Reklama

Zawsze myślałam, że jak dzieci wyjadą na ferie, to dom wreszcie odetchnie – że będzie ciszej, spokojniej, że w końcu znajdę czas dla siebie i dla Pawła. A tymczasem... zrobiło się zbyt cicho. Nieprzyjemnie. Jakby ktoś wyciągnął z mieszkania duszę.

Michał i Kuba wyjechali w niedzielę rano, a ja już w poniedziałek chodziłam jak we mgle. Przecież powinnam się cieszyć. Powinnam mieć luz. Tymczasem kręciłam się bez celu po domu, ścierałam niewidoczny kurz i co chwila zerkając na telefon, jakby ktoś miał napisać, zadzwonić. Jakby to coś zmieniło.

– Magda, będę później. Znowu muszę zostać po godzinach – rzucił Paweł, nawet nie patrząc mi w oczy. Zapiął kurtkę, sprawdził portfel. – Sprawozdania, spotkania, wiesz, jak jest...

– Mieliśmy obejrzeć ten film. Chciałam zrobić kolację... – zaczęłam nieśmiało.

– Obejrzymy kiedy indziej – uciął. – Może w weekend.

Zamknęły się za nim drzwi. Tylko dźwięk zamka odbił się echem w pustym przedpokoju. Wzięłam kieliszek wina. A potem usiadłam w salonie, włączyłam film i... nawet nie wiem, o czym był. Wcale nie potrzebowałam spokoju. Potrzebowałam bliskości. Kogoś, kto spojrzy mi w oczy i zapyta, jak się dziś czuję. Jak naprawdę się czuję.

Otrzymałam niespodziewaną pomoc

Na podwórku leżało może z pięć centymetrów śniegu, ale i tak wyciągnęłam łopatę. Zawsze odśnieżał Michał albo Kuba, ale teraz ich nie było. Paweł zwykle „nie miał kiedy”. Wyszłam w kurtce, polarze, nieprzyzwoicie rozciągniętych dresach i zmarzniętymi dłońmi zaczęłam zgarniać biały puch z chodnika. Mruczałam coś pod nosem, bardziej dla siebie niż z przekory, kiedy nagle usłyszałam za plecami znajomy głos.

– Pani Magdo, to nie jest robota dla takich rąk – powiedział Bartek, sąsiad z naprzeciwka. Trzymał swoją łopatę i uśmiechał się, jakby właśnie usłyszał dobrą wiadomość.

– Panie Bartku, muszę jakoś się poruszać, bo w domu zwariuję – odpowiedziałam, opierając się o trzonek łopaty.

Chłopcy wyjechali?

– Wczoraj. Już tęsknię, chociaż przez pół roku narzekałam, że robią bałagan – zaśmiałam się krótko. – Teraz siedzę sama w domu i szukam po kątach tych ich porozrzucanych skarpetek.

– A mąż?

Wzruszyłam ramionami.

– W pracy. Zawsze jest w pracy.

Przez chwilę odgarnialiśmy śnieg w milczeniu, aż w końcu Bartek powiedział:

Jakby pani miała ochotę na herbatę... Ja zawsze robię za mocną i bez cukru. Ale jest ciepła. Może się przyda po tym odśnieżaniu.

Spojrzałam na niego. Nic wielkiego. Zaproponował herbatę, rozmowę. To był ktoś, kto nie mówi „potem”.

Z chęcią – odpowiedziałam po chwili.

Nie wiem, dlaczego zrobiło mi się wtedy tak ciepło. Może przez tę herbatę. A może po prostu dlatego, że ktoś mnie zauważył.

Nie chciał mnie wysłuchać

Paweł wrócił późno. Klucz zgrzytnął w zamku dopiero po dwudziestej drugiej. Siedziałam już wtedy w kuchni z kubkiem ziołowej herbaty, wpatrzona w zamglone okno. Pachniało suszoną miętą i... samotnością.

– Cześć – rzucił, nawet nie zdejmując kurtki. – Jest coś do jedzenia?

– Zrobiłam zupę. Wystygnie zaraz – odpowiedziałam bez emocji. – Mieliśmy dzisiaj razem zjeść.

– Magda, nie zaczynaj, proszę. Naprawdę jestem zmęczony. Nie miałem nawet kiedy zadzwonić.

Westchnęłam. Powinnam ugryźć się w język, ale nie potrafiłam.

– To nie chodzi o zupę. Po prostu... my nawet już nie rozmawiamy, Paweł. Nawet jak chłopców nie ma. Myślałam, że może coś się zmieni.

– Naprawdę? – rzucił z irytacją, zdejmując buty. – Myślałaś, że nagle rzucę pracę i będziemy siedzieć przy świecach? Magda, jestem dorosły. Ty też.

– No właśnie – powiedziałam cicho. – Jesteśmy dorośli. A zachowujemy się, jakbyśmy już tylko czekali, aż wszystko się samo skończy.

Spojrzał na mnie, jakby nie do końca zrozumiał, co właśnie powiedziałam.

– Idę pod prysznic – mruknął. – Zostaw mi trochę zupy.

Po chwili usłyszałam szum wody. Wyszłam z kuchni. Nie chciałam już patrzeć na pusty stół.

Następnego dnia, idąc wyrzucić śmieci, znów spotkałam Bartka. Stał przy furtce, z kubkiem herbaty w dłoni.

– Pani Magdo... Chce się pani na chwilę schować przed światem?

– Może na chwilę – odpowiedziałam. Weszłam za nim, przez lekko uchyloną bramkę.

Zapomniałam się na chwilę

Nie wiem, jak to się stało. Może to było to ciepło w jego kuchni, zapach goździków w herbacie, może cisza, która wcale nie była niezręczna. Bartek mówił o swoim ogrodzie – że zimą wszystko śpi, że wiosną znów zakwitnie. Słuchałam go jak zaczarowana. Nie dlatego, że temat był fascynujący. Tylko dlatego, że mówił do mnie. Patrzył na mnie.

– Czasem sobie myślę – powiedział, opierając się o blat – że ludzie są jak te ogrody. Niby uśpieni, a w środku aż się kotłuje.

Nic nie odpowiedziałam. Spojrzałam na jego ręce. Były silne, spracowane. Wtedy to się stało. Jego dłoń dotknęła mojej. Lekko, niepewnie. A ja... nie cofnęłam się. Potem wszystko działo się szybko – ten pocałunek był cichy, bez słów, jakbyśmy oboje wiedzieli, że zaraz się obudzimy i wszystko zniknie. Potem wydarzyło się coś więcej.

Kiedy wróciłam do domu, było po dwudziestej. Paweł już spał – na kanapie, w dresie, z pilotem w dłoni i telewizorem szumiącym w tle. Przykryłam go kocem. Spojrzałam na niego – na mojego męża, z którym dzieliłam życie od ponad dwudziestu lat.

W łazience spojrzałam sobie w oczy. Nie płakałam. A przecież chyba powinnam. W nocy obudziłam się nagle z uczuciem ciężaru na piersi. „Co ja zrobiłam?” – pytałam w myślach. Przekroczyłam granicę, której nie da się cofnąć. A jednak... nie czułam żalu. Czułam życie i strach.

Wszystko wróciło na swoje tory

Chłopcy wrócili w sobotę rano. Wpadli do mieszkania z hałasem, śmiechem, walizkami rzucanymi gdzie popadnie i opowieściami o zjeżdżalniach, kuligach i jakimś chłopaku, który w nocy chrapał. Czułam ulgę i jednocześnie strach. Ich obecność oznaczała, że trzeba znów grać.

– Mamo, ale my nie mamy mleka! – krzyknął Michał.

– W lodówce jest jeszcze karton – odpowiedziałam, odwracając się w stronę kuchni.

Paweł podszedł do nich, poklepał Kubę po ramieniu.

Jak było? Kto się zakochał w instruktorce?

– Michał! – wydarł się młodszy syn.

Przez chwilę było prawie normalnie. Prawie. Przy obiedzie rozmawialiśmy o ich feriach. Paweł milczał więcej niż zwykle. Czułam, jak błądzi wzrokiem po stole. Unikałam jego spojrzenia. Ręce mi drżały, gdy nalewałam zupę.

Wieczorem Bartek napisał: „Wszystko w porządku?”. Nie odpowiedziałam. Dwa dni później spotkałam go przy śmietniku.

Nie martw się, rozumiem – powiedział cicho. – Nie chcę być problemem.

– To nie tak... – zaczęłam, ale głos mi ugrzązł w gardle.

– Magda. Wiem. Nic nie musisz mówić – odszedł bez pretensji.

Wieczorem siedziałam z chłopcami przy stole. Paweł zmywał naczynia. Patrzyłam na niego. Na mężczyznę, z którym zbudowałam całe życie. W jego ramionach nie czułam się już jak w domu. Nie wiedziałam, czy to można jeszcze naprawić.

Nie mogłam już udawać

Było już po dwudziestej trzeciej, kiedy zgasiliśmy światła w kuchni. Chłopcy śmiali się jeszcze w pokoju, słyszałam urywki rozmów, jakieś „nie mów mamie” i „weź, daj spokój, nie krzycz”. Paweł siedział na kanapie z laptopem na kolanach. Jego twarz była oświetlona niebieskim światłem ekranu. Przez chwilę stałam w progu, patrząc na nich wszystkich. Moją rodzinę. Mój świat.

A ja... czułam się w nim gościem. Usiadłam w kuchni. Bez herbaty, bez telefonu. Oparłam łokcie na stole i zakryłam twarz dłońmi. W głowie dudniło mi jedno pytanie: „czy naprawdę chcę tak żyć jeszcze dwadzieścia lat?”.

Wiem, że zawiodłam. Zdrada to nie przypadek, tylko decyzja. Tyle że zanim pojawił się Bartek, nikt nie pytał, czego mi brakuje. Nikt nie widział, że z dnia na dzień znikałam. Że robiłam się przezroczysta.

Drzwi kuchni uchyliły się lekko. Wszedł Paweł.

Nie śpisz? – zapytał cicho.

– Nie mogę.

Usiadł naprzeciwko, jakby coś chciał powiedzieć, ale milczał. Patrzył w blat.

Musimy wreszcie porozmawiać – powiedziałam w końcu.

Podniósł wzrok.

Ale nie dziś.

Skinął głową. Przez chwilę myślałam, że powie coś więcej. Nie powiedział. Wstał i poszedł do sypialni. Zostałam sama w kuchni, pośród ciszy, która już nie bolała. Tylko wyraźnie pokazywała, że wszystko się zmieniło. A ja... jeszcze nie wiedziałam, co z tym zrobię. Ale wiedziałam, że coś muszę.

Magdalena, 44 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama