Reklama

Lena zawsze była bardziej odległa niż zamknięta. Patrzyła na świat jakby zza szyby – niby obecna, a jednak gdzieś poza zasięgiem. Gdy mówiła, to cicho. Gdy się śmiała – to bezgłośnie. I może właśnie dlatego lubiłam z nią spędzać czas. Bo obok niej nie musiałam być nikim innym niż sobą. Przyjaźniłyśmy się od czasów studiów. Przeszłyśmy razem przez kilka przeprowadzek, dwa kryzysy sercowe (jeden mój, jeden jej – ale to ona przynosiła lody i łapała za telefon, żeby odciągać mnie od smsów do byłego).

Byłyśmy do siebie zupełnie niepodobne, a jednak działało. W góry jechałyśmy dla oddechu. Miałyśmy już dość sygnałów powiadomień, korków, betonowych widoków z okna. Pracowałam wtedy zdalnie, Lena akurat kończyła projekt, który ją wykańczał psychicznie. Marzyłyśmy o śniegu, drewnie, ciszy i może odrobinie góralskiej nalewki.

– Tylko żeby to nie był jakiś pensjonat dla rodzin z dziećmi – zastrzegła Lena, gdy szukałam domku do wynajęcia. – Chcę ciszy. I kominka.

– I może przystojnego górala w gratisie? – rzuciłam, zerkając na nią znad laptopa.

Lena prychnęła.

– Basiu, mam alergię na flirty.

– Czyli tylko jeśli sam się narzuci, okej, zapisuję.

Znalazłyśmy mały domek na uboczu, z widokiem na las i szlak prawie pod progiem. Drewniane ściany, pachnące żywicą wnętrze, a wieczorami – trzaskający ogień w kominku. Wszystko było dokładnie tak, jak sobie wymarzyłyśmy. Aż któregoś dnia... zapukał Wojtek. Zresztą, nie zapukał. Wszedł jak do siebie, bo właścicielka domku, starsza pani Halinka, wysłała go z drewienkiem. I wszedł z takim spokojem, jakby znał ten dom lepiej niż my.

– Dzień dobry – rzucił. – Przyniosłem opał. Halina mówiła, że trzeba dorzucić.

Miał ciemne oczy, które patrzyły uważnie, ale nie natarczywie. Miał też głos, który pasował do gór – głęboki, spokojny, bez pośpiechu. A Lena… Lena tylko skinęła głową. Nawet się nie uśmiechnęła. Ale ja zauważyłam: jej palce ścisnęły rąbek swetra mocniej niż zwykle. Wieczorem siedziałyśmy na kanapie z herbatą. Zimowy mróz przyklejał się do okien, a ja, jak to ja, nie mogłam nie drążyć.

– No, przyznaj się – zaczęłam z uśmiechem. – Przystojny ten góral, co?

Lena spojrzała na mnie z powagą.

– Nie zauważyłam.

– Jasne. A ten rumieniec to przez ogień, tak?

– Baśka…

– No dobrze, dobrze. Nie męczę. Ale jeśli ten pan jeszcze raz przyjdzie z drewnem, to chyba musimy go zaprosić na herbatę.

Nie odpowiedziała. Ale wiem, że nie zapomniała. Bo ja też nie.

Lód, drewno i uśmiechy Wojtka

Zaczęło się niewinnie. Tego samego dnia, gdy przyniósł drewno, wrócił wieczorem z kubkiem termicznym i zapytał, czy może zostawić nam świeżo zrobiony syrop z sosny.

– Na gardło – wyjaśnił krótko. – Zawsze się przydaje, jak się chodzi po szlakach. Halina mówiła, żeście z miasta, to pewnie się przeziębicie po dwóch dniach.

Wojtek mówił mało, ale jakoś tak, że nie chciało się mu przerywać. Stał w drzwiach, potem wszedł na chwilę, postawił termos na komodzie i już miał wychodzić, ale zapytałam, czy napije się herbaty. Pokręcił głową, ale dodał:

– Może kiedyś. – I uśmiechnął się lekko.

Pojawił się znowu dwa dni później, z zapasem drewna. Tym razem nie uciekł od razu. Został na chwilę przy kominku, opowiadał o szlaku, który mogłybyśmy przejść, i zaproponował, że pożyczy nam rakiety, jeśli warunki będą kiepskie. Usiadł na skraju fotela, grzał dłonie przy ogniu. Ja coś tam mówiłam, Lena głównie słuchała. Albo inaczej – patrzyła. Nie mówiła prawie nic, ale jej wzrok ślizgał się po nim jakby nie mógł się zatrzymać na czymś innym.

Zaczęłam to zauważać. Że odsuwa się, kiedy Wojtek wchodzi, jakby chciała zniknąć. A potem siada bliżej okna i niby patrzy na drzewa, ale kątem oka śledzi jego każdy ruch. Nie komentowała niczego, ale była jakaś napięta, jakby w środku coś ją szarpało. Któregoś wieczoru, kiedy Wojtek znowu wpadł z drewnem, zaparzyłam herbaty i podałam mu kubek. Nie odmówił.

Siedzieliśmy razem przy ogniu, Lena w swoim fotelu, ja na podłodze z kocem. Rozmawialiśmy o zimie, o tym, jak potrafi przydusić człowieka, kiedy się za długo siedzi bez ruchu. Wojtek powiedział, że lubi zimę, bo jest uczciwa. Jak coś zamarznie, to wiesz, że tak ma być, nie udaje niczego. Wtedy spojrzałam na Lenę, a ona szybko odwróciła wzrok. Po wyjściu Wojtka nie mogłam się powstrzymać.

– Mam wrażenie, że się mu podobasz – rzuciłam niby mimochodem.

Lena drgnęła.

– Co ty mówisz, Baśka… – zaśmiała się cicho, ale był w tym nerw. – On przecież z tobą gada, nie ze mną.

– Bo ty się chowasz za tym oknem, jakbyś nie chciała, żeby cię widział.

– Przestań. On po prostu jest miły.

Nie ciągnęłam dalej. Ale coś mi nie pasowało. Niby siedziała spokojnie, niby nie patrzyła, ale ja ją znałam. Widziała go. Słuchała go. I przeżywała to wszystko w sobie, jak zawsze. Jakby bała się, że cokolwiek powie, to wszystko się rozsypie. Nie wiedziałam jeszcze, co się dzieje, ale coś się zaczynało.

Kulig i zazdrość w oczach

To był pierwszy raz, kiedy naprawdę poczułam się nieswojo przy Lenie. Wojtek zaprosił nas na kulig. Nie był to żaden komercyjny pokaz dla turystów, tylko prawdziwa, góralska jazda z pochodniami, z saniami wyciągniętymi prosto z szopy. Powiedział, że wieczorem będzie najlepiej – śnieg skrzypiał jak z bajki, a w powietrzu wisiała cisza, której nie da się opisać, tylko trzeba ją przeżyć. Lena od początku była jakaś sztywna. Spakowała termos i koc, ale prawie się nie odzywała. Myślałam, że może się rozrusza, jak już wsiądziemy.

Wojtek usadził nas w saniach, sam usiadł z tyłu, pilnując koni. Ruszyliśmy. Śnieg leciał w oczy, było pięknie. Na początku gadałyśmy jeszcze trochę z Leną, ale potem ucichła. Ja zaczęłam rozmawiać z Wojtkiem – pytałam o konie, o trasy, o to, czy często robi takie kuligi. Opowiadał z zapałem, a ja słuchałam z przyjemnością. Nie miałam w tym żadnego celu, po prostu było miło. Ale po jakimś czasie zauważyłam, że Lena się odsunęła.

Jakby chciała uciec z tych sań. Po kuligu zaprosił nas do siebie na herbatę. Drewniany dom, pachnący smarem, dymem i jakimś słodkim kompotem z dzieciństwa. Usiadłyśmy przy stole, on coś tam krzątał się w kuchni, aż w końcu Lena podziękowała i powiedziała, że wraca sama. Spojrzałam na nią zaskoczona.

– Może lepiej pójdę sama na spacer, skoro tak dobrze się wam gada – powiedziała chłodno.

Zatkało mnie.

– Proszę? – wyrwało mi się.

– Nic. Nie przejmuj się. Ja po prostu nie mam dziś nastroju.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Chciałam się zaśmiać, zbyć to jakimś żartem, ale coś w jej oczach sprawiło, że zamarłam. Wyszła. Po prostu wstała i wyszła. Nawet nie pożegnała się z Wojtkiem. W drodze powrotnej myśli wiły mi się w głowie jak szalone. O co jej chodzi? Co ja takiego zrobiłam? Czy naprawdę myśli, że próbuję coś zdziałać z Wojtkiem? Przecież ja niczego od niego nie chcę.

Tak po prostu dobrze się rozmawiało. Ale jak się ma przyjaciółkę, która potrafi przestać się odzywać do człowieka na tydzień za źle zrobione spaghetti, to wiesz, że takie spojrzenie może oznaczać wiele. W domku siedziała na kanapie, owinięta kocem, patrzyła w ogień. Nie powiedziała ani słowa. Ja też nie. Zaczęłam się bać, że coś się psuje. I że nawet nie wiem dokładnie, co.

Prawda wyszła od górala

Wojtek zaprosił mnie do pomocy przy porządkowaniu szopy. Powiedział, że dobrze robi czasem przewietrzyć stare rzeczy. Poszłam chętnie. Potrzebowałam chwili bez Leny, bez tej ciszy, która wypełniła nasz domek po kuligu i trzymała się nas jak wilgoć. Zimno szczypało w dłonie, powietrze było przejrzyste. Wojtek układał narzędzia na półkach, przestawiał stare skrzynki, a ja wyciągałam z kąta pajęczyny z kurzem i historią.

– Ona zawsze taka zamyślona? – zapytał w końcu, podając mi paczkę gwoździ.

– Lena? – odparłam zdziwiona. – No… trochę. Taka jej natura.

Wojtek przytaknął, ale nie patrzył mi w oczy. Był jakiś inny, trochę nieobecny, trochę spięty.

– Co ona lubi? – zapytał po chwili.

Zawahałam się.

– Książki, ciszę. Czasem wino, czasem milczenie. Sama nie wiem. Dlaczego pytasz?

Spojrzał na mnie. I nagle, zupełnie niespodziewanie, rzucił:

– Myślisz, że miałbym u niej szansę?

Zamarłam. W rękach trzymałam starą, zardzewiałą latarkę. Serce zabiło mi szybciej, ale nie ze wzruszenia – z szoku. Patrzyłam na niego, na tę jego prostolinijną, spokojną twarz i nie mogłam wydusić z siebie słowa. W końcu się roześmiałam.

– A ona myślała, że to we mnie jesteś wpatrzony.

Wojtek uśmiechnął się lekko.

– W ciebie? No nie… z tobą się dobrze gada. Ale jak ona patrzy... Jakby wszystko widziała i nic nie mówiła. Wiesz, o co mi chodzi?

Wiedziałam. A teraz już wiedziałam wszystko. Wyszłam z tej szopy z głową pełną pytań, ale w sercu było zaskakująco spokojnie. Lena, moja zamknięta Lena, która potrafiła siedzieć godzinę bez słowa i odczuwać więcej niż niejedna kobieta krzycząca o miłości – to ona była tą, na którą patrzył Wojtek. A ja? Ja byłam tylko ekranem. Odbiciem. I nie bolało mnie to. Może trochę. Może gdzieś tam, w środku, poczułam ukłucie, że nie tym razem. Ale cieszyłam się. Naprawdę.

Spowiedź przy kominku

Wróciłam do domku z palącym chłodem na twarzy i mokrymi od śniegu mankietami. Lena siedziała na podłodze, blisko kominka, zawinięta w ten sam koc, co zawsze. Udawała, że czyta, ale kartek nawet nie przewracała.

– On pytał o ciebie – powiedziałam, nie siadając jeszcze. Stałam oparta o framugę, żeby nie musieć od razu patrzeć jej w oczy. – Serio. Cały czas.

Uniosła wzrok. Powoli. Milczała. Może czekała, aż powiem więcej, może próbowała zrozumieć, czy sobie żartuję. Ale ja nie miałam zamiaru przeciągać tej chwili.

– Pytał, czy masz kogoś. Co lubisz. Czy miałby u ciebie szansę.

Zamarła. Palce zacisnęła na grzbiecie książki.

Nie rób sobie jaj – wyszeptała. – Przecież patrzył na ciebie.

– Nie. Patrzył przeze mnie. Jakby próbował się do ciebie zbliżyć dzięki mnie.

Wtedy Lena zaczęła drżeć. Cicho, prawie niezauważalnie. Przez chwilę myślałam, że zaraz się rozzłości, że mnie wyrzuci, że się zamknie jeszcze bardziej. Ale ona tylko schowała twarz w dłoniach i pozwoliła, żeby łzy popłynęły. Usiadłam obok. Nie dotykałam jej, nie pocieszałam. Po prostu siedziałam. Wiedziałam, że to nie jest chwila na słowa. Moja przyjaciółka, która przez lata nie mówiła nic o swoich uczuciach, właśnie przeżywała wszystko naraz.

– Myślałam, że ty go interesujesz – wyszeptała. – Gadał z tobą, śmiał się. A ja tylko... Patrzyłam.

– I to wystarczyło – odpowiedziałam.

Zapadła cisza. Nie duszna, nie ciężka. Dająca ulgę. Jakby przez chwilę przestało nas coś ściskać od środka. Wiedziałam, że Lena tam pójdzie. Nie musiałam jej tego mówić. Widziała w moich oczach, że to już nie jest między nami.

Miłość w ciszy i śniegu

Nie powiedziała mi, że się z nim spotka. Po prostu któregoś poranka jej nie było. Śniadanie zrobione, czajnik wciąż ciepły. Na stole kartka – „Idę się przejść”. Wiedziałam, dokąd. Ubrałam się i wyszłam z domku, ale nie po to, by iść za nią. Poszłam skrótem przez świerkowy zagajnik, wydeptanym szlakiem, na który zwykle zabierał nas Wojtek. Śnieg skrzypiał pod butami. Dotarłam na polanę. I tam ich zobaczyłam. Stali naprzeciwko siebie. Lena miała rozpuszczone włosy, co jej się prawie nigdy nie zdarzało. Patrzyła na niego uważnie, jakby ważyła każde słowo, każde drgnienie twarzy. Wojtek trzymał dłonie w kieszeniach, ale było w nim napięcie, którego wcześniej nie znałam. Czekał.

– Nie wiedziałem, czy mogę... – odezwał się.

– Mogłeś – odpowiedziała cicho.

Zbliżyli się do siebie, powoli, bez pośpiechu, jakby bali się, że jeden ruch zniszczy wszystko. Potem Lena położyła mu dłoń na piersi i po prostu przytuliła się. Wojtek objął ją ostrożnie, jakby trzymał coś kruchego i ważnego. Zatonęli w tej ciszy, która nie wymagała wyjaśnień. Stałam wśród drzew i patrzyłam. Nie skręcałam się z bólu, nie zazdrościłam. Byłam świadkiem czegoś prawdziwego. Czegoś, co wydarzyło się mimo wszystko – mimo zamknięcia, milczenia, przekonań i nieporozumień.

Miłość nie zawsze przychodzi z krzykiem. Czasem pojawia się w ciszy, pod śniegiem, na uboczu. I nie wybiera tych, którzy krzyczą najgłośniej. Lena i Wojtek stali jeszcze chwilę, a potem zaczęli iść razem, powoli, ramię przy ramieniu. Ona mówiła coś szeptem, a on słuchał. Uśmiechali się. Tak zwyczajnie. Jak ludzie, którzy wreszcie znaleźli swoje miejsce. Uśmiechnęłam się. A potem wróciłam do domku. Czekała na mnie herbata. Czekało kilka godzin samotności. I dobrze. Czasem bycie świadkiem jest więcej warte niż bycie główną rolą.

Byłam częścią tej historii

Kilka dni później pakowałyśmy się w milczeniu. Nie z tego ciężkiego rodzaju, które zapada, gdy ktoś jest zraniony. To było ciepłe milczenie. Lena była jakby inna – nie uśmiechała się więcej niż zwykle, nie rzucała się na szyję, ale coś w jej ruchach, spojrzeniach, oddechu świadczyło, że odpuściła. Że coś w niej się rozluźniło. Wojtek przyszedł się pożegnać. Zostawił nam słoik z syropem, trochę suszonych grzybów i propozycję, żebyśmy wróciły, jak znów będziemy miały dość ludzi. Lena podała mu rękę, a on ją pocałował. Ja tylko skinęłam głową i uśmiechnęłam się lekko. I to wystarczyło. W drodze powrotnej siedziałyśmy cicho przez większość trasy. Dopiero gdzieś na wysokości zjazdu na Nowy Targ Lena odezwała się nagle:

– Jakby co, będziesz świadkiem na naszym ślubie.

Spojrzałam na nią z ukosa. Nie wiedziałam, czy mówi poważnie, czy to jeszcze nie za wcześnie na takie zdania.

– A jakby co, mam sukienkę gotową – odpowiedziałam.

Nie roześmiałyśmy się. Ale obie poczułyśmy, że to był moment prawdziwego porozumienia. Dni mijały. Po powrocie nie widywałyśmy się tak często jak wcześniej, ale nie dlatego, że coś się zmieniło między nami. Po prostu Lena była gdzie indziej – duchem, sercem, czasem i ciałem. A ja jej tego nie zazdrościłam. Nie była to moja historia miłosna. Ale byłam jej częścią. Widziałam, jak zaczyna się coś cichego i prawdziwego. Jak ktoś, kto przez całe życie patrzył zza szyb, otwiera okno i pozwala, by do środka wpadło powietrze. Mój czas przyjdzie. Albo nie. Ale tamten czas – ich czas – był piękny. I miałam zaszczyt być jego świadkiem.

Barbara, 28 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama