Reklama

Mogłabym powiedzieć, że jestem całkiem zwyczajną kobietą – czterdziestka, nauczycielka w podstawówce, żona Piotra od szesnastu lat. Czasem się śmieję, że jak coś działa, to po co zmieniać, więc nie zmieniałam nic. Nawet koloru włosów. Piotr mówił, że lubi mnie taką, jaka jestem. „Naturalną”, dodawał. Tyle że od jakiegoś czasu nie mówił już z takim uśmiechem jak kiedyś. Albo wcale nie mówił. Piotr często wracał późno z pracy. Niby miał te swoje projekty, te deadline’y, nadgodziny, wszystko jak trzeba. „Nie martw się, kotku, po sezonie będzie lepiej” – powtarzał, a ja kiwałam głową i podgrzewałam mu zupę. Coraz częściej jadł ją w ciszy. Coraz rzadziej się do mnie uśmiechał...

Reklama

Zawsze mówiłam, że w lesie najlepiej się myśli. Że grzyby to tylko pretekst, a tak naprawdę chodzi o ten zapach igliwia, o ten wilgotny mech pod butami i to uczucie, że świat chociaż na chwilę przestaje być taki głośny. Tego dnia jechałam do lasu sama, bo Piotr znowu miał „spotkanie w sprawie inwestorów”. Wzięłam koszyk, termos z kawą, kurtkę i ruszyłam do ulubionego lasu za Lipnem.

Gdy tylko zaparkowałam, coś we mnie zadrżało. Na końcu niewielkiego parkingu stał srebrny passat. Nie byle jaki – rejestrację znałam na pamięć. Samochód mojego męża. I wtedy poczułam, jak coś zimnego spływa mi po karku. „Może przypadek. Może pożyczył auto komuś z pracy. Może służbowo. Może…” – powtarzałam sobie, ale te wszystkie „może” brzmiały żałośnie w mojej głowie. Nie planowałam wtedy jeszcze iść jego śladem. Chciałam tylko sprawdzić, czy rzeczywiście to on. Czy moje oczy nie płatają mi figla. Ale w głębi serca już wiedziałam. Zaczęło się grzybobranie, które miało zmienić wszystko.

Nie było wątpliwości

Na początku szłam jak zwykle – szeroką ścieżką, patrząc pod nogi, udając przed samą sobą, że naprawdę przyszłam tu na grzyby. Ale zamiast zbierać, zaczęłam nasłuchiwać. Słyszałam tylko szelest liści pod swoimi butami i własny oddech, który stawał się coraz płytszy. Zatrzymałam się przy sośnie i spojrzałam przed siebie. Ślady na miękkim mchu. Ktoś szedł tędy niedawno.

Może powinnam zawrócić. Pójść do domu. Zadzwonić do Piotra i zapytać wprost. Ale nie zrobiłam tego. Coś mnie ciągnęło do przodu – gniew? Strach? A może zwykła ciekawość, podszyta przeczuciem, które od dawna we mnie siedziało, ale do tej pory nie miało dowodów. Skręciłam w boczną ścieżkę i wtedy to usłyszałam – śmiech. Kobiecy, lekki, trochę za głośny jak na spacer po lesie. Mój żołądek zawiązał się w supeł. Zaczęłam iść szybciej, stawiając ostrożnie kroki, żeby nie narobić hałasu. Serce waliło mi jak szalone.

Kiedy przeszłam przez młodniak i stanęłam na skraju polany, wszystko ucichło. Przez chwilę tylko słyszałam ćwierkanie ptaków i szum wiatru. I wtedy ich zobaczyłam. Piotr – siedzący na kocu, oparty niedbale o pień drzewa. A obok niego kobieta. Pochylona, śmiejąca się, jakby nic poza nim nie istniało. Nie było wątpliwości, co tam robili.

– Nie wierzę… – wyszeptałam. Głos mi zadrżał, ale nie mogłam się ruszyć. – To naprawdę on…

Stał się dla mnie obcy w jednej sekundzie. Wszystko we mnie się zatrzymało.

Nie mogłam się zatrzymać

Nie planowałam tam iść. Naprawdę. Chciałam tylko popatrzeć, zrozumieć, upewnić się. Ale w jednej chwili coś we mnie pękło. Ruszyłam przez polanę jak taran, jak w transie. Krok za krokiem, coraz szybciej, aż Piotr poderwał głowę. Jego mina… Nigdy jej nie zapomnę. Szok. Strach. Wstyd.

– Ciężko pracujesz? Tak wygląda twoja praca?! – wrzasnęłam, podchodząc do nich jak furiatka. Kobieta zerwała się z koca, ale jej nie poznałam.

– Krysia… – Piotr wstał, podniósł ręce, jakby chciał mnie zatrzymać. – To nie jest tak, jak myślisz

– Nie? – zaśmiałam się sucho. – Czyli jak? Tłumacz, proszę. Kiedyś chociaż udawałeś, że masz dla mnie szacunek.

– Posłuchaj mnie… – zaczął, ale ja weszłam mu w słowo.

Od ilu miesięcy mnie zdradzasz? Kiedy zaczęło ci być wszystko jedno, co się ze mną dzieje? Wtedy, kiedy mówiłeś, że siedzisz do późna nad projektami? – głos mi drżał, ale nie przestawałam mówić. – I jeszcze tutaj, w naszym lesie?

– Przestań, ludzie nas słyszą! – syknął Piotr, rozglądając się dookoła.

– Niech słyszą! Może niech wszyscy się dowiedzą, kim jesteś naprawdę! – krzyknęłam. – Kłamcą. Zdrajcą. I tchórzem!

Chciał mnie dotknąć, uspokoić, ale cofnęłam się.

Nie dotykaj mnie. Nie waż się.

Stał tam, milczący. Winny. A ja czułam, że to dopiero początek koszmaru.

Świat mi się zatrzymał

Zrobiłam krok w bok, by lepiej widzieć tę kobietę. Wciąż stała przy kocu, spięta, jakby chciała zniknąć. Miała długie, rude włosy, okulary przeciwsłoneczne i płaszcz przewieszony przez ramię. Właśnie wtedy zdjęła okulary. I wtedy świat mi się zatrzymał.

– Magda?! – powiedziałam, a właściwie wykrztusiłam.

Kobieta drgnęła. W jej oczach coś błysnęło – może żal, może wstyd. Ale nie zdążyła się odezwać, bo ja już ruszyłam w jej stronę.

– Ty? – powtórzyłam. – To ty?

– Krysia… ja… – zaczęła, ale ją uciszyłam ruchem ręki.

– Nie próbuj się tłumaczyć. Ty… – spojrzałam raz na nią, raz na Piotra – wy dwoje… Co za duet! Jedno mnie zdradziło, drugie porzuciło. W jednym momencie straciłam męża i przyjaciółkę ze szkolnych czasów. Brawo!

– Krysia, to nie tak… – zaczęła znowu Magda, już cicho, jakby próbowała mnie uciszyć samym tonem.

– A jak? Wyjaśnij mi, jak to jest! Zniknęłaś dziesięć lat temu bez słowa. Bez cześć, bez do widzenia. A teraz? Wypełzasz z lasu jak jakieś widmo, i to z moim mężem?! – krzyczałam już przez łzy. – To przez niego wtedy zniknęłaś?

– Nie! Nie, przysięgam! Piotra wtedy nawet nie znałam! – zaprzeczyła gwałtownie. – Spotkaliśmy się przypadkiem kilka miesięcy temu, naprawdę…

– Przypadkiem?! – parsknęłam. – A potem, zupełnie nie przypadkiem, zaczęliście się tu…? – nie dokończyłam, bo było mi słabo z emocji.

– Krysia, przestań – Piotr złapał się za głowę. – Nie tak miało być.

Spojrzałam na nich. Idealna parka. Tylko ja byłam zbędna. Ale nie – nie dam im tej satysfakcji.

– Nie martw się, Piotrek. Teraz wszystko jest dokładnie tak, jak powinno być. Zostańcie tu razem. Pasujecie do siebie.

Patrzył mi w oczy i kłamał

– Krysia, proszę cię… – Piotr podszedł o krok, ale zatrzymałam go wzrokiem ostrzejszym niż słowa.

– Ani kroku bliżej – rzuciłam chłodno. – Naprawdę myślałeś, że się nie dowiem? Że będziesz się spotykał z moją dawną przyjaciółką w tym samym lesie, gdzie kiedyś zbieraliśmy grzyby, i nic nie wypłynie?

– Nie planowaliśmy tego… – odezwała się Magda. – To się po prostu stało…

– O, błagam cię, Magda. Znasz mnie. Wiesz, że nie kupię tego „samo się stało”. Jesteś dorosła. On też. Oboje wiedzieliście, co robicie – przerwałam jej z goryczą w głosie. – Wiesz, czego nie rozumiem? Jak mogłaś patrzeć mi w twarz tyle lat temu, śmiać się ze mną, pić wino, zwierzać się, i potem po prostu… zniknąć?

– Musiałam. Miałam dość siebie, wszystkiego… – mówiła zbyt spokojnie jak na mój gust. – Wiem, że cię zraniłam, ale to… to wtedy nie miało nic wspólnego z Piotrem. Naprawdę.

– Ale teraz już ma. Teraz już wszystko się łączy – powiedziałam powoli, czując jak cisną mi się łzy do oczu. – A ty? – zwróciłam się do Piotra. – Ty przez cały ten czas patrzyłeś mi w oczy i kłamałeś?

– Nie chciałem cię ranić – powiedział cicho.

– No to pięknie ci się udało, gratuluję – odpowiedziałam. – Wy dwoje idealnie na siebie zasługujecie – zdrajcy, kłamcy i tchórze!

– Krysia, błagam, nie rób sceny, pogadajmy w domu… – próbował jeszcze Piotr, ale ja już wiedziałam, że niczego nie chcę z nim omawiać.

– W domu?! – roześmiałam się gorzko. – Ty już nie masz domu. Nie ze mną.

– Daj mi chociaż dojść do słowa! – rzucił nerwowo.

– Dobrze. Dojdź do słowa. Dojdziesz też do rozwodu – powiedziałam i zaczęłam się cofać w stronę ścieżki. – I radzę ci, nie próbuj za mną iść!

Coś się we mnie złamało

Zaczęłam iść szybko. Nogi mi się trzęsły, serce tłukło w piersi jak oszalałe, ale szłam. Chciałam tylko jedno – jak najszybciej znaleźć się daleko stamtąd. Daleko od ich twarzy. Od tego koca. Od tego lasu, który zawsze był moim azylem, a teraz stał się miejscem zdrady.

– Krysia! Poczekaj! – Piotr biegł za mną, sapnął coś jeszcze, ale nie zwalniałam. Szłam jak w transie. Jakbym miała klapki na oczach. Tylko przed siebie.

– Krysia, proszę… To… To było tylko raz – usłyszałam nagle za plecami.

Zatrzymałam się. Odwróciłam się powoli. Spojrzałam mu w oczy. Były czerwone, zmęczone, może nawet szczerze przerażone. Ale mnie to nie ruszyło.

– Tylko raz? – powtórzyłam. – Akurat! To zabawne. A ja właśnie poczułam się, jakby moje życie rozsypało się na milion kawałków. Jednym ruchem. A ty mi mówisz, że to było tylko raz?

– To był błąd… Ja… sam nie wiem, jak do tego doszło. Nie planowałem… Nie odchodź! – bełkotał. I wtedy to do mnie dotarło.

– Ty już dawno odszedłeś. Ja po prostu dopiero teraz to zobaczyłam.

Odsunęłam się od niego. Już nie chciałam słuchać. Ani wyjaśnień, ani przeprosin. Nie obchodziło mnie, czy to trwało miesiące, tygodnie, czy tylko godzinę. To nie miało znaczenia. Coś się we mnie złamało. Ruszyłam dalej. Minęłam znajome drzewa, ścieżkę, na której kiedyś się całowaliśmy, i dotarłam do parkingu. Samochód stał, jakby nic się nie stało. Tylko ja byłam już kimś innym. Już nie tą samą Krysią, co dwie godziny temu.

Nie miałam pojęcia, co zrobię

Siedziałam w samochodzie dłuższą chwilę. Kluczyki trzymałam w ręku, ale nie potrafiłam się zmusić, żeby je przekręcić w stacyjce. Palce mi się trzęsły. Przypominały mi się wszystkie nasze wspólne wyprawy do lasu – termos z herbatą, śmiech, Piotr podający mi podgrzybka jak trofeum. Jak można tak łatwo zetrzeć tyle lat w jednej chwili? W końcu przekręciłam kluczyk. Silnik zawarczał cicho, jakby wiedział, że nie pasuje hałasować w tym momencie. Ruszyłam powoli, ostrożnie, jakby świat stał się nagle zbyt kruchy.

W drodze do domu powtarzałam sobie jedno zdanie: „Muszę coś z tym zrobić. Muszę wiedzieć, co dalej.” Ale prawda była taka, że nie miałam pojęcia. Nie wiedziałam, czy go wyrzucę z domu, czy sama się spakuję. Czy będę krzyczeć, czy milczeć. Czy powiem mamie, czy udam przed wszystkimi, że wszystko gra. Nie miałam jeszcze siły planować zemsty ani odnowy.

Wiedziałam jedno – skończył się pewien rozdział. Wyszłam z lasu inna niż do niego weszłam. Przez cały ten czas myślałam, że jestem w małżeństwie, które może nie jest idealne, ale stabilne. Tymczasem Piotr i Magda pokazali mi, że żyłam w bańce, w czymś, co istniało tylko na papierze. Zaparkowałam przed blokiem i nie wysiadałam. Zamiast tego, siedziałam i patrzyłam na kierownicę. Oddychałam powoli, jakby miało mi to pomóc zebrać myśli. Może to był koniec. A może dopiero początek czegoś, czego jeszcze nie rozumiem. Może dopiero teraz zaczynam naprawdę żyć – bez iluzji, bez gry, bez czekania, aż ktoś się zmieni. Tylko dlaczego tak bardzo to boli?

Krystyna, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama

Reklama
Reklama
Reklama