Reklama

To miał być tydzień jak z bajki. Śnieg skrzypiący pod butami, zimowa herbata z imbirem i ten specyficzny, górski luksus, na który podobno "zasłużyliśmy" po roku ciężkiej orki w korporacji. Paweł obiecał, że nie będziemy liczyć każdego grosza. Ja obiecałam, że nie będę narzekać na jego telefon przyklejony do ręki. Oboje kłamaliśmy, ale największe kłamstwo sprzedaliśmy sami sobie: że te wszystkie urocze, regionalne drobiazgi, które wrzucaliśmy do koszyka, to tylko niewinne pamiątki. Kiedy tydzień później podliczyłam koszty "góralskiego folkloru", nogi się pode mną ugięły. To nie hotel zabił nasz budżet. To oscypki, wełniane skarpety i rzekoma "sztuka ludowa", która teraz kurzy się w piwnicy.

To był dopiero początek lawiny

Pamiętam ten pierwszy wieczór. Zakopane powitało nas smogiem tak gęstym, że można go było kroić nożem, ale dla nas to była "magiczna mgła". Cieszyliśmy się, że w końcu wyrwaliśmy się z szarej codzienności. Paweł, mój mąż, zaparkował nasze auto pod pensjonatem, który kosztował fortunę, ale miał ten modny, "designerski" sznyt – dużo surowego drewna, szkła i recepcjonistka, która patrzyła na nas z lekką wyższością.

– Bożenka, wyluzuj – powiedział, widząc, jak nerwowo poprawiam czapkę w odbiciu szyby. – Jesteśmy na feriach. Reset. Zero stresu o kasę. Mamy ten debet w karcie, spłacimy z premii.

Premia. Mityczna premia Pawła, która miała przyjść w marcu. Był styczeń. Ale kto by się przejmował matematyką, gdy z każdej strony atakowały nas zapachy z grilla? Wyszliśmy na targ. Tłum był nieprzebrany. Ludzie w futrach za dziesiątki tysięcy mijali się z tymi w dresach, wszyscy zjednoczeni w jednym celu: wydawania pieniędzy. I wtedy to poczułam. To swędzenie w portfelu. Tę irracjonalną potrzebę posiadania kawałka tego miejsca.

– Zobacz, jakie śliczne! – pisnęłam przy pierwszym lepszym straganie. Drewniane aniołki. Ręcznie malowane, podobno przez lokalną artystkę. Sprzedawczyni, starsza góralka z charyzmą godną polityka, już nas miała.

– Dla pani, ślicznotko, to taniej policzę. Toż to czyste drewno, lipowe, z duszą! Będzie chronić dom.

Kupiłam trzy. Jeden dla nas, dwa dla mamy i teściowej. 150 złotych. "To nic" – pomyślałam. "Przecież to rękodzieło". Nie wiedziałam wtedy, że to był dopiero początek lawiny, która miała nas pogrążyć.

Raz się żyje

Trzeciego dnia pogoda się zepsuła. Zamiast nart, wybraliśmy spacer po dolnych partiach miasta i... zakupy. To wtedy spotkaliśmy Kaśkę i Michała – znajomych Pawła z poprzedniej firmy. Wyglądali jak milion dolarów. Ona w kożuchu, który wyglądał na taki, co sam się czyści i parzy kawę, on w butach trekkingowych droższych niż moje auto.

– Bożena! Paweł! – Kaśka rzuciła się na nas z uściskiem. – Ale super! Musimy iść na obiad. A potem może wspólne zakupy.

Wybraliśmy się do restauracji. Kaśka z Michałem zamawiali najlepsze pozycje z menu, nie chcieliśmy być gorsi. Gdy zobaczyłam rachunek, z trudem przełknęłam ślinę. Potem wybraliśmy się na buszowanie po sklepach i straganach. I wtedy popłynęliśmy. Kaśka przymierzała kamizelkę z haftami.

– Bożena, przymierz tę. Ten kolor idealnie podkreśla twoje oczy! – krzyczała.

Spojrzałam w lustro. Wyglądałam dobrze. Nie, wyglądałam "bogato". Przez chwilę nie byłam zmęczoną księgową, która martwi się rosnącą ratą kredytu hipotecznego.

Paweł stał obok, oglądając rzeźbioną figurkę za duże pieniądze.

– Ręczna robota – mruczał sprzedawca. – Toż to inwestycja. Synowi pan przekaże.

Nie mamy syna. Ale w tamtym momencie wizja Pawła przekazującego to dzieło jakiemuś wyimaginowanemu dziedzicowi wydała się nam obu niezwykle kusząca. Zapłaciliśmy kartą kredytową. Paweł nawet nie mrugnął, wpisując PIN, choć widziałam, jak na skroni pulsuje mu żyłka. Kamizelka dla mnie, nóż dla niego i jeszcze "drobiazg" – wełniany pled, który miał być "na lata". Wyszliśmy lżejsi o cztery tysiące złotych.

– Raz się żyje – rzucił Paweł, gdy Kaśka i Michał zniknęli za rogiem. – To dobre rzeczy. Jakość kosztuje.

Byliśmy tacy... światowi

Kolejne dni to był amok. Wydawało nam się, że skoro wydaliśmy już tyle na "konkrety", to drobne wydatki się nie liczą. To klasyczny błąd poznawczy, o którym czytałam w mądrych książkach, a który w praktyce zignorowałam koncertowo. Wpadliśmy w szał kupowania prezentów.

– Ciocia Jadzia! Musimy jej kupić te kapcie z owczej wełny!

– A Marek z IT? Prosił o coś lokalnego. Weźmy mu czteropak tego rzemieślniczego.

– Zobacz, miody! Spadziowy z certyfikatem!

Ale gwoździem do trumny były sery. Ostatniego dnia, tuż przed wyjazdem, poszliśmy na targ. Chcieliśmy zabrać "smak gór" do domu.

– Pani kochana, ten oscypek to owcze mleko, wędzone dymem z drzewa owocowego – zachwalała kolejna babuszka.

– Weźmy dziesięć – zadecydował Paweł. – zamrozimy. Będziemy mieli na imprezy. Damy rodzicom.

– I jeszcze te korbacze. I bryndzę. O, i ten syrop z pędów sosny.

Wrzucaliśmy to wszystko do toreb jak w transie. Czułam się jak zdobywca. Mieliśmy pełny bagażnik "skarbów". Wyjeżdżając, czułam satysfakcję. Byliśmy tacy... światowi.

Ciężka, małżeńska cisza

Atmosfera w samochodzie zaczęła gęstnieć. Adrenalina opadła, a zmęczenie wzięło górę. Paweł prowadził w milczeniu. Ja przeglądałam internet, gdzie właśnie wrzuciłam zdjęcie nas w nowych, "góralskich" stylizacjach. Lajki leciały, komentarze "Ale bogole!" i "Zazdro!" karmiły moje ego. Nagle Paweł zaklął szpetnie.

– Co się stało? – zapytałam, odrywając wzrok od telefonu.

– Kontrolka silnika. Znowu. Mówiłem, że trzeba było zrobić ten przegląd przed wyjazdem, ale nie, "szkoda czasu, auto jest sprawne".

– Przecież to ty mówiłeś, że auto jest sprawne! – odpyskowałam.

– Bo nie chciałem ci psuć humoru przed wyjazdem! Ale teraz to...Bożena, wiesz ile będzie kosztować naprawa?

Zapadła cisza. Ta ciężka, małżeńska cisza, w której ważą się losy wieczoru, a czasem i całego tygodnia. Wtedy, żeby przerwać napięcie, postanowiłam zrobić coś głupiego. Weszłam w aplikację bankową. Chciałam tylko sprawdzić, ile dokładnie zostało nam do końca miesiąca. Ekran zaświecił się na niebiesko. Kółeczko ładowania kręciło się w nieskończoność, jakby system bał się pokazać mi prawdę. W końcu cyfry wskoczyły na swoje miejsce. Zamarłam.

– Paweł... – wydusiłam.

– Co?

– Czy ty płaciłeś za hotel z głównego konta, czy z oszczędnościowego?

– Z głównego. Przecież wiesz, że na oszczędnościowym nic nie ma, bo wpłaciliśmy zaliczkę na wakacje letnie. Przełknęłam ślinę.

Moment, w którym zrozumiałam swój błąd

Kiedy dotarliśmy do domu, zamiast rozpakowywać się z radością i wspominać, usiedliśmy przy kuchennym stole. Wypakowałam wszystkie "skarby" na blat. W ostrym świetle halogenów nie wyglądały już tak magicznie. Kamizelka za tysiące złotych miała krzywy szew pod pachą, którego nie zauważyłam w nastrojowym oświetleniu. Figurka? Paweł rzucił ją w kąt. W naszym mieszkaniu wyglądała... groteskowo. Ale najgorsze były te "drobiazgi". Wyciągnęłam paragony, który wcisnęłam na dno torebki. Zaczęłam sumować.

– Paweł, czy myśmy zwariowali? Kto zje tyle sera?! Skarpety, kapcie, rękawiczki dla całej rodziny. Drewniane misy, łyżki, aniołki i inne durnostojki, do tego obiad z Kaśką i Michałem, gdzie Paweł "gestem" zapłacił za wszystkich, żeby nie wyjść na biedaka. Razem z "inwestycjami" w kożuch i figurkę, oraz pozostałymi kosztami, kwota była przerażająca. Wydaliśmy równowartość małego remontu łazienki na rzeczy, które teraz leżały na stole.

– Mówiłeś, że premia... – zaczęłam cicho.

Paweł podniósł głos:

– Premia!? Bożena, wiesz co się dzieje w firmie? Są cięcia. Może w ogóle nie być premii. Może być redukcja etatów! Chciałem się po prostu przez tydzień poczuć jak człowiek, a nie jak trybik! To był moment, w którym zrozumiałam swój błąd. Nie chodziło o pieniądze. Chodziło o to, że próbowaliśmy kupić sobie poczucie własnej wartości. Próbowaliśmy zapchać dziurę w naszym zmęczeniu drogim serem i haftowaną kamizelką.

– Dlaczego mi nie powiedziałeś o cięciach? – zapytałam, czując łzy pod powiekami.

– Bo widziałem, jak bardzo chciałaś tych ferii. Jak patrzyłaś na Kaśkę. Nie chciałem, żebyś czuła się gorsza.

Zastaw się, a postaw się

Następne dni to był koszmar. Mieliśmy lodówkę pełną lokalnych serów, których nie dało się przejeść. Teściowa, gdy dostała kapcie, spojrzała na nie z uprzejmym uśmiechem i powiedziała: "O, ładne. Ale wiecie, mnie od tej surowej wełny wszystko gryzie". Wylądowały w szafie, głęboko, by nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Największy dramat rozegrał się jednak z kamizelką i figurką. Tydzień po powrocie, gdy emocje trochę opadły, postanowiłam działać.

– Sprzedam tę kamizelkę – powiedziałam do Pawła. – Nie założę jej. Do niczego mi nie pasuje.

Zrobiłam zdjęcia. Wystawiłam w internecie. Ale nikt nie pisał, cisza. Obniżyłam cenę, nadal cisza. Paweł ze swoją figurką nie miał lepiej. Próbował ją sprzedać koledze. Kolega obejrzał i zaśmiał się pod nosem.

– Po co mi taka ozdoba, stary – rzucił krótko.

Przez resztę lutego musieliśmy zacisnąć pasa. To była nasza pokuta. Każdy kęs oscypka przypominał nam o naszej głupocie. Atmosfera w domu była napięta. Kłóciliśmy się o światło zostawione w łazience ("Wiesz, ile prąd kosztuje?!"), o zbyt długie prysznice, o to, że pies zjadł drogą karmę. Ale najgorsze było to poczucie, że tak łatwo daliśmy się ponieść emocjom. Punktem zwrotnym była wizyta mojej siostry, Agaty. Przyszła do nas pod koniec miesiąca, kiedy finansowo szorowaliśmy po dnie.

– O, ale super – zawołała, patrząc na kurzące się figurki na komodzie. – Ile dałaś?

– Za dużo – mruknęłam.

– A w ogóle, Bożena, czemu wy jesteście tacy smętni? Przecież widziałam wasze zdjęcia z ferii, były boskie! Te knajpy, te zakupy...

I wtedy pękłam. Opowiedziałam jej wszystko. O debecie, o zagrożonej premii Pawła, o tych wszystkich wydatkach. Agata patrzyła na mnie z niedowierzaniem, a potem... zaczęła się śmiać.

– Myślałam, że wy śpicie na kasie, a wy po prostu odwaliliście "zastaw się, a postaw się". Witaj w klubie. Ja spłacam wakacje w Egipcie do dziś.

To wyznanie jakoś oczyściło atmosferę.

Pamiątki to nie rzeczy, to wspomnienia

Dziś jest marzec. Premia Pawła jednak przyszła, choć o połowę mniejsza. Wystarczyło na spłatę karty (z trudem) i naprawę samochodu. Kamizelka wisi w szafie. Nie sprzedałam jej. Zostawiłam ją jako "pomnik głupoty". Czasem, gdy mam ochotę kupić coś drogiego i niepotrzebnego pod wpływem impulsu, otwieram szafę, dotykam tej szorstkiej wełny i przypominam sobie zapach tamtego "atelier". I od razu mi przechodzi. Te "drobiazgi" nauczyły nas więcej o ekonomii niż studia. Nauczyły nas, że: pamiątki to nie rzeczy, to wspomnienia i że społeczna presja, by pokazać, że nas stać, jest najdroższym podatkiem, jaki płacimy.

Wczoraj sprzątałam piwnicę. Znalazłam pudełko z tymi nieszczęsnymi drewnianymi łyżkami i miodem, który scukrzył się na kamień. Miałam to wyrzucić, ale wzięłam jedną łyżkę do kuchni. Będę nią mieszać tę naszą codzienną, tanią zupę pomidorową. Ku przestrodze. Nie żałuję wyjazdu. Góry były piękne. Ale następnym razem będę szła z rękami w kieszeniach. Bo prawdziwa wolność to nie możliwość kupienia wszystkiego, ale umiejętność powiedzenia "nie".

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama