„Ferie w Bieszczadach pokazały mi gorzką prawdę o moim małżeństwie. W śniegu zgubiliśmy szlak i resztki miłości”
„Ta decyzja nie bolała tak, jak się bałam. Bolało to, co było przed nią. Milczenie, które zabierało mnie kawałek po kawałku. To w Bieszczadach uświadomiłam sobie, że nie czuję już nic. Ani złości, ani tęsknoty. Tylko obojętność. A z nią nie da się żyć we dwoje”.

- Redakcja
Nie wiem, kiedy przestaliśmy się kochać. Może wtedy, gdy po raz pierwszy wrócił z pracy i nawet nie zapytał, jak minął mi dzień. Albo gdy ja przestałam mówić. Nie dlatego, że nie miałam nic do powiedzenia – ale bo wiedziałam, że i tak mnie nie słucha.
Tomek i ja… byliśmy razem prawie dwanaście lat. „Ładne małżeństwo”, mówili znajomi. On informatyk, ja nauczycielka. Spokojne życie. Regularne obiady, wspólne weekendy, kredyt na mieszkanie. I tak, niby wszystko było „jak trzeba”. Tylko że od lat nikt nie pytał mnie, czy jestem szczęśliwa. Nawet ja sama przestałam.
Na początku się staraliśmy, a potem już tylko trwaliśmy. Każdy dzień coraz bardziej cichy, jakbyśmy bali się, że każde słowo może coś popsuć. Chociaż przecież już dawno się popsuło. On zasypiał przed laptopem, ja z książką. Czasem jego ramię zahaczało o moje, ale to nie były już czułe gesty. Raczej przypadkowe dotknięcia dwóch ludzi, którzy po prostu dzielą wspólną przestrzeń.
Wyjazd w Bieszczady miał być próbą. Może ostatnią. Nie rozmawialiśmy o tym wprost, ale czułam to w każdym jego spojrzeniu. Czułam to, gdy wpisywałam w kalendarzu: „ferie – góry – Tomek”. Tak, jakby zaplanowane ferie mogły uratować coś, co od lat umierało.
Dzień przed wyjazdem siedziałam z Anką w kawiarni przy naszym osiedlu. Ona jak zawsze w ruchu – w jednej ręce kawa, druga przeszukuje torebkę.
– No i? Pakujecie się? – zapytała między jednym łykiem a drugim.
– Tak… – skinęłam głową, obracając w dłoniach filiżankę. – Chociaż nie wiem, po co tam jedziemy.
– Żeby odpocząć? Razem?
– Może żeby udawać, że jeszcze jesteśmy razem – rzuciłam cicho, niemal szeptem.
Spojrzała na mnie uważnie. Bez komentarza, bo co mogła powiedzieć? Że mam walczyć? Że mam uciekać? Czasem słowa są niepotrzebne. Wystarczy milczenie przyjaciółki. I właśnie z takim milczeniem spakowałam się do tej podróży. Z bagażem większym niż plecak – pełnym wątpliwości, ciszy i lat, które przeleciały między nami niepostrzeżenie.
Nie chciałam już w tym tkwić
Zgubiliśmy się jakieś dwie godziny po wyjściu ze schroniska. Szlak miał być prosty, oznaczenia czytelne, a my niby mieliśmy mapę w telefonie. Ale sygnału nie było, śnieg zasypał tabliczki, a ja już po pierwszym kwadransie wiedziałam, że idziemy w złym kierunku. Tomek oczywiście twierdził, że wie, co robi.
– Tam, w prawo – wskazał ręką na coś, co wyglądało jak zasypana droga między drzewami.
– Skąd wiesz? – zapytałam chłodno.
– Sprawdzałem wcześniej w aplikacji, pamiętam.
– To może sprawdź teraz jeszcze raz?
– Nie ma zasięgu, przecież widzisz.
– Właśnie. Więc może po prostu przyznaj, że nie wiesz, gdzie jesteśmy.
– Nie dramatyzuj – rzucił i ruszył pierwszy, jakby ten temat był zamknięty.
Szłam za nim, zziębnięta i wściekła. Nie chodziło tylko o szlak, ale o wszystko. O to, jak od lat podejmował decyzje, a ja za nim tylko dreptałam. Bo było łatwiej nie pytać. Bo nie chciałam konfliktu. Ale teraz, w tej ciszy przerywanej skrzypieniem śniegu pod nogami, zaczęło we mnie buzować. Każdy jego krok wydawał się cięższy, każde jego słowo ostrzejsze.
– Nie możemy tak po prostu zawrócić? – zapytałam po chwili.
– Zaraz się wypogodzi, zobaczymy jakiś znajomy punkt.
– Tak samo mówiłeś w zeszłym roku, jak zabłądziliśmy w drodze do twoich rodziców. Też miałeś „pamiętać trasę”.
– Naprawdę teraz chcesz to wyciągać?
– Tak, chcę. Bo mam dość tego, że zawsze wiesz lepiej. I mam dość tego, że zawsze ja mam się dostosować.
Zatrzymał się i odwrócił się do mnie. Jego twarz była czerwona od zimna, ale spojrzenie chłodne jak lód wokół nas.
– To może po prostu powiedz, czego chcesz.
– Nie chcę już za tobą iść. Nie tylko tutaj. Nigdzie.
Stał tak przez moment, jakby nie rozumiał. Albo nie chciał. W końcu odwrócił się i ruszył dalej. Nie powiedział nic.
Zostałam na chwilę w tyle. Patrzyłam na jego plecy, jak nikną między drzewami. Ile razy wcześniej robiłam to samo? Ile razy szłam bez pytania, tylko dlatego, że on był pewny, a ja nie chciałam burzyć spokoju? Tylko że to nigdy nie był spokój. To była cisza, która rosła latami, aż w końcu zaczęłam się w niej dusić.
Ruszyłam za nim, nie dlatego, że chciałam, ale bo nie miałam innego wyjścia. Śnieg padał coraz gęściej, wiatr przybierał na sile, a ja nie wiedziałam, czy bardziej marznę z zimna, czy z bezsilności.
Nie chciałam za nim iść
Dotarliśmy tam tuż przed zmrokiem. Zziębnięci, przemoczeni, z odmarzniętymi palcami i twarzami ściągniętymi z wysiłku. Schronisko było prawie puste, w kącie ktoś grał w karty, z kuchni dochodził zapach zupy. Nikt nie zwrócił na nas uwagi. Weszliśmy bez słowa, jak obcy, którzy trafili tu przypadkiem. I chyba dokładnie tym właśnie byliśmy.
Usiedliśmy przy drewnianym stole, każde po swojej stronie. Tomek wyjął telefon, podpiął go do ładowarki, nie patrząc na mnie nawet przez chwilę. Patrzyłam, jak jego palce bezwiednie przesuwają po ekranie. Jakby próbował uciec do świata, w którym mnie nie ma. Milczenie rozciągało się między nami jak sznur. Czułam, że jeśli powiem coś teraz, nie zdołam tego powstrzymać. Ale i tak powiedziałam.
– Nie wiedziałeś, że się tak czuję?
Podniósł głowę. Jego oczy były zmęczone, ale nie zmartwione.
– Nie. Myślałem, że… po prostu tak mamy.
– „Po prostu tak mamy”? – powtórzyłam z niedowierzaniem.
– Nie było kłótni, nie było dramatu. Po pracy byliśmy zmęczeni, w weekendy odpoczywaliśmy. Normalnie.
– Nie pytałeś. Przestałeś pytać dawno temu. Może wtedy, kiedy jeszcze byłam gotowa mówić. Ale przestałam, bo mówiłam do ściany.
– Nigdy nie chciałem, żebyś tak się czuła – powiedział cicho.
– Ale pozwoliłeś mi się tak czuć.
To nie była złość. Nie miałam już siły się złościć. To było zmęczenie. Jakby ktoś kładł mi na ramionach kolejne kilogramy przez lata, a ja teraz je z siebie zrzucałam, jeden po drugim.
Wstałam od stołu i podeszłam do okna. Za szybą było już ciemno. Śnieg padał gęsto, przykrywając wszystko. Świat wyglądał jak coś nowego, czystego, ale wiedziałam, że to tylko warstwa. Pod spodem i tak leżało to, co zgniłe.
Usłyszałam, jak Tomek przesuwa krzesło. Nie podszedł do mnie. Poszedł do pokoju. Zostałam przy oknie. Nie chciałam za nim iść. Ani fizycznie, ani już nigdy w żadnym sensie.
Nie czułam już nic
Droga powrotna była spokojna. A może raczej – pusta. Nie rozmawialiśmy. Słuchaliśmy radia, mijaliśmy kolejne miejscowości, a ja patrzyłam przez szybę na zamglone pola. Śnieg powoli topniał, jakby zima rezygnowała z prób zasypania tego, co i tak już się skończyło.
Nie było w nas żalu. Nie było krzyku, wzajemnych pretensji, rozdzierania szat. Była tylko cicha świadomość, że coś się domknęło. Że wracamy do mieszkania, do wspólnego łóżka, do lodówki, w której zawsze jest jogurt naturalny i słoik z ogórkami, ale już nie do siebie.
Zostawiliśmy bagaże w przedpokoju i każde poszło w swoją stronę. On do komputera, ja do łazienki. Kiedy wieczorem zrobiliśmy herbatę, wypiliśmy ją razem, jak zawsze, siedząc naprzeciwko siebie przy stole. Ale tym razem było w tym coś innego. Jakbyśmy wiedzieli, że to jeden z ostatnich takich wieczorów.
Czekałam jeszcze kilka dni. Może na cud. Może na to, że jednak porozmawiamy. Że powie coś więcej niż „przepraszam, nie wiedziałem”. Ale nie powiedział. W czwartek po południu usiadłam obok niego na kanapie. Wyłączył monitor i spojrzał na mnie, jakby wiedział.
– Chyba musimy złożyć papiery – powiedziałam beznamiętnie.
Skinął głową.
– Tak. Też tak myślę.
– Nie musimy się spieszyć. Możemy to zrobić na spokojnie.
– Dobrze.
To był cały dialog. Nie było walki, próśb, łez. Ani on mnie nie zatrzymał, ani ja nie prosiłam go, żeby został.
Wieczorem poszłam do sypialni pierwsza. Ułożyłam się po swojej stronie łóżka, jak zawsze. Ale pierwszy raz od bardzo dawna miałam pewność, że zasnę spokojnie. Bo ta decyzja nie bolała tak, jak się bałam. Bolało to, co było przed nią. Milczenie, które zabierało mnie kawałek po kawałku. To w Bieszczadach uświadomiłam sobie, że nie czuję już nic. Ani złości, ani tęsknoty. Tylko obojętność. A z nią nie da się żyć we dwoje.
Nie rozpaczałam po nim
W sobotę spakował się bez słowa. Stałam w kuchni i słyszałam szelest kartonów, zamykane szuflady, przesuwanie wieszaków. Z każdą minutą mieszkanie robiło się lżejsze. Jakby ktoś zabierał z niego nie tylko rzeczy, ale i wspomnienia. Nie wiedziałam, co powinnam wtedy czuć. Nie było we mnie rozpaczy. Nie było ulgi. Byłam tylko obserwatorką tej sceny. Kobietą, która jeszcze niedawno była czyjąś żoną, a teraz parzyła herbatę, jakby gościła w czyimś obcym domu.
Kiedy wynosił pierwszy karton, podniosłam głowę znad zlewu.
– Masz wszystko?
– Tak. Zostawiłem tylko papiery z banku, są na twoje nazwisko.
– Dobrze.
Wrócił po kurtkę. Na chwilę stanął w progu. Wyglądał inaczej niż przez te ostatnie tygodnie. Zmęczony, ale spokojny. Przez moment wydawało mi się, że coś powie. Że może przeprosi. Albo zapyta, czy jestem pewna. Ale tylko skinął głową.
– Trzymaj się.
– Ty też.
Odwrócił się i wyszedł. Drzwi zamknęły się cicho, tak jak wszystko między nami. Bez echa. Nie płakałam. Przeszłam przez mieszkanie, dotknęłam pustego fotela, jego kubka, który został na stole. Przysiadłam na kanapie i siedziałam tak długo, aż za oknem zaczęło szarzeć.
Nie wiedziałam, ile związków kończy się tak naprawdę przez zdrady, krzyki i dramaty, a ile po prostu… przez milczenie. Przez brak słów, spojrzeń, gestów. Może większość kończy się właśnie tak – przez nic.
To była dobra decyzja
Minęło kilka tygodni, zanim zauważyłam, że w mieszkaniu jest inaczej. Nie lepiej, nie gorzej. Po prostu inaczej. Ciszej, ale to była inna cisza niż wcześniej. Tamta była napięta, pełna niewypowiedzianych żali i czekania na coś, co nigdy nie nadchodziło. Ta nowa nie miała już pretensji. Była chłodna, czysta, jak powietrze po odwilży.
Wyszłam któregoś dnia do lasu niedaleko osiedla. Jeszcze leżał śnieg, ale miejscami był już brudny, wytopiony, poprzecinany kałużami. Ziemia przebijała przez białość, jakby chciała przypomnieć, że nic nie trwa wiecznie, nawet zima. Szłam powoli, czując, jak pod butami zapada się mokry puch. Ślady zwierząt mieszały się z ludzkimi, a ja myślałam o tym, jak łatwo jest ocenić kierunek, kiedy patrzy się z góry, z daleka. Wtedy wszystko wydaje się logiczne. Dopiero gdy jest się w środku, między drzewami, w śniegu po kolana, zaczyna się błądzić.
Stanęłam na moment i spojrzałam na własne ślady. Jeden rząd, równy, ostrożny. Pomyślałam o Bieszczadach. O tym, jak szliśmy w milczeniu, jakby od tego, kto pierwszy się odezwie, zależało coś wstydliwego. Przypomniałam sobie jego plecy, jego krok, mój automatyczny odruch, żeby iść za nim, nawet kiedy byłam już w środku pewna, że to zła droga. Wtedy w śniegu powiedziałam to zdanie, którego nie dało się cofnąć. Nie zrobiłam tego z okrucieństwa. Zrobiłam to, bo w końcu dotarło do mnie, że jeśli nie zatrzymam się teraz, to będę szła za nim do końca życia, coraz bardziej obca sobie.
Nie nienawidziłam go. To było chyba najtrudniejsze do zaakceptowania, bo łatwiej rozstać się z kimś, kogo się wini. Tomek nie był potworem. Był człowiekiem, który nie umiał rozmawiać o emocjach, a ja kobietą, która zbyt długo udawała, że jej to nie przeszkadza. Na tej mieszance milczenia i przyzwyczajenia da się przeżyć lata, a nawet całe życie. Tylko że to nie jest życie, którego chciałam.
Usiadłam na zwalonym pniu. Zimno przesiąkło mi przez płaszcz, ale nie wstałam. Popatrzyłam na las, na szare niebo nad koronami drzew i poczułam coś, co przyszło niespodziewanie: smutek, ale nie rozpacz. Smutek po tym, co mogło być, gdybyśmy wcześniej umieli się zatrzymać. Gdybyśmy wcześniej zapytali siebie nawzajem, czy jeszcze idziemy w tę samą stronę.
Wstałam w końcu i ruszyłam dalej, sama. Ślady za mną były wyraźne, przede mną śnieg jeszcze nietknięty. I choć wciąż bolało, wiedziałam, że to była dobra decyzja. Można się zgubić nie tylko w górach. Można się zgubić obok kogoś, kto przez lata stoi tak blisko, że przestaje się widzieć własną drogę. Czasem jedynym wyjściem jest zejść ze szlaku, nawet jeśli robi się to osobno.
Natalia, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zostawili mi wnuczkę na 3 dni, a potem jeszcze musiałam słuchać uwag synowej. Nie pozostałam jej dłużna”
- „Wierzyłam, że mąż jedzie z kumplami na męski wypad w góry. Moje złudzenia okazały się kruche niczym lód”
- „Na Dzień Babci upiekłam sernik baskijski i czekałam na wnuki. Ale młodzi pamiętają o mnie tylko wtedy, gdy chcą kasy”