„Ferie zimowe w Zakopanem były dla mnie testem wytrzymałości. Gdy mąż pożałował dzieciom oscypka z żurawiną, pękłam”
„Na szczycie, zmęczeni i spoceni, stanęliśmy przy barierkach widokowych. Widok był piękny, ale moje myśli krążyły wokół burczenia w brzuchu. Dzieci patrzyły na ludzi jedzących frytki. Rysiek wyciągnął z plecaka pogniecione kanapki”.

To miał być wyjazd marzeń, odskocznia od szarej codzienności, na którą odkładałam pieniądze z własnych premii przez pół roku. Zakopane, śnieg, ferie z dziećmi – brzmi jak scenariusz idealny. Pakowanie walizek przypominało operację wojskową, a nie przygotowania do rodzinnego wypoczynku.
Wszystko zaplanował
Kiedy próbowałam wcisnąć do torby nasze nowe kombinezony narciarskie, kupione przeze mnie na wyprzedaży w lecie, żeby mój mąż Rysiek nie dostał zawału na widok ceny, on stał nade mną z listą. Nie była to jednak lista atrakcji, które odwiedzimy. To był inwentarz prowiantu.
– Wzięłaś zgrzewkę wody? – zapytał. – Tam na miejscu zdzierają. Za butelkę wody na Krupówkach zapłacisz pięć złotych.
– Wzięłam, Rysiu. Wzięłam też pasztety, konserwy, słoiki z pulpetami od twojej mamy i dwa chleby krojone – westchnęłam.
Marzyłam o kwaśnicy, o placku po zbójnicku w ciepłej, drewnianej chacie, przy dźwiękach kapeli. Tymczasem nasz bagażnik wyglądał, jakbyśmy szykowali się na wojnę nuklearną, a nie na tydzień w Tatrach. Dzieci siedziały na tylnej kanapie cicho jak myszy pod miotłą. One już wiedziały. Nauczyły się, że przed wyjazdem taty nie wolno drażnić.
Kryzys nadszedł szybciej, niż myślałam. Po trzech godzinach jazdy zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, żeby skorzystać z toalety. Na zewnątrz było buro i zimno, a ze środka stacji bił ten cudowny, ciepły zapach kawy i hot-dogów. To jest zapach podróży. Zapach wolności.
– Mamo, mogę hot-doga? – zapytała cicho Nikola. Jej wielkie oczy patrzyły na obracające się na ruszcie parówki jak na najdroższy kawior.
Odmówił dziecku
Zanim zdążyłam otworzyć usta, usłyszałam głos Ryśka. Jego słuch był wyczulony na wszelkie próby wydawania pieniędzy.
– Nie wymyślaj – rzucił ostro. – Masz w torbie kanapki z serem, które mama zrobiła rano. Te parówki tutaj to sama chemia. A w ogóle wiesz, ile to kosztuje? Dwanaście złotych za kawałek bułki!
– Ale tato, wszyscy jedzą… – próbował bronić siostry Kacper, choć widziałam, że sam chowa głowę w ramiona ze wstydu.
– Nie interesują mnie wszyscy. Wszyscy dają się robić w balona korporacjom – uciął Rysiek. – Beata, wyciągaj termos. Kawę też mamy swoją.
Stałam tam, na środku tej stacji, w moich niemodnych butach, patrząc na moją córkę przełykającą łzy. Kupiłam potajemnie dwa batony, kiedy Rysiek poszedł do toalety, i wcisnęłam je dzieciom do kieszeni jak kontrabandę. Czułam się jak złodziej we własnym życiu. Rysiek rezerwacją noclegu zajął się sam. Zgodziłam się dla świętego spokoju. To był błąd. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, GPS wyprowadził nas daleko poza centrum Zakopanego.
Byłam wstrząśnięta
Minęliśmy oświetlone pensjonaty, minęliśmy Kościelisko i wjechaliśmy w jakąś ciemną, boczną drogę, gdzie asfalt pamiętał czasy Gierka.
– Rysiek, gdzie my jesteśmy? – zapytałam, patrząc na ciemny las. – Przecież miało być blisko stoku.
– Jest blisko. W linii prostej to rzut beretem – mruknął, parkując pod domem, który w rzeczywistości był po prostu nieotynkowanym pustostanem z dobudówką.
Właścicielka, starsza kobieta o podejrzliwym spojrzeniu, zaprowadziła nas na piętro.
– Ogrzewanie jest, ale proszę nie kręcić termostatem – powiedziała na wstępie, wręczając nam klucz. – I ciepła woda jest w bojlerze, starczy na dwie osoby, więc musicie się państwo sprężać.
Pokój… dwa łóżka zbite z desek, meblościanka z lat 90. i zapach wilgoci maskowany odświeżaczem powietrza o zapachu leśnym.
– Widzisz? – Rysiek rozłożył ręce z dumą. – 60 złotych za osobę. W centrum wołają po 250. Policz sobie, ile zaoszczędziliśmy.
– Tu jest zimno – powiedział Kacper, nie zdejmując kurtki.
– To się hartuj. Górale żyją tak od wieków i są zdrowi. Włóż sweter – odparł mój mąż, wyciągając z torby turystyczną kuchenkę elektryczną, którą przemycił, mimo zakazu używania takich urządzeń w regulaminie domku. – Zaraz odgrzejemy pulpety, będzie ciepło.
Na wszystkim oszczędzał
Tej nocy spałam w dresie, pod dwiema kołdrami, tuląc do siebie zmarzniętą Nikolę. Rysiek chrapał zadowolony z siebie. Leżałam i liczyłam pęknięcia na suficie, zastanawiając się, w którym momencie moje życie zamieniło się w księgowy bilans zysków i strat. Czy on naprawdę nie widzi, że nas upokarza? Czy te zaoszczędzone pieniądze zabierze ze sobą do grobu?
Trzeciego dnia nastąpił przełom, choć nie taki, jakiego bym chciała. Rysiek w końcu zgodził się zabrać nas pod Gubałówkę. Oczywiście nie wjechaliśmy kolejką, więc wchodziliśmy na górę, ślizgając się w błocie pośniegowym, podczas gdy inni turyści machali nam z wagoników.
Na szczycie, zmęczeni i spoceni, stanęliśmy przy barierkach widokowych. Widok był piękny, ale moje myśli krążyły wokół burczenia w brzuchu. Dzieci patrzyły na ludzi jedzących zapiekanki i frytki. Rysiek wyciągnął z plecaka pogniecione kanapki z serem topionym.
– Beatka?! – usłyszałam nagle piskliwy, radosny głos.
Odwróciłam się i zamarłam. To była Gośka, moja współlokatorka ze studiów. Nie widziałyśmy się z dziesięć lat. Wyglądała jak milion dolarów. Obok niej stał wysoki mężczyzna, trzymający w rękach tacki z wielkimi pajdami chleba ze smalcem.
Nie spodziewałam się jej
– O matko, Gośka! – wykrztusiłam, próbując dyskretnie zasłonić ciałem Ryśka, który właśnie oblizywał palec po serku topionym.
– Ale niespodzianka! Co u ciebie? Wyglądasz… – Gośka zawiesiła głos, taksując moją lekko znoszoną kurtkę i zmęczoną twarz. – Wyglądasz na zmęczoną, kochana. To ten górski klimat, co? Poznaj mojego męża, to jest Robert.
Uśmiechnął się szeroko i postawił tacki na ławce.
– Częstujcie się, proszę! Wzięliśmy za dużo.
Widziałam, jak w oczach mojego męża zapala się lampka. Darmowe. Słowo-klucz.
– A chętnie, chętnie – powiedział Rysiek, sięgając po kawałek chleba bez cienia zażenowania. – Skoro już kupione, to szkoda, żeby się zmarnowało. Drogo tu mają, co? Zdzierają z turystów skórę.
Poczułam, jak pieką mnie policzki. Robert zaśmiał się beztrosko.
– E tam, drogo. Raz się żyje, prawda? Na urlopie nie ma co liczyć, trzeba ładować akumulatory. My mieszkamy w tym nowym hotelu spa na dole, wiecie, tym ze szklanym basenem. Fantastyczna sprawa, polecam wam saunę, można wejść z zewnątrz.
Wstydzili się ojca
Zobaczyłam wzrok Kacpra. Patrzył na Roberta jak na boga. A potem spojrzał na swojego ojca, który w jednej ręce trzymał tackę z chlebem ze smalcem, a w drugiej foliową torebkę z resztkami naszych kanapek.
– My wolimy bardziej kameralne klimaty – wtrącił Rysiek z pełnymi ustami. – Te hotele to wylęgarnia zarazków. A saunę to ja mam w domu, jak napalę w piecu.
Chciałam zapaść się pod ziemię. Rozmowa trwała jeszcze kilka minut, pełnych moich wymuszonych uśmiechów i beztroskiego gadania Gośki o ich planach. Kiedy odchodzili, Gośka wcisnęła mi w rękę wizytówkę.
– Zadzwoń, musimy się umówić na kawę bez facetów! – mrugnęła.
Gdy zniknęli w tłumie, Rysiek dojadł chleb.
– Widzisz? Snoby – prychnął. – Szastają kasą, żeby się pokazać. A ten jej mąż? Założyłbym się, że toną w kredytach. My przynajmniej jesteśmy wolni finansowo.
– Rysiek… oni po prostu korzystają z życia – szepnęłam.
– Oni są głupi. Daj dzieciom pić, mamy herbatę w termosie. I schodzimy, bo zaraz będzie ciemno, a nie będziemy płacić za taksówkę.
Nie znałam go
Wtedy, patrząc na jego plecy w tej starej, niemodnej kurtce, zrozumiałam, że nie chodzi o kredyty czy oszczędności. Chodzi o stan umysłu. Rysiek był emocjonalnym nędzarzem. A ja pozwoliłam, by wciągnął w tę nędzę nasze dzieci.
Kulminacja nastąpiła ostatniego dnia. Zmusiłam Ryśka, żebyśmy poszli na Krupówki. Obiecałam, że nic nie kupię, chciałam tylko pospacerować, poczuć ten klimat, zobaczyć misia. Dzieci były smutne. Przez cały tydzień nie zjadły nic, co nie pochodziło z bagażnika naszego kombi. Żadnych gofrów, żadnych frytek, żadnej czekolady na gorąco.
Tłum na Krupówkach był gęsty. Zapachy mieszały się w powietrzu – grillowane mięso, słodkie kurtosze, perfumy, dym. Nikola szła wyraźnie osowiała. Nagle zatrzymała się przy jednym ze stoisk z serami. Małe, grillowane oscypki z żurawiną skwierczały na ruszcie. Wyglądały obłędnie. Złocista skórka, czerwona konfitura, para unosząca się w mroźnym powietrzu.
– Mamo… – pociągnęła mnie za rękę. – Proszę. Tylko ten jeden mały serek. Jestem głodna. Proszę, mamo.
Spojrzałam na cenę. 5 złotych za mały kawałek szczęścia.
– Oczywiście, kochanie – powiedziałam i sięgnęłam do torebki.
Miałam tego dosyć
Wtedy poczułam na nadgarstku żelazny uścisk.
– Co ty robisz? – wyszeptał mi Rysiek do ucha.
– Kupuję dziecku oscypka. Puść mnie.
– Czy tyś zwariowała? – podniósł głos, nie zważając na ludzi dookoła. – 5 złotych za kawałek sera? W markecie masz całą paczkę! W domu ci usmażę, jak wrócimy. Nie daj się okradać tym góralom!
– Rysiek, to jest 5 złotych. Dziecko prosi – mój głos drżał.
Kacper odsunął się od nas, udając, że ogląda wystawę sklepową. Wstydził się. Potwornie się wstydził.
– Tu nie chodzi o 5 złotych, tu chodzi o zasady! – Rysiek prawie krzyczał.
Góralka sprzedająca sery patrzyła na nas z politowaniem pomieszanym z pogardą. Ludzie zaczęli zwalniać, przyglądając się awanturze. Nikola wyciągnęła rękę, w której trzymała monetę, którą dała jej babcia przed wyjazdem.
– Tato, ja mam swoje pieniądze… – powiedziała cicho.
Rysiek wyrwał jej tę monetę z ręki.
– Nie będziesz wydawać pieniędzy na głupoty! Naucz się szacunku do pieniądza! – warknął.
Byłam u kresu
Córka wybuchnęła płaczem. Takim głośnym, rozpaczliwym płaczem dziecka, któremu właśnie zawalił się świat. Nie chodziło o ser. Chodziło o to, że jej własny ojciec publicznie odmówił jej drobnej przyjemności, robiąc z tego ideologiczną wojnę.
W tym momencie eksplodowałam. Całe lata zaciskania pasa. Całe lata jedzenia gorszej wędliny, wakacji na działce teściów, cerowania skarpet. Wyrwałam rękę z uścisku Ryśka. Zrobiłam to z taką siłą, że aż się zachwiał.
– Wynoś się – powiedziałam wyraźnie.
– Co powiedziałaś?
– Powiedziałam: wynoś się do samochodu. Już.
Podeszłam do stoiska. Wyciągnęłam z portfela 50 złotych – ostatnie, jakie miałam w gotówce.
– Poproszę cztery duże oscypki z żurawiną. I dwa te największe warkocze. I jeszcze słoik żurawiny – powiedziałam do góralki, patrząc jej prosto w oczy.
Kobieta uśmiechnęła się, jakby zrozumiała wszystko bez słów. Nałożyła mi podwójną porcję żurawiny. Podałam gorący serek córce. Potem zawołałam Kacpra.
– Masz, synu. Jedz.
– Co ty wyprawiasz?! Zmarnowałaś pięćdziesiąt złotych! – Rysiek stał obok, czerwony na twarzy, ale niepewny. Nigdy wcześniej mu się nie postawiłam w taki sposób.
Postawiłam mu się
Odwróciłam się do niego powoli, z oscypkiem w dłoni. Smakował dymem i słoną wolnością.
– Jeśli powiesz jeszcze jedno słowo – wycedziłam przez zęby, patrząc na niego z nienawiścią, której istnienia w sobie nie podejrzewałam – to wracasz do domu pociągiem. A my zostajemy tu jeszcze jedną noc i idziemy do hotelu ze spa. I przysięgam ci, zapłacę twoją kartą kredytową. Mam ją w torebce.
Rysiek otworzył usta, zamknął je, spojrzał na ludzi, którzy patrzyli na niego jak na zbrodniarza, i wycofał się. Jadłam ten ser, a łzy spływały mi po policzkach, mieszając się z żurawiną. Córka przestała płakać i zajadała ze smakiem. Kacper uśmiechnął się do mnie nieśmiało. Pierwszy raz od tygodnia.
Nie poszliśmy do spa. Nie miałam odwagi aż tak zaszaleć, a może po prostu chciałam już wrócić do domu i zakończyć ten koszmar? Ale w drodze powrotnej zatrzymałam się na stacji McDonald's. Rysiek siedział na miejscu pasażera i nie odezwał się słowem, gdy zamawiałam trzy zestawy powiększone. Nie kupiłam mu nic. Siedział i patrzył w szybę, podczas gdy my jedliśmy frytki, a w samochodzie pachniało tłuszczem i triumfem.
Ustaliliśmy reguły
Kiedy dojechaliśmy do domu, Rysiek bez słowa wniósł walizki i zamknął się w pokoju. Pewnie liczył straty. Pewnie sprawdzał stan konta. Po tych feriach nie złożyłam pozwu rozwodowego. Życie jest bardziej skomplikowane. Mamy kredyt, mamy dzieci, mamy wspólną historię. Ale tam, na Krupówkach, coś się skończyło. Skończyła się moja uległość.
Od tamtego wyjazdu minęły dwa miesiące. Rysiek nadal sprawdza ceny masła w trzech sklepach. Ale ja przestałam pytać o pozwolenie. Zapisałam córkę na dodatkowy angielski, a synowi kupiłam buty, o których marzył. Kiedy Rysiek zobaczył paragon, zrobił się siny. Zaczął swój monolog o oszczędzaniu, o tym, że pieniądze nie rosną na drzewach. Przerwałam mu w połowie zdania.
– Pamiętasz oscypka? – zapytałam tylko.
Zamilkł. Wyszedł z pokoju. Wiem, że to nie potrwa wiecznie. Tak się nie da żyć na dłuższą metę. Albo on nie wytrzyma, albo ja w końcu odejdę. Ale jedno wiem na pewno – nigdy więcej nie pozwolę, by skąpstwo mojego męża odebrało moim dzieciom dzieciństwo. I nigdy więcej nie zjem kanapki z pasztetem, patrząc, jak inni jedzą życie pełnymi garściami.
Beata, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Siostra ubrała się na bal karnawałowy jak gwiazda disco i zgarnęła całe show. W życiu nie czułam się tak okropnie”
- „Od początku byłam na bakier z teściową. Nigdy nie sądziłam, że gdy teść nawywija, to ja będę podnosić ją na duchu”
- „Pojechaliśmy do Zakopanego, by złapać oddech. Teściowa uznała, że to świetne miejsce na pranie rodzinnych brudów”