„Ferie w Beskidach mieliśmy spędzić w agroturystyce. Nie oczekiwałam luksusów, ale na miejscu zastałam coś okropnego”
„W nocy było zimno. Tak zimno, że nie potrafiłam zasnąć. W gardle ściskało mnie od odrazy. Każdy mięsień był napięty, każdy oddech był ciężki. Wpatrywałam się w ciemność i zastanawiałam się, co mnie podkusiło, by myśleć, że ten wyjazd cokolwiek naprawi”.

- Redakcja
Mam na imię Zuzanna. Mam trzydzieści dwa lata i od siedmiu jestem żoną Nikodema. Mieszkamy w Warszawie, w dzielnicy, którą kiedyś nazywałam „idealną do życia”: blisko metra, kawiarnia z kawą z alternatywą, park, gdzie można pobiegać albo posiedzieć z książką. Ale ostatnio wszystko wydaje się za głośne, zbyt szybkie, zbyt intensywne. Warszawa zaczęła mnie męczyć, a może to nie miasto, tylko życie w nim?
Z natury jestem uporządkowana. Lubię wiedzieć, gdzie co leży. Wolę mieć zaplanowane posiłki, wyjazdy i rozmowy. Denerwuje mnie chaos. Może właśnie dlatego związałam się z kimś takim jak Nikodem – spokojnym, milczącym, jakby nieobecnym. Wydawało mi się, że razem będzie nam dobrze. Nie przeszkadzało mi wspólne milczenie, na początku było to nawet przyjemne. Ale ta cisza zaczęła się rozpychać między nami jak wilgoć w starym domu – wchodziła w szpary, zniekształcała kontury, robiła swoje.
Wpadłam na pomysł wyjazdu w góry w przypływie zmęczenia. Przewijając zdjęcia z jakiegoś portalu rezerwacyjnego, natknęłam się na ogłoszenie: „Ustronne gospodarstwo w Beskidach – idealne na odpoczynek dla dwojga”. Pokazałam je Nikodemowi. Kiwnął głową, nie zadał żadnych pytań. Wzięłam to za zgodę. Liczyłam, że to będzie nasz czas – bez telefonów, maili, znajomych, bez codzienności. Może jeszcze można do niego dotrzeć. Może wystarczy inna sceneria.
Droga była długa i kręta. Im wyżej, tym zimniej, ale widoki robiły się coraz piękniejsze. Nikodem prowadził w milczeniu, słuchał jakiegoś podcastu. Ja wpatrywałam się w mgłę osiadającą na wzgórzach. Gdy dotarliśmy na miejsce, przez moment miałam nadzieję, że coś się wydarzy – że to będzie ten punkt zwrotny, który zmienia wszystko.
Ale gdy tylko wysiadłam z samochodu i zobaczyłam to gospodarstwo, poczułam niepokój. Na zdjęciach było inne. Jaśniejsze, większe. Bardziej zadbane. Teraz przed nami stał budynek o łuszczącej się farbie, otoczony błotem i resztkami śniegu. Weszłam do środka i zapach stęchlizny uderzył mnie w twarz. I coś we mnie zadrżało, mówiąc mi: „Uciekaj”. Ale nie posłuchałam.
Czułam tylko odrazę
– To chyba żart… – powiedziałam, gdy tylko przekroczyłam próg pokoju. Stanęłam w miejscu, czując, jak moje ciało natychmiast napina się z dyskomfortu.
Nikodem wsunął się za mną z torbą, rozejrzał się i wzruszył ramionami.
– No co? Jest przecież łóżko, są ściany, sufit… Nie wygląda to aż tak źle.
Nie odpowiedziałam od razu. Skupiłam się na szczegółach. Wilgoć była wyczuwalna w powietrzu, zapach stęchlizny był tak intensywny, że cofnęłam się o krok. Materac miał brązowe zacieki, jakby ktoś kiedyś próbował go uratować przed zalaniem, ale było już za późno. Koc, rzekomo „wełniany i ciepły”, był cienki, szorstki i miał na sobie podejrzanie wyglądające kłaczki. Wyszłam na korytarz i zeszłam na dół. Gospodarz siedział przy kuchennym stole i jadł zupę.
– Przepraszam, czy to… normalne, że w pokoju tak pachnie? – zapytałam, próbując zachować spokój.
Nie podniósł wzroku.
– Tak tu zawsze jest po zimie. Nie ma się co przejmować.
– A można otworzyć okno? Może się przewietrzy? – próbowałam jeszcze raz.
Wtedy spojrzał na mnie ze zniecierpliwieniem.
– Niech pani lepiej nie otwiera, bo wilgoć wejdzie jeszcze bardziej.
Zacisnęłam zęby i wróciłam na górę. Nikodem rozpakowywał torbę, jakby wszystko było w najlepszym porządku.
– Nie rób afery, serio – rzucił przez ramię, nie patrząc na mnie. – Przecież nie przyjechaliśmy tu na luksusy.
– Nie chodzi o luksusy – odpowiedziałam chłodno. – Tylko o podstawowy komfort. Tu śmierdzi. Jest zimno, a łóżko wygląda, jakby ktoś w nim umierał. I mam siedzieć cicho?
Nikodem wzruszył ramionami.
– To tylko kilka dni. Przestań się nakręcać.
Usiadłam na skraju łóżka i poczułam, jak pod wpływem mojego ciężaru materac ugina się nierównomiernie, jakby w środku było coś wilgotnego i sprężystego. W gardle ścisnęło mnie od odrazy.
Wieczorem zjedliśmy w milczeniu kanapki, które przywieźliśmy z miasta. Nie rozmawialiśmy. Nikodem zasnął szybko, odwrócony do ściany. Ja leżałam w ubraniu, z kocem zarzuconym na ramiona, słuchając, jak wiatr tłucze o okna. W nocy było zimno. Tak zimno, że nie potrafiłam zasnąć. Każdy mięsień był napięty, każdy oddech był ciężki. Wpatrywałam się w ciemność i zastanawiałam się, co mnie podkusiło, by myśleć, że ten wyjazd cokolwiek naprawi.
Byłam rozżalona
– To nie jest odpoczynek, to jest tortura – powiedziałam nad ranem, siadając na łóżku. Moje ręce były zimne jak lód, oczy przekrwione. Zasnęłam może na godzinę.
Gdy spojrzałam w stronę Nikodema, już nie spał. Leżał z zamkniętymi oczami, ale widziałam po jego szczęce, że zaciska zęby.
– I co, znowu uciekniesz? Nie umiesz przeczekać nawet jednej nocy? – rzucił z przekąsem, nie ruszając się spod kołdry.
Odwróciłam się do niego gwałtownie.
– To nie ja uciekam. To ty się zamykasz jak zawsze. Chowasz się za tym swoim „przeczekaniem”, za tą swoją ciszą. Ile razy jeszcze mam siedzieć obok ciebie i udawać, że wszystko gra?
Wstał. Ubrał się szybko, jakby chciał po prostu wyjść z pokoju. Przeszedł obok mnie bez słowa.
– Jasne. Wszystko moja wina. Jak zawsze.
– Nawet nie próbujesz mnie zrozumieć – rzuciłam. – Nic cię nie obchodzi, że ja się tu duszę.
Zatrzymał się w progu.
– Wiesz co? Nie mam siły się z tobą kłócić.
Trzasnęły drzwi, a ja zostałam sama. W pomieszczeniu, które pachniało jak piwnica po zalaniu, w ubraniach, które przesiąkły wilgocią.
Wyszłam na chwilę na zewnątrz, ale błoto sięgało prawie do kostek, a wiatr wdzierał się pod kurtkę. Wróciłam do środka i usiadłam w tym samym miejscu co wieczorem. Czułam się otępiała, zła, rozżalona. I zawstydzona, że chciałam, żeby ten wyjazd nas uratował.
Nikodem wrócił po jakiejś godzinie. Nie powiedzieliśmy do siebie słowa. Siedzieliśmy w tym pokoju jak dwa zimne kamienie. Każde po swojej stronie. Obcy, oddzieleni niewidzialnym murem, który zbudował się między nami przez miesiące milczenia, przemilczanych pretensji, braku dotyku.
Zostałam tam cały dzień. Nie chciałam jeść, nie chciałam się ruszać. Czułam, jak coś we mnie się zapada, jakby ten dom z wilgocią i ciszą przesiąkał też mnie. Po zmroku było jeszcze gorzej. Pojawiły się odgłosy z rur, stukania, przeciągi, których nie dało się zatrzymać. Kolejna noc przyszła bez snu, z uczuciem całkowitego odłączenia od świata.
Coś zaczęło się zmieniać
Po powrocie do domu nie powiedzieliśmy do siebie ani słowa. Minął dzień, potem drugi. Mijaliśmy się w kuchni, w przedpokoju, nawet nie trafiając na siebie wzrokiem. W mieszkaniu panowała martwa cisza. Nie ta, której kiedyś szukałam. Ta była ciężka, lepka, nie do zniesienia.
Obserwowałam Nikodema. Siedział przed komputerem dłużej niż zwykle, słuchał czegoś w słuchawkach. Uciekał w pracę jak w jakiś kokon, w którym nie trzeba czuć, nie trzeba się tłumaczyć, nie trzeba być obecnym. Przestał nawet udawać. Znikał na całe wieczory, nie tłumacząc się, dokąd wychodzi.
Przez te dwa dni miałam czas, żeby przetrawić wszystko, co wydarzyło się w górach. Chciałam wierzyć, że to wina miejsca, że zimno i wilgoć wyciągnęły z nas to, co najgorsze. Ale im dłużej o tym myślałam, tym bardziej rozumiałam, że to nie nocleg był problemem. Nie zgnilizna materaca, nie milczenie gospodarza. Tylko to, co działo się między nami od miesięcy. Może nawet lat.
Pamiętam, jak kiedyś nie umiał zasnąć bez mojej ręki na jego klatce piersiowej. Jak szukaliśmy się w nocy, byle tylko się dotknąć. Jak opowiadał mi o swoich snach, zanim jeszcze zaparzyłam kawę. Teraz nie wiedziałam nawet, czy śni, a jeśli tak – to komu te sny opowiada.
W czwartek po pracy bez słowa zarezerwowałam nocleg w hostelu. Zwykłe łóżko, sucha pościel, skromne śniadanie. Bez luksusów, ale czysto, normalnie. Nie powiedziałam mu, że jadę. Po prostu wzięłam torbę i wyszłam. Po drodze kupiłam książkę, której nigdy nie miałam czasu dokończyć i zapisałam się na zajęcia jogi. Nie wiedziałam jeszcze, czy to ucieczka, czy ratunek. Ale pierwszy raz od dawna czułam, że robię coś wyłącznie dla siebie.
Usiadłam wieczorem na łóżku i popatrzyłam przez okno na puste podwórko. Światła rzucały jasne plamy na ścianę. Oddychałam spokojnie. Bez pośpiechu, bez wściekłości. Bez potrzeby tłumaczenia się komukolwiek. Coś się zmieniało. I nie wiedziałam, czy chcę to zatrzymać, czy pozwolić odejść.
Przestałam za nim tęsknić
Hostel był prosty, ale miał w sobie coś kojącego. Drewniane łóżka skrzypiały przy każdym ruchu, ale pościel pachniała świeżością. W łazience kafelki były pęknięte, ale czyste. Wszystko było na swoim miejscu, bez udawania, bez obietnic. Byłam tu sama, pierwszy raz od dawna naprawdę sama, i nie czułam z tego powodu paniki.
Właścicielka hostelu przyjęła mnie z ciepłym uśmiechem. Miała może pięćdziesiąt lat i przenikliwy wzrok. Wskazała mi pokój, zaproponowała herbatę z miodem i zostawiła w spokoju. Dopiero następnego dnia, kiedy zeszłam na śniadanie, zagadała.
– Czasem kobiecie trzeba ciszy – powiedziała, kiedy spojrzała na mnie uważniej. – Ale nie tej między ludźmi. Tylko tej, która jest w niej samej.
Skinęłam głową. Nie chciałam jeszcze mówić, nie umiałam. Czułam, jak w środku mnie wciąż wszystko drga. Po południu poznałam inną lokatorkę. Starsza kobieta, siwe włosy spięte w koczek, gruby szal. Usiadła obok mnie na tarasie. Popijała kawę i patrzyła w przestrzeń.
– Przyjechałam tu, żeby w końcu poczuć spokój– powiedziała. – W sobie.
Powtórzyła niemal te same słowa, które usłyszałam rano. Nie odezwałam się. Patrzyłyśmy razem na brzozy za oknem, które kołysały się na wietrze. Wieczorem po zajęciach jogi, kiedy ciało było lekkie, a głowa pusta, usiadłam na łóżku i zaczęłam notować. Bez celu, bez planu. Po prostu to, co czułam. Coś we mnie się wyciszało. Po raz pierwszy od miesięcy zasnęłam bez lęku.
Rano obudziłam się i nie poczułam chęci powrotu. Nie tęskniłam. Nie sprawdziłam, czy Nikodem coś napisał. Nie interesowało mnie, co robi. To było najgorsze i zarazem najbardziej wyzwalające. Bałam się tej obojętności. Bo może oznaczała, że już go nie potrzebuję. A może nigdy go nie potrzebowałam?
Nie czułam się winna
Telefon zadzwonił po południu. Na ekranie ukazało się znajome imię. Przez chwilę patrzyłam, jakby to było jakieś obce słowo. Odebrałam. Trwało to kilka sekund, zanim usłyszałam jego głos.
– Kiedy wracasz?
Nie było „cześć”, nie było pytania, czy wszystko w porządku. Tylko to.
– Jeszcze nie wiem – odpowiedziałam spokojnie.
Zapadła cisza, ale nie ta pełna napięcia. Raczej pusta. Jakby po drugiej stronie nie było nikogo.
– Znowu coś sobie wymyśliłaś – powiedział po chwili, nieco zrezygnowanym tonem.
– Może – przyznałam. – Ale pierwszy raz nie czuję się winna.
Rozłączyłam się. Bez gniewu, bez drżenia rąk. Odłożyłam telefon na szafkę i wróciłam do notatnika. Pisałam o wszystkim. O ubraniach przesiąkniętych zapachem tamtego pokoju. O tym, że całe nasze małżeństwo było jak ten materac – nieprzewietrzone, zgnite od środka, ale uparcie przykrywane kolejnym kocem, jakby to coś zmieniało.
Nie wiedziałam jeszcze, co dalej. Czy wrócę, czy w ogóle jest po co. Ale nie chciałam wrócić już do tego miejsca, gdzie moje zdanie nic nie znaczy, gdzie milczenie jest formą kary, a każde „nie” kończy się pretensją. Wzięłam głęboki oddech. Miałam w sobie przestrzeń i ciszę. Taką, której nikt mi nie narzucał.
Zuzanna, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zostawili mi wnuczkę na 3 dni, a potem jeszcze musiałam słuchać uwag synowej. Nie pozostałam jej dłużna”
- „Na Dzień Babci upiekłam sernik baskijski i czekałam na wnuki. Ale młodzi pamiętają o mnie tylko wtedy, gdy chcą kasy”
- „Wierzyłam, że mąż jedzie z kumplami na męski wypad w góry. Moje złudzenia okazały się kruche niczym lód”