„Ferie z wnukami w Zakopanem miały gorzki posmak. Obojętność dzieci złamała mi serce”
„Nagle ogarnęła mnie złość, cicha, duszona latami. Wstałam, włożyłam płaszcz i wyszłam z pensjonatu. Szłam długo, aż nogi zaczęły boleć. W końcu usiadłam na ławce, a łzy same popłynęły”.

- Redakcja
Śnieg w Zakopanem skrzył się jak zawsze, a jednak od pierwszego dnia czułam, że te ferie nie będą takie, jak sobie wyobrażałam. Przyjechałam z nadzieją, że zbliżę się do wnuków, że choć przez chwilę będziemy tylko dla siebie. Zamiast tego między nami rosła cisza, ciężka i kłująca. Udawałam, że nic złego się nie dzieje, ale serce powoli pękało.
Zrobiło mi się głupio
Już pierwszego poranka zrozumiałam, jak bardzo się różnimy. Wstałam wcześnie, zaparzyłam herbatę i usiadłam przy oknie pensjonatu. Patrzyłam na ośnieżone dachy, czekając, aż wnuki się obudzą. Wyobrażałam sobie, że zaraz zaczną opowiadać, co im się śniło, kłócić się o to, kto pierwszy pójdzie na spacer. Zamiast tego usłyszałam tylko ciche skrzypnięcie drzwi i szuranie kapci.
– Dzień dobry – powiedziałam z uśmiechem, który wyćwiczyłam przez lata.
– No – mruknął Kuba, nawet na mnie nie patrząc.
Od razu sięgnął po telefon i usiadł tyłem do stołu. Lena stanęła w drzwiach, chwilę się wahała, po czym też usiadła, wpatrzona w ekran.
– Zrobiłam kanapki. Może pójdziemy dziś na Krupówki? – zaproponowałam ostrożnie.
– Zobaczymy – rzuciła Lena. – Może później.
To „może” zabrzmiało jak zamknięte drzwi. Jadłam w ciszy, słuchając stukania palców o ekrany. Każdy dźwięk przypominał mi, że jestem tu tylko dodatkiem, tłem do ich świata. Po śniadaniu ubrałam się ciepło i stanęłam w przedpokoju z czapką w ręku.
– To co, wychodzimy? Śnieg idealny na spacer – spróbowałam jeszcze raz.
– Babciu, my musimy coś dokończyć – powiedział Kuba, nie odrywając wzroku od telefonu. – Idź sama, dobrze?
Zrobiło mi się głupio, jakbym prosiła o coś niestosownego. Skinęłam głową i wyszłam, choć wcale nie miałam ochoty. Na zewnątrz było pięknie, ale każdy krok stawiałam ciężko. Mijałam rodziny, dzieci ciągnące dziadków za ręce. Wieczorem spróbowałam jeszcze raz. Usiadłam obok nich na kanapie.
– Pamiętacie, jak byliście mali i lepiliśmy bałwana pod blokiem? – zapytałam cicho.
Lena wzruszyła ramionami.
– Nie bardzo.
Wtedy coś we mnie pękło.
Chciało mi się płakać
Drugiego dnia postanowiłam nie narzucać się tak bardzo. Pomyślałam, że może to ja popełniam błąd, próbując odtworzyć coś, co już dawno przeminęło. Wnuki dorosły, mają swoje sprawy. Tylko dlaczego tak bardzo mnie to bolało? Po obiedzie Kuba powiedział:
– Idę się przejść – rzucił, zakładając kurtkę.
– Sama? – zapytałam automatycznie.
– Z kolegami, babciu. Mówiłem ci wczoraj.
Nie wiedziałam, że w Zakopanem też mają „swoich” kolegów. Zostałam z Leną, która kręciła łyżką w talerzu.
– Może pójdziemy razem na sanki? – zaproponowałam, czując, jak serce bije mi szybciej.
– Nie chce mi się – odpowiedziała bez złości, bez emocji. – Mogę zostać tu?
Skinęłam głową, choć miałam ochotę zapytać: „A ja?”. Zamiast tego ubrałam się i wyszłam sama. Śnieg skrzypiał pod butami, a ja liczyłam kroki, jakby to mogło zagłuszyć myśli. Przypomniałam sobie, jak przyjeżdżali do mnie na całe tygodnie. Wtedy byłam potrzebna. Wieczorem Kuba wrócił rozbawiony, opowiadał Lenie jakieś historie, których nie rozumiałam. Śmiali się, a ja siedziałam obok, jak gość bez zaproszenia.
– Babciu, możesz zrobić herbatę? – zapytała Lena, nie patrząc na mnie.
Wstałam od razu. Zawsze wstawałam. Gdy podałam kubki, nikt nie powiedział „dziękuję”. To drobiazg, wiem. A jednak poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Później, leżąc w łóżku, usłyszałam ich śmiech zza ściany. Pomyślałam, że nie jestem już dla nich ważna.
Ogarnęła mnie złość
Trzeciego dnia obudziłam się z dziwnym ciężarem w klatce piersiowej. Nie był to ból, raczej uczucie, że coś we mnie osiadło i nie chce się ruszyć. W kuchni znów byłam pierwsza. Kroiłam chleb, kiedy Lena weszła cicho i zatrzymała się w progu.
– Babciu… masz może inne płatki? – zapytała, jakby to było coś bardzo ważnego.
– Mam, oczywiście – odpowiedziałam szybko, choć w środku poczułam ukłucie. Nawet nie zapytała, jak się czuję.
Kuba zjawił się chwilę później, rzucił torbę na krzesło.
– Dziś jedziemy na stok – oznajmił. – Z chłopakami.
– A ja? – wyrwało mi się, zanim zdążyłam pomyśleć.
Zapadła cisza. Oboje spojrzeli na mnie z lekkim zaskoczeniem, jakby nie spodziewali się, że mogę czegoś chcieć.
– No… wiesz, babciu… – zaczął Kuba. – To raczej nie dla ciebie.
Te słowa zawisły w powietrzu. „Nie dla ciebie”. Skinęłam głową, udając zrozumienie.
– Jasne. Idźcie, bawcie się dobrze.
Gdy wyszli, usiadłam przy stole i patrzyłam na dwa puste krzesła. Nagle ogarnęła mnie złość, cicha, duszona latami. Wstałam, włożyłam płaszcz i wyszłam z pensjonatu. Szłam długo, aż nogi zaczęły boleć. W końcu usiadłam na ławce, a łzy same popłynęły. Po południu wrócili zmęczeni, rozgadani. Kuba rzucił kurtkę, Lena śmiała się, opowiadając coś szybko.
– Babciu, cały dzień tu siedziałaś? – zapytała nagle.
– Nie, byłam na spacerze – odpowiedziałam. – Sama.
Spojrzała na mnie uważnie.
– Przepraszam – powiedziała cicho. – Nie pomyśleliśmy.
To jedno zdanie poruszyło coś we mnie bardziej niż cały ten wyjazd. Chciałam powiedzieć tak wiele, ale zabrakło mi odwagi. Uśmiechnęłam się tylko słabo.
– Nic się nie stało.
A jednak wiedziałam, że to „nic się nie stało” jest tylko plasterkiem. Pod spodem wciąż była rana.
Ręce lekko mi drżały
Czwartego dnia pogoda się popsuła. Śnieg przestał cieszyć, zrobił się ciężki, mokry, a niebo wisiało nisko, jakby też miało dość. W pensjonacie panowała cisza. Kuba kręcił się bez celu, Lena siedziała przy oknie. Czułam, że coś wisi w powietrzu, choć nikt nie chciał tego nazwać. Postawiłam na stole talerze z obiadem i usiadłam naprzeciwko nich. Ręce lekko mi drżały.
– Chciałabym z wami porozmawiać – powiedziałam w końcu.
Kuba westchnął, ale nie wziął telefonu do ręki. To było nowe.
– O czym? – zapytał ostrożnie.
– O nas – odpowiedziałam. – O tym, co się tu dzieje i jak spędzamy czas.
Lena spuściła wzrok.
– My nie chcemy cię ranić, babciu – zaczęła cicho. – Po prostu… nie umiemy inaczej.
Te słowa zabolały bardziej, niż gdyby powiedziała coś ostrego. Uświadomiłam sobie, że oni naprawdę nie wiedzą, co robią.
– Ja też nie umiem inaczej – przyznałam. – Całe życie byłam dla was ważna. A tu… czuję się, jakbym wam przeszkadzała.
Zapadła cisza. Słyszałam tykanie zegara na ścianie.
– Myślałem, że lubisz być sama – odezwał się Kuba. – Zawsze taka byłaś spokojna.
Uśmiechnęłam się smutno.
– Spokój nie zawsze znaczy samotność z wyboru.
Lena podeszła bliżej i usiadła obok mnie.
– Nie wiedziałam, że to tak wygląda – powiedziała. – Myślałam, że tak jest w porządku.
Poczułam ciepło jej ramienia i nagle dotarło do mnie, jak bardzo byłam głodna tego prostego gestu. Nie wielkich wycieczek, nie planów. Obecności.
– Może jutro zrobimy coś razem? – zaproponowała nieśmiało.
Skinęłam głową, choć w środku walczyły ze sobą nadzieja i strach. Bałam się uwierzyć, że to coś zmieni. Bałam się też, że jeśli nie spróbuję, wrócę do domu z jeszcze cięższym sercem. Tego wieczoru długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o tym, jak łatwo można minąć się nawet z tymi, których kocha się najbardziej.
Wciąż miałam nadzieję
Poranek w dniu wyjazdu był pełen słońca. Śnieg znów skrzył się na dachach, jakby chciał zatrzeć ślady tamtych trudnych dni. Zeszliśmy na śniadanie razem. Kuba nalał mi herbaty, Lena podała talerz.
– Babciu, możesz usiąść tu – powiedziała, odsuwając krzesło obok siebie.
To był drobiazg. A jednak poczułam, jak coś we mnie mięknie. Po śniadaniu wyszliśmy na krótki spacer. Nie na Krupówki, nie na stok. Po prostu przed siebie. Szliśmy wolno, czasem w ciszy, czasem wymieniając krótkie uwagi. Kuba opowiadał o szkole, Lena o koleżance. Słuchałam uważnie, chłonąc każdą minutę, wiedząc, że to nie cofnie tamtych dni, ale może nada im sens. Na peronie, gdy pociąg już stał gotowy do odjazdu, Lena nagle mnie przytuliła.
– Następnym razem spróbujemy lepiej – powiedziała.
Kuba skinął głową.
– Obiecuję, babciu.
Uśmiechnęłam się, a w oczach miałam łzy. Wiedziałam, że ich obietnice są szczere, ale też kruche. Tak jak ja. Te ferie miały gorzki posmak i nic tego nie zmieni. Zrozumiałam jednak coś ważnego: czasem trzeba nauczyć się mówić głośno o swoim bólu, nawet jeśli drży głos. Wsiadłam do pociągu z cichą nadzieją, że następnym razem nie będziemy już dla siebie obcy.
Helena, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „14 lutego tajemniczy Walenty zaprosił mnie na randkę. Zamarłam, gdy zobaczyłam jego twarz za ogromnym bukietem róż”
- „Jestem bogata, zapracowana i obojętna na los rodziców. Wszystko zawdzięczam sobie, więc nic im nie jestem winna”
- „Mąż na walentynki zamówił dla mnie bukiet 21 czerwonych róż. Zamarłam, gdy odkryłam, co to znaczy”