ferie zimowe, wszyscy dookoła mówią tylko o wyjazdach. Jedni planują narty w Alpach, inni city break w Barcelonie. A ja? W moim budżecie mieszczą się co najwyżej dwa noclegi w Radomiu i obiad w barze mlecznym. Ledwo wiążę koniec z końcem, a marzenia o wypoczynku są tak samo realne jak posiadanie własnego mieszkania. Taka codzienność – między wypłatą a zapomnieniem.
Odliczam dni do wypłaty
– Dziewczyny, patrzcie! Tydzień w Tyrolu, śniadania w cenie i do tego skipassy! – Karolina niemal krzyknęła z ekscytacji, wlepiając wzrok w ekran swojego laptopa.
Siedziałyśmy w kuchni biurowej, popijając herbatę z ekspresu i chrupiąc suche wafle ryżowe. W takich chwilach staram się nie wydawać żadnych dźwięków, nie rzucać się w oczy. Tylko się uśmiecham – żeby nie było, że jestem zgorzkniała. Chociaż… tak naprawdę jestem.
– To bierzesz ten pakiet? – zapytała Zuza, poprawiając włosy przeglądając się w ekranie telefonu. – Ja myślę nad Andorą. Mikołaj mi coś przebąkuje, że może nawet zrobimy tam zaręczyny!
Zamieszałam herbatę tak energicznie, że aż rozlała się po spodeczku.
– A ty, Ala? Coś planujesz? – Karolina spojrzała na mnie przez ramię.
– Jeszcze nie wiem – odparłam z udawaną nonszalancją. – Może coś last minute, zobaczymy.
Nie powiem przecież, że do wypłaty zostało dziewięć dni, a ja mam na koncie 42 złote i resztki makaronu w szafce. Nawet bilet do Radomia musiałabym kupić z wyprzedzeniem, żeby się zmieścić w budżecie. Zresztą... kto powiedział, że ferie są dla takich jak ja?
Weszłam do biura podróży
Po pracy weszłam do biura podróży, tak po prostu – żeby się ogrzać. I popatrzeć. Na plakacie w witrynie Alpy błyszczały jak z bajki: śnieg skrzył się w słońcu, ludzie uśmiechnięci, w okularach przeciwsłonecznych, z gorącą czekoladą w ręku. Nawet dzieci wyglądały na grzeczne.
– W czym mogę pomóc? – zagadnęła mnie konsultantka, zbyt energiczna jak na godzinę 18:45.
– Jeszcze nie wiem… rozglądam się – odpowiedziałam, biorąc do ręki katalog z ofertami.
Był ciężki i pachniał nowością. Przerzucałam strony powoli, jakby naprawdę było mnie na to wszystko stać. Narty we Włoszech, kuligi w Norwegii, sylwester w Laponii… Nawet w Czechach znalazło się coś ładnego – pensjonat z sauną i widokiem na góry.
– A jaki budżet Pani zakłada? – dopytywała konsultantka z uśmiechem, który z każdym moim wahaniem stawał się coraz bardziej sztuczny.
– Na razie się rozglądam – powtórzyłam i podałam jej katalog z powrotem.
Wyszłam na mróz. Było ciemno, a mi zamarzyła się ciepła kąpiel w jacuzzi, gdzieś wysoko w Alpach. Zamiast tego czekał na mnie tramwaj numer 22 i kaloryfer, który ledwo zipał. Może chociaż znajdę jakieś tanie zabiegi typu spa w okolicy.
Nie jeżdżę, bo mnie nie stać
W sobotę odezwała się Sandra. Znowu. Zawsze dzwoni, kiedy zbliża się jakiś długi weekend albo święta.
– Ala, lecimy do Porto! Znalazłam promocję, 280 złotych w dwie strony. Obczaiłam noclegi za 120 za noc. Chodź, będzie fajnie, wino, ocean, luz!
Usiadłam na brzegu łóżka i zerknęłam na rozładowany telefon w ładowarce. W głowie szybko przeliczyłam: 280 bilet, 3 noce, to już 640. Do tego wino, jedzenie, transport. Minimum dziewięć stów. Czyli nie jem dwa tygodnie, nie płacę za telefon i nie kupuję biletu miesięcznego. Spoko.
– Nie wiem, Sandra, mam teraz ciężki czas w pracy – bąknęłam. – Może następnym razem?
– Ale przecież mówiłaś ostatnio, że u was luz. No weź, nigdy nigdzie nie jeździsz. Porto jest przepiękne!
Zamilkłam. Czułam się, jakby ktoś przykładał mi palec do czoła i naciskał, mocno, aż w środek myśli. Nie jeżdżę, bo mnie nie stać. A że nie mówię tego wprost? Wiem, jak działa świat – ludzie nie lubią narzekaczy. I biedy.
– Zobaczę, dobrze? – rzuciłam jeszcze, żeby zakończyć rozmowę.
Sandra pewnie już planowała, jaką sukienkę zabrać. Ja tymczasem poszłam do kuchni – ugotować ryż z warzywami. Znowu.
Tania pizza i kawa z termosu
W niedzielę wieczorem spotkaliśmy się z Michałem. Zwykle wybieraliśmy spacer, czasem kino, ale tym razem zaprosił mnie na kolację.
– Wiesz, mam voucher z pracy do tej nowej pizzerii na Nowym Świecie. Stwierdziłem, że zamiast go zmarnować, zjemy coś razem – powiedział z uśmiechem, jakby czytał w moich myślach.
Wiedziałam, że to jego sposób, żeby mnie odciążyć. Że nie mówi „zapraszam cię”, tylko „mam voucher”, żebym nie poczuła się jak biedaczka. I właśnie to najbardziej mnie w nim rozczulało. Zamówiliśmy jedną pizzę na pół, wodę z cytryną i dzieliliśmy się focaccią, jakby to było co najmniej carpaccio z truflami.
– A może chcesz jutro gdzieś wyskoczyć? Weźmiemy termos, kanapki… Po prostu przejdziemy się gdzieś dalej? – zaproponował, a ja niemal się wzruszyłam.
Nie chciałam mu mówić, że jestem tak zmęczona brakiem pieniędzy, że nawet wyjście do parku z termosową kawą brzmi jak luksus.
– Chętnie – odpowiedziałam po prostu. – Byle nie do galerii handlowej, tam mnie wszystko frustruje.
Zamrugał ze śmiechem. On jeden nie udawał, że nie wie, jak wygląda moje życie. Czasem myślę, że nie brakuje mi Alp. Tylko poczucia, że nie jestem gorsza.
Pojechałam na ferie do Radomia
W końcu pojechałam. Do Radomia. Michał znalazł tani pensjonat z ogrzewaniem, a ja znalazłam w sobie resztki entuzjazmu. Spakowałam termos, sweter z second handu i książkę, której nie mogłam zmęczyć od miesięcy. Jechaliśmy pociągiem prawie pustym – godzina nieatrakcyjna, kierunek jeszcze mniej.
– Zobacz, dwie godziny jazdy i mamy swoje Alpy – żartował Michał, pokazując za okno na zamarznięty staw.
– Byle nie wpadli tu teraz narciarze z Monachium – odpowiedziałam, z uśmiechem podszytym rezygnacją.
Pensjonat był prosty, ale czysty. Wieczorem poszliśmy do restauracji, która reklamowała się jako „najlepsza pizza w regionie”. Smakowała dokładnie jak ta z wczoraj, ale zjedzona po długim spacerze przez zamarznięty park – miała jakiś dziwny urok. W nocy nie mogłam spać. Leżałam na skrzypiącym łóżku i patrzyłam w sufit, myśląc o wszystkim i niczym. Że może moje życie zawsze będzie wyglądać właśnie tak: niskobudżetowo, na kredyt życzliwości, z marzeniami przekładanymi na „może kiedyś”. Michał spał obok, spokojny, jakby nie było problemów. A może właśnie dlatego, że były – ale przeżywaliśmy je razem. To była moja pierwsza wycieczka od trzech lat. I chyba najważniejsza.
Nie jestem leniwa, ani głupia
Wracając do Warszawy, patrzyłam na szare pola za oknem i myślałam: „To tyle. Tyle mogę. Radom i pizza z promocji”. Czułam złość, ale i coś w rodzaju ulgi. Przestałam udawać. Przestałam zazdrościć ludziom, że są w Alpach. Przestałam udawać przed koleżankami z pracy, że „jeszcze nie wiem, gdzie jadę”. Już wiedziałam – nigdzie. Albo co najwyżej tam, gdzie da się dojechać za 23,90. Nie jestem leniwa, nie jestem głupia. Po prostu w tym kraju można tyrać na pełen etat i nadal nie mieć na życie.
Kiedyś myślałam, że bieda wygląda jak obdarte buty i brak obiadu. A dziś wiem, że to może być wypłata na czas, kawa z ekspresu i uśmiech przez zaciśnięte zęby. Bieda ma kartę debetową i mieszka w kawalerce z meblami z drugiej ręki. Nie wiem, co będzie dalej. Może kiedyś naprawdę pojedziemy gdzieś dalej niż do Radomia. Może nie. Może życie to po prostu seria drobnych kompromisów i pogodzenia się z tym, że niektórzy mają wszystko, a inni muszą się zadowolić resztkami. A jeśli mam z kim dzielić termos i śmiech z tandetnego hoteliku, to może jednak nie jest aż tak źle?
Ala, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na dyskotece w remizie przystojniak poprosił mnie do tańca. Myślałam, że to przygoda na 1 noc, ale los płata figle”
- „Nowa dziewczyna syna miała bardzo nietypową profesję. Policzki paliły mnie jak ogień, gdy wodziła za mną wzrokiem”
- „Teść myśli, że jestem potulną synową i będę żyć pod jego dyktando. Grubo się myli, bo ja nie dam sobie w kaszę dmuchać”