Reklama

Nie wiem, od czego zacząć. Może od tego, że na te ferie czekałam od miesięcy. Pracowałam w kawiarni od rana do wieczora, brałam zmiany za innych, żeby tylko uzbierać. Wiedziałam, że nie stać mnie na luksusy, ale chciałam po prostu być z nimi. Karolina, Michał, Wera, Kuba… Znajomi z uczelni, którzy żyli zupełnie inaczej niż ja. Oni nie musieli się zastanawiać, czy mają na bilet. Ja odkładałam z napiwków. Gdy padł pomysł wspólnego wyjazdu w góry, udawałam, że wszystko gra. Zrzutka na pensjonat, wspólne zakupy, karnety – nikt nie pytał, czy mi pasuje. A ja nie mówiłam, że dla mnie to nie są „drobne”.

Pierwsze dni były cudowne. Śnieg skrzypiał pod butami, w nocy kulig, w dzień narty i gorąca czekolada na stoku. Śmialiśmy się bez przerwy. Patrzyłam na nich i czułam, że pasuję. Że jestem częścią czegoś fajnego. Przestałam myśleć o koncie i o tym, ile kosztuje pizza w restauracji. Do czasu. Bo potem przyszedł ten moment. Wróciłam wcześniej do pokoju, siadłam na łóżku i włączyłam aplikację bankową. I nagle wszystko we mnie pękło.

Nie chciałam być tą, co wiecznie liczy

– Ej, super było, nie? – Wera przeciągnęła się na krześle. – Dawno się tak nie najadłam.

– Padam – przyznała Karolina, wyciągając telefon. – Ale serio, warto było.

Wyszliśmy z restauracji po kolacji, drogiej jak na moje możliwości. Jadłam najmniej, piłam wodę, a mimo to czułam, że rachunek będzie boleć. Zapytałam niepewnie:

– Hej, a ile wyszło na osobę?

Karolina uśmiechnęła się lekko, jakby to było oczywiste.

– Spokojnie, wszystko podliczę, podzielę na wszystkich i wam wyślę.

Zawsze tak było. Wszystko po równo. Nieważne, że Michał wziął steka i dwa drinki, a ja sałatkę bez sosu. Bo przecież tak się robi w „normalnych” grupach.

– Przecież nie będziemy sobie wyliczać każdej złotówki – rzucił Michał z wyraźną irytacją.

Zamilkłam. Oni się śmiali, wygłupiali, a ja czułam, jak moje serce wali. Niby nic wielkiego, kilka stówek, podzielone na parę osób. Ale dla mnie to była równia pochyła. Wróciliśmy do pensjonatu, śnieg skrzypiał pod butami, a ja nie byłam już w stanie się śmiać. W środku gotował się we mnie lęk. Nie powiedziałam im, że mam limit. Nie chciałam być tą, co wiecznie liczy. Ale przecież... czy to było normalne?

Chyba chciałam nie wiedzieć

Z kuligu wróciłam pierwsza. Powiedziałam, że czuję się zmęczona, chociaż tak naprawdę nie mogłam już znieść tej beztroski. Karolina wrzeszczała z radości, Michał rzucał śnieżkami, Wera robiła zdjęcia na social media. A ja w środku miałam gulę. Tę samą, którą od tygodnia próbowałam ignorować. W pokoju było cicho. Usiadłam na łóżku i bezwiednie sięgnęłam po telefon. Chciałam tylko zerknąć. Tylko sprawdzić. Ale gdy zobaczyłam stan konta, zrobiło mi się duszno. 134,28 zł. I zero wpływów do końca miesiąca. A ja przecież miałam jeszcze zapłacić za wspólne rozliczenie. Wpatrywałam się w cyfry, jakbym czekała, że się zmienią. Ale nie zmieniły się. Zawsze byłam ostrożna. Zawsze dokładnie analizowałam swój budżet. A teraz... teraz nawet nie miałam jak wrócić do domu. Drżącymi dłońmi wybrałam numer siostry.

– Kinga? Co się dzieje? – usłyszałam jej zaspany głos.

– Nic, przepraszam, że tak późno. Po prostu… Chciałam tylko raz żyć jak wszyscy. Jedne ferie. Trochę nart, trochę pizzy. A teraz nie wiem, jak zapłacę za mieszkanie – wyszeptałam.

Zapadła cisza. Tylko moje łkanie przebijało się przez słuchawkę.

– Kinga, ale przecież wiedziałaś, ile masz pieniędzy... – odezwała się w końcu.

– Wiem. Tylko… chyba chciałam nie wiedzieć. Przez chwilę. Udawać, że też mogę żyć normalnie.

Gdy się rozłączyłam, siedziałam jeszcze długo w ciszy. Nagle to wszystko – śnieg, ognisko, uśmiechy – zaczęło wydawać się jakimś żartem. Najdroższym żartem mojego życia.

Nie miałam już siły udawać

Siedzieliśmy w salonie pensjonatu, każdy z telefonem w ręku. Karolina właśnie zakończyła coś na swoim ekranie i klasnęła w dłonie.

– No, poszło. Wszystko rozliczone! Każdy ma do zapłaty po 742 zł. Wyślijcie mi przelewem do jutra, dobra?

Zamarłam. 742 zł? Za co? Przecież raz byłam na stoku, raz na kuligu, jedną kolację przepchałam wodą i pizzą „na spółę”. Zerknęłam niepewnie na Karolinę.

– Ej, chyba coś się nie zgadza. Ja... nie korzystałam ze wszystkiego. Nie jadłam tyle co wy.

Karolina uniosła brew.

– Przecież zawsze dzielimy po równo. To był układ od początku.

– Ale ja... nie mogę. Nie mam tyle.

Zapadła cisza. Michał spojrzał na mnie jak na intruza.

– A teraz się wycofujesz? Serio? Po wszystkim?

– Ja tylko... – głos mi zadrżał – ...nie chcę się kłócić. Tylko... po prostu mnie na to nie stać.

– To trzeba było powiedzieć wcześniej, a nie teraz robić z siebie ofiarę – rzuciła Karolina.

Patrzyłam na nich i nie poznawałam ich twarzy. Wera siedziała z boku, milcząca. Kuba udawał, że coś sprawdza na telefonie.

– Wiecie co? – powiedziałam cicho. – Myślałam, że jesteśmy paczką. Ale chyba tylko wtedy, gdy wszystkich stać na to samo.

Łzy zaczęły mi lecieć po policzkach. Nie miałam już siły udawać.

– To nie był mój świat. Tylko bańka, w której próbowałam wyglądać na kogoś, kim nie jestem.

Wstałam i wyszłam, zostawiając ich z tą samą ciszą, którą przez cały tydzień nosiłam w sobie.

Świat, do którego chciałam należeć

W dniu wyjazdu nikt niczego nie komentował. Michał rzucił tylko suche „dziewczyny do przodu, chłopaki spakują bagaże”, a Karolina scrollowała telefon jakby mnie nie widziała. Cisza była gęsta, ciężka. Wera w końcu podeszła do mnie, gdy stałam z walizką przy drzwiach.

– Kinga... – zaczęła niepewnie. – Nie wiedziałam, że masz aż taki problem. Mogłaś powiedzieć.

– Łatwo mówić – odpowiedziałam – jak się nigdy nie musiało liczyć każdego grosza. Jak się nie zna uczucia, że kupno biletu powrotnego do domu to już „luksus”.

Wera westchnęła, po czym przytuliła mnie na sekundę. W busie siedziałam z tyłu, z głową opartą o szybę. Śnieg na szybie topniał od ciepła wnętrza, a ja patrzyłam, jak białe pola za oknem znikają, jakby zabierały ze sobą tamten świat. Świat, do którego chciałam należeć, ale który mnie pożarł i wypluł. Nie było rozmów. Tylko muzyka z radia i stukot kół. Czułam się obca. Nawet nie zraniona – raczej pusta. Po powrocie do miasta wysiadłam bez słowa. Nikt się nie pożegnał. Nikt nie zapytał, czy mam czym wrócić do mieszkania. W domu rozpakowałam się w ciszy. Schowałam kurtkę narciarską do szafy. Zwinęłam rzeczy z ferii w jeden worek i wrzuciłam do pawlacza. Nie chciałam więcej do tego wracać. Nie chciałam więcej udawać.

To była bolesna lekcja

Spotkałam się z Olą w małej kawiarni niedaleko mojego mieszkania. Znałyśmy się od podstawówki, jeszcze z czasów, kiedy liczyło się drobne na oranżadę, a nie raty i aplikacje. Usiadła naprzeciwko mnie i zapytała przenikliwie:

– Nie wyglądasz jakbyś dopiero co wróciła z ferii. No dawaj. Jak było?

Parsknęłam krótkim śmiechem.

– Było super. Naprawdę. Narty, kulig, pensjonat. Dopóki nie zobaczyłam, ile to mnie naprawdę kosztowało.

Ola odłożyła filiżankę.

– Finansowo czy… bardziej?

– Jedno i drugie – odpowiedziałam. – Chciałam być jak oni. Nie odstawać. Udawać, że „jakoś to będzie”. A potem zostałam sama z wyciągiem z konta i poczuciem, że zrobiłam coś wbrew sobie.

– Kinga – powiedziała spokojnie – czasem lepiej powiedzieć „nie” niż udawać, że cię stać.

Te słowa bolały, bo były prawdziwe. Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy. Czułam złość – na nich, na siebie, na to, że pozwoliłam zajść tak daleko. Ale obok tej złości było też coś nowego. Ulga. Zrozumiałam, że nie muszę nikomu niczego udowadniać. Że nie każdy wyjazd jest wart ceny, którą płaci się później w samotności. Że od teraz będę pytać, liczyć i mówić wprost. Nawet jeśli to sprawi, że ktoś przewróci oczami. To była bolesna lekcja. Ale potrzebna. Bo pierwszy raz od dawna poczułam, że wracam do siebie.

Kinga, 24 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama