„Ferie w górach z żoną i teściową miały być dla nas ostatnią deską ratunku. Okazały się jednak gwoździem do trumny”
„Nie chodziło tylko o Magdę. Chodziło o Halinę. O jej matkę. O osobę, która była w naszym życiu zawsze. Nie tylko fizycznie – ona była w każdej naszej rozmowie, decyzji, planie. Tak, jakbyśmy byli tylko dodatkiem do niej. Miałem wrażenie, że żeniąc się z Magdą, automatycznie zyskałem drugą żonę”.

- Redakcja
Zawsze myślałem, że miłość to wystarczający fundament, żeby wszystko inne jakoś się ułożyło. Że jak się kocha, to można przetrwać każdą burzę, nawet jeśli za ścianą codziennie wieje huragan. Może dlatego przez lata wmawiałem sobie, że to tylko chwilowe. Że praca, rutyna, niedopasowanie to wszystko minie, jak tylko odpoczniemy, pogadamy, przypomnimy sobie, po co się kiedyś wybraliśmy. Magda była moją wielką miłością. Tą, która przylatuje nagle, bez ostrzeżenia, rozwalaja wszystko i wciąga cię jak huragan. Ślub był szybki, mieszkanie jeszcze szybciej, dzieci... miały przyjść, kiedy już się ogarniemy. Tylko że „ogarnianie się” zajęło nam kilka lat, a ja w międzyczasie poczułem się jak intruz we własnym domu.
To nie chodziło tylko o Magdę. Chodziło o Halinę. O jej matkę. O osobę, która była w naszym życiu zawsze. Nie tylko fizycznie – ona była w każdej naszej rozmowie, decyzji, planie. „A co mama powie?”, „Zapytam mamy”, „Mama mówi, że...”. Tak, jakbyśmy byli tylko dodatkiem do niej. Miałem wrażenie, że żeniąc się z Magdą, automatycznie zyskałem drugą żonę – i była nią Halina. I tak, z czasem, ich duet stał się zbyt silny, zbyt szczelny. Ja coraz bardziej z boku, coraz bardziej niepotrzebny.
Kiedy więc padła propozycja wspólnego wyjazdu w góry, niby tylko na tydzień, miałem ochotę krzyknąć „Nie!”. Ale potem pomyślałem, że może to szansa? Może coś się ruszy? Będziemy razem – ja, Magda i... no tak, Halina. Może jeśli nie dam się zepchnąć na boczny tor, może jeśli powiem, co czuję – to uda się coś naprawić. Tydzień w górach. Ostatnia próba. Albo wrócimy silniejsi, albo... wrócę sam. Tak wtedy myślałem.
Ostatnia deska ratunku
– Tomek, weź te większe walizki, przecież jedziemy tylko na tydzień, a mama lubi mieć wybór – powiedziała Magda, wrzucając kolejną parę butów do torby.
Nie skomentowałem. Miałem ochotę zapytać, czy mama zabiera też korone na głowę, skoro potrzebuje aż tyle rzeczy, ale ugryzłem się w język. Po co zaczynać jeszcze przed wyjazdem? Domek był całkiem ładny. Drewniany, ciepły, z widokiem na las. Gdy wysiadaliśmy z auta, Halina już kręciła nosem.
– Nie za daleko od stoków? I czemu tak stromo pod górę? Kto to wymyślił?
Zamknąłem bagażnik z trzaskiem, taszcząc walizki przez śnieg.
– Po co tyle tych waliz? Jakbyśmy jechali na miesiąc! – rzuciła z wyrzutem, patrząc, jak męczę się z trzecią torbą.
Magda tylko się uśmiechnęła:
– Oj mamo, przestań. Tomek miał dobre intencje.
Intencje. Jasne. Jak zawsze. A potem zostajesz z tymi intencjami sam. W środku Halina od razu zajęła największy pokój, „bo ma problemy z kręgosłupem i musi mieć wygodnie”. Magda to zaakceptowała bez słowa. Ja dostałem pokój z pojedynczym łóżkiem i zimną podłogą. Świetny początek „wspólnego resetu”. Wieczorem, gdy siedzieliśmy przy kominku, próbowałem zaproponować wspólną planszówkę. Magda spojrzała na mamę, jakby czekała na pozwolenie. Halina zaśmiała się krótko:
– Planszówki? Ty chyba dalej jesteś w podstawówce.
Magda nie powiedziała nic. Tylko wstała po kubek herbaty. Dla mnie nie zrobiła. Wtedy właśnie zrozumiałem, że ten wyjazd to nie miała być szansa. To była ostatnia deska ratunku w bagnie, do którego nikt nie chciał się zbliżyć. A ja już zaczynałem tonąć.
Halina wbijała mi szpile
Pierwsza wspólna kolacja w górskim domku zaczęła się od zupy grzybowej i... Haliny.
– Tylko nie rozlej, Tomek – rzuciła, gdy próbowałem nalać sobie rosół. – U ciebie to zawsze coś się wyleje.
Zamrugałem. To nawet nie było złośliwe – to było automatyczne. Jakby jej mózg miał wdrukowane, że wszystko, co robię, robię źle.
– A jakbyś w końcu nauczył się trzymać sztućce jak człowiek, to może i grzybowa by jakoś przeżyła – dodała.
– Mamo… – westchnęła Magda, ale bardziej z przyzwyczajenia niż sprzeciwu.
Ugryzłem się w język. Jeszcze. Do czasu. W restauracji następnego dnia było jeszcze lepiej. Gdy kelnerka zapytała, co podać, zamówiłem pierogi z bryndzą.
– Serio? Znowu te dziwne rzeczy? – Halina przewróciła oczami. – Żaden normalny facet tego nie je.
– A ty skąd wiesz, co jedzą normalni faceci? – rzuciłem, nie podnosząc wzroku z karty.
– Tomek… – warknęła Magda. – Nie zaczynaj.
– Nie zaczynam. Ale może w końcu ktoś się za mną wstawi, zamiast przytakiwać każdej złośliwości.
– Oj, przestańcie – Magda próbowała się uśmiechnąć. – Mamo, Tomek jest zmęczony. Dajcie spokój, przecież to miały być miłe ferie.
Ale nie były. Deser zjadłem w ciszy. A potem Halina wypaliła:
– A pamiętasz, jak zapomniałeś o rocznicy ślubu? Magda się wtedy tak popłakała...
Magda parsknęła śmiechem. Takim lekkim, bezmyślnym. Jakby to była anegdota, a nie wspomnienie jej łez. Zacisnąłem zęby. Wtedy coś we mnie pękło. Nie dlatego, że Halina znowu wbijała szpile. Tylko dlatego, że Magda... nie zauważyła, że mnie już dawno przestało boleć to, co mówią. Zaczęło boleć to, że ona milczy.
Coś we mnie pękło
Obudziło mnie szuranie krzeseł i stłumiony głos. Z kuchni sączyło się światło. Była trzecia nad ranem. Zerknąłem na Magdę – łóżko puste. Wstałem. Zimna podłoga aż bolała w stopy, ale nie chciałem zakładać kapci. Chciałem ciszy. A może... nie wiem, chciałem tylko usłyszeć jej głos. Taki jak dawniej. Zatrzymałem się w progu, gdy usłyszałem Magdę:
– On chyba nigdy nie będzie taki, jak powinien być.
Zamarłem. Serce mi stanęło. Halina odpowiedziała od razu:
– Mówiłam ci. Tomek to nie mężczyzna dla ciebie. Ale przecież i tak sobie bez niego nie poradzisz, prawda?
Długa cisza.
– Po prostu... już nie wiem – powiedziała Magda cicho.
Zrobiło mi się lodowato. Jakby ktoś otworzył wszystkie okna i wpuścił do środka śnieg. Nie wiem, ile tam stałem. W końcu wszedłem do kuchni.
– Naprawdę tak o mnie myślicie?
Obie zamarły. Magda z filiżanką w ręku, Halina z tym swoim wyrazem twarzy: „A jednak nas podsłuchiwał, głupi”.
– Podsłuchiwałeś?! – warknęła Magda, ale jej oczy mówiły więcej niż słowa. Mówiły: „Nie zaprzeczę”.
– No i świetnie. Nawet nie muszę się domyślać, co gadacie za moimi plecami – powiedziałem, czując, jak mi drży głos.
– Tomek, to nie tak... – zaczęła Magda, ale znowu spojrzała na matkę. Jakby to ona miała dac pozwolenie na kontynuowanie.
– Nie tak?! To niby jak? – głos mi się załamał.
Milczały. Odwróciłem się i wyszedłem. Za drzwiami osiadła cisza, a we mnie... coś pękło. Coś, co trzymało się resztkami przez lata. Już nie chciałem z nimi być. Chciałem... być gdzieś, byle dalej.
Zdradziła mnie ciszą
Wyszedłem z domku, zanim jeszcze świt na dobre zdążył rozjaśnić niebo. Śnieg skrzypiał pod butami, a mroźne powietrze szczypało w policzki. Lubiłem kiedyś takie poranki. Ciszę, która dawała złudzenie, że świat można jeszcze poukładać od nowa. Tego ranka cisza była ciężka, przytłaczająca. Jak wyrok. Szlak prowadził w górę. Z każdym krokiem czułem zmęczenie, ale szedłem dalej, jakby ten wysiłek mógł wypchnąć z głowy słowa Magdy. „Nie będzie taki, jak powinien być”. Wracały uparcie. Próbowałem je zagłuszyć, przypominając sobie dzień naszego ślubu. Jej drżące ręce, gdy wkładałem obrączkę. Ten moment, w którym patrzyła tylko na mnie, bez konsultowania się z kimkolwiek.
Gdzie to się zgubiło? Kiedy przestałem być partnerem, a stałem się projektem do poprawki? Zatrzymałem się na polanie. Przede mną rozciągały się góry, obojętne na moje rozterki. Zrozumiałem, że nigdy nie zdradziła mnie ciałem. Zdradziła mnie ciszą. Tym, że nie stanęła po mojej stronie ani razu. Że wciąż wybierała matkę, nawet wtedy, gdy mnie to niszczyło. Wiedziałem już, że ten spacer nie był ucieczką. Był pożegnaniem. Z wyobrażeniem o małżeństwie, które ratowałem w pojedynkę. Z nadzieją, że jeszcze kiedyś usłyszę od niej: „Masz rację”. Wracałem wolno, spokojniejszy. Po raz pierwszy od dawna wiedziałem, czego chcę. I czego już nie dam rady udźwignąć.
Nie wiedziałem, co będzie
Wracaliśmy samochodem w ciszy, która była gorsza niż jakakolwiek kłótnia. Silnik mruczał jednostajnie, śnieg topniał na poboczach, a ja patrzyłem przed siebie, jakbym bał się skręcić głowę w bok. Magda siedziała obok, sztywna, z rękami splecionymi na kolanach. Halina, jak zwykle, zajęła tylne siedzenie – tron komentatora.
– No i oczywiście korek – westchnęła. – Zawsze musi być korek. A mówiłam, żeby wyjechać wcześniej.
Nie odpowiedziałem. Każde jej słowo odbijało mi się w głowie jak echo.
– I ta pogoda… Człowiek jedzie w góry, a wraca cały w błocie – ciągnęła. – A na tej stacji mogliśmy się nie zatrzymywać, brudna jakaś była.
W pewnym momencie Magda odchrząknęła.
– Tomek… może przesadziliśmy wszyscy. To był trudny tydzień.
Uśmiechnąłem się krzywo.
– „Wszyscy”? – zapytałem spokojnie. – Bo ja mam wrażenie, że zawsze jest „wszyscy”, a potem i tak zostaję sam.
– Nie dramatyzuj – rzuciła szybko. – Może po prostu potrzebujemy… przerwy.
Zjechałem na pobocze. Samochód zatrzymał się gwałtownie, aż Halina sapnęła oburzona.
– Co ty wyprawiasz?!
Wysiadłem. Powietrze było ciężkie, wilgotne. Spojrzałem na góry w oddali, potem na drogę ciągnącą się przed nami.
– Może powinniśmy zrobić sobie przerwę – powtórzyłem, patrząc Magdzie prosto w oczy.
– A mówiłam, że coś z nim nie tak – burknęła Halina.
Odwróciłem się do nich obu.
– Tym razem już wystarczy.
Nie wiedziałem, co będzie jutro. Wiedziałem tylko, że jeśli teraz nie wysiądę z tego układu, to już nigdy nie wysiądę. A ja nie chciałem dalej żyć jak piąte koło u wozu we własnym małżeństwie.
Tomek, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Dziadka wnuk przyszedł z bombonierą, ale nie spojrzał mi nawet w oczy. Po chwili cwaniak spytał o mieszkanie”
- „Natrętna kobiecina z górskiego schroniska chciała ukraść mi męża. Biedaczka nie wiedziała, w co się pakuje”
- „Na termach w Białce Tatrzańskiej usłyszałam słowa, które mnie zmroziły. Od tamtej pory nie mogę patrzeć na mojego męża”