Reklama

Myślałam, że jak wyjedziemy, będzie inaczej. Że to nas naprawi – mnie i Tomka. Że oddech od codzienności, choćby najmniejszy, zrobi miejsce na coś nowego, lepszego. Wynajęliśmy tani pokój w pensjonacie w górach – bez kuchni, bez wygód. Taki z PRL-u. Nie sądziliśmy, że będzie aż tak źle.

Ściany były cienkie jak kartka papieru, w łazience zimna posadzka, grzyb na ścianie. Na środku pokoju było jedno duże łóżko, w którym spaliśmy razem – ja, Tomek i dzieci. Trzy i sześć lat. Ich nogi kopały mnie w żebra, a łokcie wbijały się w twarz. Marzyłam tylko o tym, żeby mieć choć metr kwadratowy dla siebie.

Jedliśmy zupki z mikrofali, bo nie ma kuchni. Grzaliśmy się suszarką do włosów. Wieczorami dzieci zasypiały między nami, a my udawaliśmy, że oglądamy coś na laptopie. Miałam nadzieję, że ten wyjazd będzie drogą do bycia naprawdę blisko. A okazało się, że to tylko kolejna ucieczka. Może nie od siebie, ale od tego, co sami stworzyliśmy. Może to nigdy nie miała być bliskość. Może po prostu brakuje nam powietrza.

Czułam się samotna

Wieczorem znowu byłam na skraju wytrzymania. Dzieci marudziły przez cały dzień, nie chciały jeść, nie chciały chodzić. Zrzucały czapki, płakały z byle powodu, kłóciły się o jedną zabawkę. Próbowałam je zająć, pokazać im sanki, lód na kałużach, kamienie w potoku, ale nic nie działało. Chciały do domu. Albo do telefonu. Sama już nie wiedziałam, co jest gorsze.

Tomek był obok, a jakby go nie było. Pomagał od niechcenia, jakby to nie jego dotyczyło. Patrzył na mnie tym swoim pustym wzrokiem, jakby czekał, aż ja zrobię coś pierwsza. A ja nie miałam już siły.

Wieczorem dzieci w końcu zasnęły. W milczeniu sprzątałam po kolacji, kiedy on rzucił, nie patrząc na mnie:

– Nie możemy po prostu położyć ich spać i obejrzeć czegoś razem?

Odwróciłam się do niego. Nie umiałam już ukrywać złości.

– Gdzie? Na tym łóżku, między zabawkami a niedopitą herbatą?

Wzruszył ramionami, jakby był gotów się pokłócić, ale jeszcze nie zdecydował, czy warto.

Wszystko ci przeszkadza. Zawsze.

Zacisnęłam usta. Miałam wrażenie, że w jego słowach nie było ani krzty troski, tylko pretensja. Jakbym to ja znowu coś zepsuła. Jakby to moje wymagania niszczyły ten wyjazd.

– Nie wszystko. Tylko to, że nie potrafimy już nawet ze sobą rozmawiać.

Zamilkł. Wrócił wzrokiem do ekranu, jakby moje słowa nie miały żadnego znaczenia. Jakby był zbyt zmęczony, żeby się z nimi zmierzyć.

Usiadłam na krawędzi łóżka i przez chwilę wpatrywałam się w podłogę. Byłam zmęczona fizycznie, bo moje ciało od miesięcy nie miało odpoczynku. Ale jeszcze bardziej męczyło mnie to, co działo się między nami. Brak rozmowy, brak reakcji, brak czułości. Czułam się samotna, nawet kiedy był tuż obok. A jednocześnie jego obecność przytłaczała mnie do granic.

Nie wiedziałam już, czego bardziej potrzebuję – żeby się zbliżył czy żeby w końcu wyszedł. Chciałam, żeby był, ale inny. Taki jak dawniej. A może po prostu chciałam znów poczuć coś, cokolwiek. Nawet gniew byłby lepszy niż to obojętne milczenie.

Zamknęłam się przed wszystkimi

Zamknęłam się w łazience z książką. Wzięłam ją tylko po to, żeby udawać, że coś robię. Żeby mieć powód, by tu zostać dłużej. Usiadłam na zimnych kafelkach, oparłam się o ścianę i przez długą chwilę tylko słuchałam – ciszy zza drzwi i szumu własnych myśli.

Nie chciało mi się płakać. Nie miałam już siły na żal. Czułam tylko zmęczenie, które nie miało nic wspólnego z brakiem snu. Zaczęłam liczyć, ile razy tego dnia powiedziałam „uważaj”, „nie krzycz”, „nie teraz”, „poczekaj”. Ile razy spojrzałam na Tomka z nadzieją, że się domyśli, że sam coś zrobi, że zapyta, czy daję radę. Nie zapytał.

W końcu usłyszałam jego kroki. Ciche, powolne. Potem stłumiony głos, ledwo słyszalny przez drzwi.

– Długo jeszcze?

– Zaraz – odpowiedziałam chłodno.

– Chodź spać.

– Jeszcze chwilę.

Nie pytał więcej. Może zrozumiał. A może zwyczajnie nie chciało mu się dyskutować. Zawsze szybko się wycofywał, kiedy czuł, że rozmowa wymaga czegoś więcej niż krótkiego zdania.

Przypomniałam sobie, jak kiedyś potrafiliśmy siedzieć razem w łazience – on kąpał się, ja coś opowiadałam. Śmialiśmy się, dotykaliśmy, byliśmy ciekawi siebie nawzajem. Teraz łazienka była jedynym miejscem, gdzie mogłam oddychać bez jego obecności.

Tamto łóżko, które miało być naszym azylem, przestało być bliskością. Było polem minowym. Leżąc tam między dziećmi, czując jego oddech na karku, czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek. Jego ciało obok mnie było tylko ciężarem, przypomnieniem, jak bardzo jesteśmy daleko.

Zawinięta w ręcznik, z książką opartą na kolanach, zaczynałam rozumieć coś bolesnego. Może nie chodziło o to, żeby uciec od codzienności. Może chodziło o to, żeby na chwilę uciec od siebie nawzajem.

Inaczej nie potrafię

Po powrocie do domu weszłam pierwsza, zostawiając Tomka z walizkami i dziećmi. Minęłam kuchnię, mijając brudne naczynia, które zostawiliśmy przed wyjazdem, i od razu skierowałam się do sypialni. Zamknęłam drzwi. Bez wyjaśnień, bez spojrzenia za siebie. Nie czułam się winna. Czułam tylko ulgę.

Otworzyłam okno. Wpuściłam do środka zimne powietrze, które od razu uderzyło w moją spuchniętą twarz. Usiadłam na podłodze, oparta o łóżko, z nogami podciągniętymi do klatki piersiowej. Słyszałam stłumione głosy z przedpokoju – dzieci, Tomek, jakaś siatka upadająca na kafelki. Nie ruszyłam się.

Po chwili usłyszałam jego kroki pod drzwiami. Potem głos. Cichy, prawie bez emocji.

– Co robisz?

– Oddycham – odpowiedziałam, nie podnosząc głowy.

– Naprawdę musimy tak?

– Tak. Inaczej się uduszę.

Nie odezwał się więcej. Stał jeszcze chwilę pod drzwiami, po czym odszedł. Nie wiem, czy był zły, czy zawiedziony. Nie próbował mnie przekonać, nie zapytał, co się dzieje. Może dobrze. Może właśnie tego potrzebowałam – żeby nie musieć się tłumaczyć.

Leżąc na tej podłodze, z policzkiem opartym o chłodny dywan, pomyślałam, że to jest mój pierwszy spokojny oddech od wielu dni. Bez dzieci wiszących na rękach, bez jego ciężkiego milczenia, bez udawania, że wszystko gra. Nie wiedziałam, co będzie dalej. Nie miałam planu. Ale wiedziałam jedno – już nie chcę tak żyć.

Może to początek końca. A może początek czegoś innego. Jednak najpierw muszę mieć przestrzeń. I ciszę. Bo inaczej się naprawdę uduszę.

„Nie potrzebujecie wyjazdów”

Następnego dnia zadzwoniłam do mamy. Nie chciałam mówić jej o wszystkim. Nie miałam siły tłumaczyć, analizować, usprawiedliwiać. Potrzebowałam tylko, żeby ktoś mnie wysłuchał bez oceniania. Tylko mama potrafiła to zrobić.

– Czemu dzwonisz? – zapytała po krótkim „halo”, jakby przeczuwała, że coś jest nie tak.

– Bo tylko z tobą mogę pogadać i nie czuć się sama.

– To miłe, ale to mówi więcej o Tomku niż o mnie.

Zamilkłam. Wiedziała. Albo się domyśliła. Może wystarczyło jej posłuchać mojego głosu.

Opowiedziałam jej o wyjeździe, ale nie mówiłam wprost, że było źle. Opowiadałam żartem, skrótem, próbując nadać temu absurdalną lekkość.

– Tani pensjonat. Jedzenie z mikrofali. Dzieci spały z nami w łóżku, Tomek jakby zniknął. Raj.

– Może wy nie potrzebujecie wyjazdów. Może potrzebujecie od siebie odpocząć – powiedziała, jakby to była oczywista prawda, której nie potrafiłam sama nazwać.

Zamarłam. Przez chwilę miałam ochotę zaprzeczyć, powiedzieć, że przecież go kocham, że to tylko zmęczenie, że wszystko da się jeszcze naprawić. Ale nie powiedziałam nic.

Mama nie dopytywała. Nie mówiła, co mam zrobić. Po prostu była. I to mi wystarczyło. To jedno zdanie, to jedno „może”, zadziałało jak pęknięcie w murze, który od miesięcy wznosiłam wokół siebie.

Rozłączyłyśmy się po kilkunastu minutach. Usiadłam przy stole, patrząc na rozsypane kredki i otwarty zeszyt dziecka. I pomyślałam, że to nie Tomasz mnie już najbardziej rani. To milczenie między nami. To, że wszystko muszę tłumaczyć matce, bo z nim nie potrafię powiedzieć nawet jednego szczerego zdania.

Może to koniec

Wieczorem, kiedy dzieci już spały, usiedliśmy w kuchni. Naprzeciwko siebie. Nie patrzyliśmy sobie w oczy. Cisza ciążyła między nami, ale tym razem nie miałam zamiaru jej zagłuszać.

– To nie miała być kara – powiedziałam po chwili. – Po prostu musiałam… być sama.

Tomek skinął głową. Długo nic nie mówił. W końcu odezwał się cicho, prawie bez siły:

– Wiem. I rozumiem, ale to boli.

Popatrzyłam na niego. Po raz pierwszy od wielu dni naprawdę go zobaczyłam. Twarz miał szarą, zmęczoną. Nie wiedziałam, czy mówi prawdę, czy tylko próbuje być w porządku.

– Mnie też. Ale wiesz, co boli bardziej? – zapytałam. – Że nie potrafimy już być razem, bez dzieci, bez hałasu... i żeby to nie była katastrofa.

Zamrugał nerwowo, jakby się tego nie spodziewał.

– Może to tylko etap – powiedział cicho.

– A może koniec etapu – odpowiedziałam.

Nie było w tym złości. Nie chciałam go ranić. Po prostu w końcu to wypowiedziałam. Głośno. Bez patosu.

Nie odpowiedział. Nie próbował mnie pocieszać ani zaprzeczać. Siedzieliśmy tak jeszcze chwilę. Cicho, obco, jak dwoje ludzi, którzy nie wiedzą, co dalej. Pierwszy raz od dawna nie czułam, że wszystko udaję. Powiedziałam to. I on nie przerwał. Nie wyśmiał. Nie uciekł.

Potrzebuję tej pustki

Tej nocy spałam sama. Tomek rozłożył sobie pościel w salonie. Nie po kłótni, nie po awanturze. Z cichego porozumienia. Z czegoś, co było bliżej szacunku niż rezygnacji. Może oboje czuliśmy, że tak będzie lepiej.

Dzieci spały spokojnie, pierwszy raz od wyjazdu nie budziły się co chwilę. Dom, choć wciąż pełen niezałatwionych spraw i niedopowiedzianych słów, w końcu dał mi chwilę ciszy. Siedziałam w łóżku z kolanami pod brodą, nie mogąc zasnąć. Nie z powodu niepokoju. Tylko dlatego, że to milczenie było inne. Spokojniejsze. Potrzebne.

Zawsze myślałam, że potrzebujemy więcej czasu razem. Że jak znajdziemy chwilę dla siebie, wszystko się ułoży. Może nie chodzi o czas. Może chodzi o rozmowy. Te, które nie są wygodne. Takie, w których nie udajemy, że wszystko jest dobrze. Prawdziwe, bez lęku, że się rozpadniemy. Co, jeśli już się rozpadliśmy i tylko nikt tego nie powiedział na głos?

Nie wiem, co będzie jutro. Nie wiem, czy uda nam się zbliżyć, czy każde z nas pójdzie w swoją stronę. Jednak wiem, że dopóki nie odzyskamy przestrzeni – dla siebie, dla myśli, dla milczenia – żadna bliskość nie wróci. Bo bliskość to nie ciągłe bycie obok. To nie wspólne łóżko i wspólny kalendarz. To miejsce, gdzie możesz się odezwać, nie bojąc się, że twoje słowa znikną w pustce.

Na razie potrzebuję tej pustki. Tego, że mogę oddychać. I tego, że nikt mi nie mówi, co mam czuć. To nie koniec, ale na pewno nie powrót do tego, co było.

Klaudia, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama