Reklama

Zbliżały się ferie zimowe, a ja czułam, że muszę gdzieś wyjechać. Miałam serdecznie dość pracy, zgiełku miasta i codziennej gonitwy. Kiedy teściowa zaproponowała, żebyśmy z mężem i dziećmi przyjechali do niej w góry, poczułam ulgę i ekscytację. Wyobrażałam sobie wspólne spacery po lesie, sanki, gorącą czekoladę i wieczory przy kominku.

Dzieci skakały z radości na wieść o wyjeździe do babci, a ja już planowałam, co spakuję. Liczyłam na spokojny, rodzinny czas, pełen śmiechu i zimowego szaleństwa. Nie miałam pojęcia, że te ferie będą wyglądały zupełnie inaczej, niż to sobie wymarzyłam. I że odpoczynek okaże się luksusem nieosiągalnym.

Było jak w bajce

Teściowa od lat mieszkała z rodziną w małej miejscowości w Beskidach. Zawsze zazdrościłam jej tego spokoju, bliskości natury i sielskiego widoku z okna. Mówiła, że mają dom z dużym ogrodem, kominek, a dzieciaki cały dzień mogą biegać na świeżym powietrzu. Brzmiało jak bajka, szczególnie dla mnie, osoby mieszkającej w bloku, gdzie każdy dzień wyglądał tak samo.

Gdy zadzwoniła i zaproponowała, żebyśmy przyjechali na tydzień ferii, nie wahałam się ani chwili. Mąż za to był bardziej sceptyczny, gdy powiedziałam mu o tym pomyśle.

– Twoja mam zaprasza nas w góry na ferie.

Popatrzył na mnie, jakbym powiedziała, że wygraliśmy w totka.

– Mama... Zaprasza? Na tydzień?

– No. Na tydzień, w Beskidy. Podobno śniegu po pas.

Mąż uśmiechnął się półgębkiem.

To albo cud, albo plan – mruknął, a ja starałam się zignorować tę uwagę.

Ustaliliśmy termin, spakowaliśmy ciepłe ubrania, sanki, gry planszowe i ruszyliśmy w trasę. Dzieci były podekscytowane, dopytywały, czy już zaraz będą na miejscu. Ja też czułam się jak dziecko — nie mogłam się doczekać, aż wreszcie odetchnę pełną piersią.

Po przyjeździe teściowa przywitała nas z entuzjazmem, a teść pomógł wnieść walizki. Dzieciaki natychmiast zniknęły na podwórku, rzucając się śnieżkami z kuzynami. W domu pachniało ciastem i zupą grzybową, a ja miałam wrażenie, że w końcu trafiliśmy do miejsca, gdzie naprawdę odpoczniemy. Przez pierwszych kilka godzin wszystko wyglądało idealnie.

I właśnie wtedy, w tej pierwszej chwili, byłam pewna, że te ferie będą takie, jak sobie wymarzyłam. Że to będzie tydzień śmiechu, śniegu i spokojnych wieczorów. Nie wiedziałam jeszcze, że to dopiero początek.

Nie tak sobie to wyobrażałam

Pierwszy poranek zapowiadał się spokojnie. Dzieci jeszcze spały, mąż przeciągał się leniwie w łóżku, a ja zeszłam na dół z myślą o kawie i cichym, powolnym śniadaniu. W kuchni zastałam teściową w fartuchu, z wałkiem w ręku i rozgrzaną patelnią.

Dobrze, że już wstałaś – rzuciła, nawet nie patrząc w moją stronę. – Mogłabyś obrać ziemniaki? Jest ich trochę, a później trzeba będzie zrobić pierogi. A i stół trzeba przetrzeć.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, podała mi obieraczkę i wskazała wiadro ziemniaków. Pomyślałam, że może to jednorazowa akcja. W końcu obiad na tyle osób to wyzwanie. Pomogę, a potem zasiądziemy razem do śniadania. No cóż, śniadanie zjedliśmy – ja, teściowa, teść i dzieci – ale zaraz po nim znowu mnie wciągnęła do kuchni.

Tym razem trzeba było zrobić kompot, ciasto, przygotować mięso na obiad. Gdy zapytałam, czy może później wyjdziemy z dzieciakami na sanki, spojrzała na mnie z rozbawieniem.

– No coś ty. Przecież mam całe gospodarstwo i męża na głowie. Ty jesteś tu gościem, ale też rodziną. Musicie pomóc, inaczej się nie wyrobimy.

Zrobiło mi się głupio. Nie tak to sobie wyobrażałam.

Zamiast relaksu była frustracja

Kolejne dni zaczęły przypominać zapętlony grafik. Rano pobudka, szybkie śniadanie i od razu do roboty. Zamiast spacerów po śniegu i zabaw z dziećmi, dni spędzałam w kuchni lub na ogarnianiu domu. Teściowa tłumaczyła, że w ferie dzieci są cały czas w domu, a obowiązków jest dwa razy więcej niż zwykle.

– Dobrze, że jesteście, bo przynajmniej mam z kim to wszystko ogarnąć – powiedziała z uśmiechem, wciskając mi do rąk mokrą ścierkę i wskazując brudne podłogi.

Czasem udawało mi się wyrwać na chwilę na zewnątrz z dziećmi, ale zawsze kończyło się to szybkim wołaniem, że „czas wracać, bo obiad sam się nie zrobi”. Mój mąż też został zaciągnięty do pomocy – rąbał drewno, odśnieżał podjazd, nosił zakupy. Początkowo znosił to z humorem, ale po kilku dniach przestał się uśmiechać.

Wieczorami byliśmy tak padnięci, że zasypialiśmy szybciej niż nasze dzieci. Nie było mowy o kominku i rozmowach do późna. Zamiast relaksu czułam frustrację. Gościna zamieniła się w nieodpłatną pomoc domową. Zaczynałam żałować, że tu przyjechaliśmy. To nie były ferie, tylko darmowy obóz pracy.

Wyszłam na niewdzięczną

Czwartego dnia ferii postanowiłam porozmawiać z teściową. Zebraliśmy się z mężem na odwagę i przy wieczornej herbacie spróbowaliśmy delikatnie zasugerować, że może chcielibyśmy trochę więcej czasu dla siebie i dzieci.

No nie wierzę – zaśmiała się z niedowierzaniem, ale nie było jej do śmiechu. – To ja was zapraszam, gotuję, udostępniam dom, a wy macie jeszcze pretensje?

Nie mamy pretensji – próbowałam wyjaśnić spokojnie. – Po prostu marzyliśmy o chwili odpoczynku, bo ostatnie miesiące były bardzo intensywne.

– A moje życie to niby nie jest intensywne? – przerwała mi. – Ty przyjeżdżasz na gotowe i jeszcze narzekasz. Niewdzięczność to mało powiedziane.

Zatkało mnie. Nie chciałam się kłócić, ale poczułam się niesprawiedliwie oceniona. Czy naprawdę aż tak źle robiłam, że pragnęłam chwili relaksu? Czy gościnność oznaczała, że muszę codziennie pracować ponad siły?

Od tego momentu atmosfera była napięta. Teściowa mówiła do mnie oschle, a teść unikał kontaktu wzrokowego. Dzieci czuły napięcie, były marudne i przygaszone. Nawet śnieg, który tak cieszył je pierwszego dnia, przestał je interesować. Miałam wrażenie, że wszyscy marzyli już tylko o powrocie do domu.

Czułam się jak pomoc domowa

Piątego dnia rano obudziłam się wcześniej niż zwykle. Usiadłam w kuchni z kubkiem zimnej herbaty i patrzyłam przez okno na zasypany ogród. Dzieci jeszcze spały, mąż przewracał się z boku na bok, a ja myślałam tylko o tym, żeby się stąd wydostać. Czułam zmęczenie nie tylko fizyczne, ale przede wszystkim psychiczne. Byłam gościem, a czułam się jak intruz i pomoc domowa w jednym.

Kiedy teściowa zeszła na dół, próbowałam jeszcze raz porozmawiać, spokojnie, bez pretensji.

– Chyba pojedziemy jutro – powiedziałam cicho. – Dzieci też są już zmęczone.

– Jak chcesz – odparła szorstko, nie podnosząc wzroku znad ścierki. – Nie będę was trzymać na siłę.

Nie było już nic do dodania. Tego dnia unikaliśmy siebie jak ognia. Dzieci bawiły się same, my spakowaliśmy większość rzeczy. Wieczorem przy kolacji panowała niezręczna cisza, a kiedy położyliśmy się spać, czułam jedynie ulgę, że to już prawie koniec.

W nocy słyszałam, jak teściowa szlocha w swojej sypialni, ale nie poszłam do niej. Nie miałam już siły na tłumaczenia ani kolejne próby. Było mi przykro, ale też czułam, że muszę postawić granicę. Czasem trzeba odejść, żeby się nie pogubić.

W domu poczułam spokój

Wyjechaliśmy bez wielkich pożegnań. Dzieci przytuliły się do kuzynów, ale dorośli ograniczyli się do krótkiego „na razie”. W samochodzie przez dłuższy czas nikt się nie odzywał. Dopiero gdy droga prowadziła już między znajomymi domami naszego miasta, poczułam ulgę i spokój. Choć wracaliśmy do codzienności, czułam się, jakbym właśnie z niej uciekła.

W domu dzieci natychmiast rzuciły się do swoich zabawek, a mąż zrobił herbatę i usiadł obok mnie na kanapie.

– Dziwne ferie, co? – zapytał półgłosem.

– Bardzo – odpowiedziałam. – Ale chyba potrzebowałam tego, żeby coś zrozumieć.

Zrozumiałam, że granice są ważne, nawet w rodzinie. Że nie każdy uśmiech oznacza dobre intencje, a zaproszenie nie zawsze wiąże się z troską. Moja teściowa miała swoje racje, swoje zmęczenie i swoje oczekiwania. Ja miałam swoje. I obie popełniłyśmy błąd, udając, że wszystko jest w porządku.

Nie wiem, kiedy znów się zobaczymy. Może za miesiąc, może za rok. A może wtedy, gdy któraś z nas naprawdę poczuje, że tęskni. Tym razem już nie za pomocą, nie za wygodą. Tylko za rodziną.

Renata, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama