Reklama

Ferie miały być dla mnie czasem bliskości i naprawiania rodzinnych pęknięć. Zamiast tego stały się próbą nerwów, cierpliwości i miłości, której – jak się okazało – nie da się wymusić wspólnym wyjazdem. Każdy dzień z wnukami odsłaniał kolejne rysy w relacjach, które od dawna nie były już tak ciepłe, jak próbowałam je sobie wyobrażać.

Nie poznawałam ich

Przyjechali w niedzielne popołudnie, kiedy śnieg był już brudny od soli. Dwie walizki wniesione bez słowa, kurtki rzucone na krzesła, zapach mrozu i obcego pośpiechu. Lena pierwsza wyciągnęła telefon. Kacper nawet nie spojrzał w moją stronę.

– Babciu, jakie jest hasło do internetu? – zapytała, nie podnosząc wzroku.

– Najpierw może herbaty? Zmarzliście – odpowiedziałam, starając się, żeby mój głos zabrzmiał lekko.

– Później – mruknął Kacper i zniknął w pokoju gościnnym.

Stałam chwilę bez ruchu, z czajnikiem w ręce. Pomyślałam, że to tylko zmęczenie po podróży, że jutro będzie inaczej. Wieczorem usiedliśmy do kolacji. Zrobiłam ich ulubione naleśniki, dokładnie tak, jak pamiętałam sprzed lat.

– Bez rodzynek – rzuciła Lena, odsuwając talerz. – Nie lubię.

– Zawsze jadłaś – odpowiedziałam zaskoczona.

To było kiedyś.

Kacper jadł w milczeniu, zerkając co chwilę na telefon schowany pod stołem. Kiedy zwróciłam mu uwagę, westchnął ostentacyjnie.

Dziadek by się nie czepiał – powiedział cicho, ale wystarczająco głośno, żebym usłyszała.

Zabolało bardziej, niż chciałam przyznać. Po kolacji zaproponowałam spacer.

Może jutro – stwierdziła Lena. – Tu i tak nic nie ma.

W nocy długo nie mogłam zasnąć. Słuchałam ich śmiechu zza ściany, krótkich wiadomości głosowych wysyłanych do kogoś innego, jakby ten dom był tylko przystankiem. Rano odkryłam, że w łazience zostawili mokre ręczniki na podłodze, a w kuchni okruszki po kanapkach.

Prosiłam, żeby sprzątać po sobie – powiedziałam spokojnie.

– Przesadzasz – odpowiedział Kacper.

Czułam, że każdy dzień będzie mnie kosztował więcej, niż byłam gotowa zapłacić.

Patrzyli na mnie ze znużeniem

Drugiego dnia postanowiłam coś zmienić, jakby plan mógł nas uratować. Na stole rozłożyłam kartkę z rozpisanym tygodniem: basen, kino, jeden dzień bez telefonów. Patrzyli na nią jak na coś podejrzanego.

– To obóz czy ferie? – zaśmiała się Lena, ale w jej głosie nie było żartu.

Chciałam, żebyśmy coś robili razem – odparłam.

– My robimy. Tylko nie z tobą – wyrwało się Kacprowi, zanim zdążył się powstrzymać.

Zapadła cisza. Usłyszałam tykanie zegara, tego samego, który wisiał tu jeszcze, gdy ich ojciec był dzieckiem. Wtedy dom zawsze był pełen hałasu, pytań, tupotu małych stóp. Teraz siedziałam naprzeciwko dwojga prawie dorosłych ludzi, którzy patrzyli na mnie z wyraźnym znużeniem. Po południu przyszła Irenka. Przyniosła ciasto i uśmiech.

– Ale masz już dużą młodzież – powiedziała serdecznie. – To szczęście mieć takie wnuki.

Lena skinęła głową, Kacper wymamrotał „cześć”. Gdy drzwi się zamknęły, usłyszałam szept.

– Czemu ona zawsze musi kogoś zapraszać?

Bo to mój dom – odpowiedziałam ostrzej, niż planowałam.

– No właśnie. Twój – Lena spojrzała na mnie wyzywająco. – A my tu tylko siedzimy, bo mama kazała.

I właśnie wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o bałagan, telefony ani naleśniki. Byłam obowiązkiem. Przechowalnią na ferie. Wieczorem, gdy poprosiłam, by wyłączyli telewizor, Kacper wstał gwałtownie.

Ciągle tylko zakazy. U mamy jest normalnie.

– U mamy... – powtórzyłam cicho. – A u mnie to jak jest?

Wnuk nie odpowiedział. Zamknął się w pokoju, trzaskając drzwiami. Usiadłam na kanapie i poczułam, że ten dom, który miał być schronieniem, powoli staje się pułapką. Jakbym była gościem we własnym życiu.

Musiałam zebrać myśli

Trzeciego dnia przestałam udawać, że wszystko da się jeszcze naprawić uśmiechem. Obudził mnie hałas w kuchni – szafki trzaskały, radio grało za głośno. Kacper smażył coś na patelni, a obok leżała pusta paczka po racuchach, które planowałam podać im na kolację.

To było na wieczór – powiedziałam, starając się mówić spokojnie.

– Było. Teraz już nie ma – odpowiedział, nie odwracając się.

Lena siedziała przy stole, przewijając telefon. Nawet nie spojrzała w moją stronę.

Tak się nie robi – dodałam. – W cudzym domu.

– Znowu to samo – prychnęła. – Ciągle nam wypominasz.

Poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie krzyk, nie łzy. Raczej ciche zrozumienie, że pozwoliłam im wejść za daleko.

– Tu chodzi o zasady – powiedziałam stanowczo. – Jeśli tu mieszkacie, musicie je respektować.

Kacper odwrócił się gwałtownie.

– A jak nie, to co? Odeślesz nas?

Te słowa zabolały najbardziej, bo padły jak prowokacja. Jak test, czy jeszcze się liczę.

– Nie chcę was odsyłać – odpowiedziałam po chwili. – Chcę tylko szacunku.

Zapadła niezręczna cisza. Radio ucichło. Lena wstała od stołu.

– Mama mówiła, że będzie ciężko – rzuciła. – Że wszystko bierzesz do siebie.

Zrozumiałam wtedy, że walczę nie tylko z nimi, ale z opowieściami, które ktoś im o mnie opowiedział. Z cudzym spojrzeniem na moje życie, moje błędy, moje decyzje. Po południu wyszłam sama na spacer. Mróz szczypał w policzki, ale pozwalał zebrać myśli. Gdy wróciłam, dom był cichy. W pokojach panował porządek, jakby nagle przypomnieli sobie, że potrafią. Jednak nikt nie powiedział „przepraszam”. Wieczorem usiedliśmy razem, ale każdy był osobno. Zrozumiałam, że granice w końcu zostały postawione, tylko szkoda, że tak późno. I że od tej chwili nic już nie będzie takie jak przedtem.

Wciąż miałam nadzieję

W sobotę obudziłam się wcześniej niż zwykle. Przez chwilę myślałam, że to zwykły dzień, kolejny do odhaczenia. Dopiero gdy spojrzałam na kalendarz, przypomniałam sobie o dacie. Walentynki. Kiedyś śmiałam się, że to nie moje święto, ale tamtego ranka poczułam potrzebę zrobienia czegoś, co przełamie ciszę między nami. Poszłam do kwiaciarni na rogu. Wróciłam z bukietem czerwonych róż, nieco zbyt okazałym jak na mój gust, ale wybranym z myślą o nich. Postawiłam go na stole w kuchni.

– To dla was – powiedziałam, gdy zeszli na śniadanie. – Na znak, że mimo wszystko jesteście dla mnie ważni.

Lena spojrzała na kwiaty, potem na mnie. Jej twarz nie wyrażała ani radości, ani złości. Raczej zakłopotanie.

– Babciu… to trochę dziwne – stwierdziła po chwili.

– Takie teatralne – dodał Kacper. – My nie jesteśmy dziećmi.

– Wiem – odpowiedziałam cicho. – Ale nadal jesteście moimi wnukami.

Kacper wzruszył ramionami i sięgnął po kubek. Lena przesunęła wazon, jakby zawadzał.

– Możemy je potem oddać pani Irenie? – zapytała. – Ona lubi kwiaty.

Poczułam ukłucie rozczarowania, choć przecież powinnam się była tego spodziewać. Bukiet nie załatał tego, co pękło wcześniej. Był tylko dowodem mojej bezradności. Po południu zadzwoniła córka. Rozmawiali z nią długo, ściszonymi głosami. Usłyszałam tylko pojedyncze słowa, swoje imię wypowiedziane niepewnie. Kiedy skończyli, Kacper podszedł do mnie.

Mama przyjedzie po nas jutro – oznajmił. – Mówi, że tak będzie lepiej.

Przytaknęłam. Nie protestowałam. Wiedziałam, że dalsze udawanie nie ma sensu. Wieczorem zabrałam róże z kuchni i postawiłam je w sypialni. Patrzyłam, jak powoli tracą świeżość. Zrozumiałam wtedy, że gesty nie wystarczą, gdy zabraknie wzajemnej gotowości do rozmowy. A czasem nawet najszczersza miłość nie jest w stanie naprawić relacji, które inni zdążyli już sobie poukładać po swojemu.

Było mi lżej na sercu

Wyjechali następnego dnia rano. Bez kłótni, bez scen. Walizki znów stanęły w przedpokoju. Lena uścisnęła mnie z obowiązku. Kacper skinął głową.

Dzięki za wszystko – powiedział, ale patrzył już w stronę drzwi.

Zostałam sama w mieszkaniu, które nagle wydało mi się zbyt duże. Sprzątałam długo, choć nie było czego. Składałam koce, ścierałam stół, poprawiałam poduszki, jakbym chciała zatrzeć ślady ich obecności i jednocześnie zatrzymać je na chwilę dłużej. Bukiet róż stał jeszcze kilka dni. Usychał powoli, płatki opadały na parapet. Nie wyrzuciłam go od razu. Był symbolem mojej naiwnej wiary, że miłość wystarczy. Że skoro ja się staram, to druga strona też musi. Dopiero po czasie zrozumiałam, że nie muszę wszystkiego naprawiać. Nie muszę być zawsze cierpliwa, wyrozumiała, gotowa na każde przekroczenie granic. Mam prawo do spokoju. Do domu, który znów jest mój. Do relacji, do której może kiedyś dojrzeją, ale już nie kosztem mojego poczucia własnej wartości. Ferie się skończyły. Koszmar też. A ja, paradoksalnie, poczułam ulgę.

Maria, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama