„Gdy kupowałem prezent na mikołajki, żona robiła mi zdjęcia z ukrycia. Lalka dla córeczki stała się dowodem zdrady”
„Od lat żyłem w dwóch domach, z dwiema kobietami i dwoma córkami, wierząc, że wszystko mam pod kontrolą. W Mikołajki wystarczył jeden prezent, jedno przypadkowe spotkanie w sklepie, by cały mój świat runął. Ola zrobiła zdjęcie, połączyła fakty, a moje kłamstwa w końcu mnie dogoniły. Tego dnia straciłem wszystko”.

- Redakcja
Ola – moja żona. Maja – nasza córka, dwunastolatka. Dom pod Warszawą. Karina – kochanka. Zosia – czteroletnia dziewczynka z nieślubnego związku z kucykami i oczami w kolorze moich. Mieszkanie w kamienicy. W pracy mam „elastyczny grafik”. Ola uważa, że mam sporo wyjazdów. Karina sądzi, że nie mogę się rozwieść „dla dobra dziecka”. Obie kupują te historie. Ja też długo wierzyłem, że robię to wszystko dla nich. Że nikt nie cierpi. Że wszystko działa.
Zbliżały się Mikołajki. Maja chciała konsolę. Zosia – mówiącą lalkę, co sika po podaniu butelki. Zamówione. Plan ustalony. Karina dostaje to w przeddzień mikołajek, Ola w mikołajki. Wszystko pod kontrolą. Tak mi się wydawało. Bo Mikołajki to święto dzieci. A dzieci czasem mówią więcej, niż powinny. A matki – więcej widzą, niż udają.
Podwójna gra
– Ty znowu wychodzisz? – Karina stała w drzwiach kuchni, z rękami zaplecionymi na piersiach. – Miały być dwa dni. Całe. A ty znowu musisz „coś załatwić”?
– Karina, przecież mówiłem ci... – westchnąłem, opierając się o framugę – mam spotkanie z klientem. Rano wracam. Obiecałem Zosi Mikołajki i dotrzymam słowa.
– A co z dzisiejszym wieczorem? Zosia rysowała ci laurkę. „Dla tatusia, który wreszcie zostanie z nami na kolację”. – Jej głos był napięty jak struna. – Nie widzisz, że ona cię potrzebuje? Że ja cię potrzebuję?
Zacisnąłem zęby. Nie pierwszy raz przerabialiśmy tę scenę.
– Zostanę z wami przez całe święta. Obiecuję – powiedziałem łagodnie, podchodząc do niej i kładąc dłonie na jej biodrach.
– Nie chcę obietnic, Tymon. Chcę cię tu. Codziennie. Dla Zosi. Dla mnie – szepnęła i odwróciła głowę, jakby bała się, że powie za dużo.
Zosia wbiegła do kuchni z różową lalką w ręce.
– Tatusiu, a wiesz, że moja lala dziś powiedziała, że tęskni? I że święta są fajne, jak jest tata w domu!
Zabolało. Bardziej, niż powinno. Pogłaskałem ją po głowie i przytuliłem mocno. Wiedziałem, że jutro spędzę Mikołajki u Oli i Mai. A lalkę Zosi kupię dziś wieczorem. W tajemnicy.
Spotkałem je w sklepie z zabawkami
W sklepie z zabawkami pachniało kartonem i czekoladą. Przez chwilę stałem przy wejściu, przytłoczony kolorowym chaosem. Czułem, jak serce mi wali – nie z emocji, tylko z pośpiechu. Zosia chciała konkretną lalkę. „Z tej reklamy, co sika i się śmieje”. Sprzedawczyni pokazała mi półkę – została jedna sztuka. Idealnie.
– Biorę – powiedziałem szybko, rzucając okiem na zegarek. Miałem jeszcze godzinę do spotkania z Olą i Mają.
Szarpnąłem za portfel, już odchodziłem od kasy, gdy kątem oka zauważyłem znajomą sylwetkę przy stoisku z elektroniką. Niskie botki, szary płaszcz, torebka przewieszona przez ramię. Maja kręciła się wokół niej z dziecięcym zapałem.
Zamarłem. Ola. Z Mają. Z koszykiem w ręku. Zacisnąłem palce na lalce i zrobiłem półobrót. Ruszyłem w stronę wyjścia, udając, że czegoś szukam. Potknąłem się o stojak z puzzlami, lalkę niemal upuściłem. Ola się odwróciła.
– Tymon? – powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Nie zatrzymałem się. Szedłem szybkim krokiem, byle do drzwi. Słyszałem, jak Maja pyta:
– Mamo, to był tata?
A Ola, coraz głośniej:
– Tymon?!
Minąłem ochroniarza i prawie wbiegłem na chodnik. Lalka została pod pachą. Dłoń mi drżała. Adrenalina uderzyła falą, jakbym właśnie uciekł z miejsca zbrodni. Mikołajki dopiero się zaczynały. A ja już czułem, że ma kłopoty.
Miała dowody
Ola szła szybkim krokiem za mną, ale utrzymałem przewagę. Skręciłem za róg, wlazłem w pierwszy lepszy pasaż, potem w aptekę, udając zainteresowanego witaminą C. Dopiero po kilku minutach, kiedy poczułem, że naprawdę jej zgubiłem, wyszedłem z tyłu. Lalka była w reklamówce, serce nadal dudniło.
Pojechałem do mieszkania Oli. Maję odebrała matka z autobusu, ja miałem „dojechać prosto z pracy”. Ułożyłem twarz, przećwiczyłem uśmiech. Kiedy Ola otworzyła drzwi, zobaczyłem w jej oczach coś nowego.
– Gdzie byłeś dzisiaj około osiemnastej? – zapytała, jakby od niechcenia, w kuchni, podczas gdy Maja rozpakowywała prezent.
– W pracy. Mieliśmy długie spotkanie, potem jeszcze telefon z klientem – odpowiedziałem spokojnie, siadając przy stole.
Ola bez słowa wyjęła z torebki telefon. Przewinęła zdjęcie i podała mi ekran.
Zdjęcie było rozmazane, ale nie na tyle. Mój profil. Ręka z torbą. Lalka wystająca z reklamówki. Ekspedientka w tle. Dokładnie ta sama, co wcześniej życzyła mi miłego dnia.
– Maja zobaczyła cię pierwsza. Ale to ja cię rozpoznałam po sposobie, w jaki się poruszasz. Nie masz pojęcia, jak dobrze cię znam – powiedziała cicho.
– To nie to, co myślisz... – zacząłem, ale głos mi zgasł.
– A co myślę, Tymon? Że kupowałeś prezent dla cudzego dziecka? Że masz kogoś, kto ma córkę?
Nie odpowiedziałem. Nie musiałem.
Było po wszystkim
Siedzieliśmy naprzeciw siebie. Maja była u siebie w pokoju, słuchając czegoś na słuchawkach. W kuchni panowała cisza cięższa niż krzyk. Ola nie płakała. Już nie. Patrzyła na mnie jak na kogoś obcego, niebezpiecznego, kto wślizgnął się do jej życia pod pozorem miłości.
– Opowiedz mi wszystko – powiedziała w końcu. – Nie fragment. Nie jakąś bajkę. Wszystko.
Przełknąłem ślinę. Gardło miałem suche jak kreda. Jednak już dłużej nie mogłem ukrywać.
– Karina. Młodsza ode mnie o osiem lat. Poznaliśmy się przypadkiem. Nie planowałem tego, naprawdę. Na początku to był impuls. Kilka spotkań, potem zaczęło się robić... normalne. Miała problemy, była sama. Pomagałem jej. A potem... była ciąża. Zosia. Wtedy już nie dało się wycofać.
Ola odchyliła się na krześle. Milczała. Dopiero po chwili zapytała:
– Jak długo?
– Z Kariną... cztery lata. Od początku wiedziałem, że to wszystko bez sensu. Ale Zosia to moja córka.
– A ja? – Jej głos zadrżał. – My?
– Ola, ja was kocham. Obie. Ale nie umiałem... – urwałem. W tej chwili wszystko brzmiało jak tanie tłumaczenia.
– Czy ją kochasz?
Nie umiałem odpowiedzieć.
– Czy planujesz nas zostawić?
– Nie wiem... – wyszeptałem.
– W takim razie ja ci powiem, co ja planuję – powiedziała twardo. – Rozwód. Nie będę żyła w teatrze twojego autorstwa. Maja się dowie. I nie chcę cię już więcej widzieć w tym domu.
Próbowałem coś powiedzieć, ale podniosła rękę. Ten gest zamknął wszystko. Było po wszystkim.
Nie potrafiłem jej nic obiecać
Kiedy Karina otworzyła drzwi, zobaczyła mnie z walizką w ręku. W oczach miała strach zmieszany z nadzieją.
– Ola wie – powiedziałem, nie czekając na jej pytanie. – Pokazała mi zdjęcie. Rozpoznała mnie w sklepie. Wszystko się posypało.
Przez chwilę patrzyła na mnie, jakby próbowała zrozumieć, co to oznacza. Potem powoli cofnęła się w głąb mieszkania. Zosia wbiegła do przedpokoju i rzuciła mi się na szyję.
– Tatusiu! A mówiłam, że dzisiaj będziesz!
Pocałowałem ją w czółko, ale czułem się jak oszust. Karina zaprosiła mnie do kuchni.
– To co teraz? – zapytała bez ogródek. – Wprowadzasz się? Czy znikasz?
– Nie wiem – powiedziałem. – Ola chce rozwodu. Maja... jeszcze nie wie. Ale nie wiem, gdzie teraz jestem.
– Tymon, ja nie chcę być tą drugą. Już nie. Albo jesteś tu, z nami, albo znikasz na dobre. Nie będę żyć z ochłapów twojego czasu. Nie będę czekać.
Milczałem. Nie potrafiłem jej nic obiecać. Nie umiałem.
– To tyle – powiedziała cicho. – Zosia może cię widywać. Ale ja... już nie chcę tak żyć.
Wyszedłem bez słowa. Tym razem nie miałem dokąd iść.
Nie dzwonił nikt. Nie pisał nikt
Miesiąc później siedziałem sam w wynajętej kawalerce na Grochowie. Jedno okno, łóżko z sieciówki i czajnik, który trzeba było odłączać z kontaktu, bo iskrzył. Nie dzwonił nikt. Nie pisał nikt. Czasem dźwięk z klatki schodowej kazał mi podnieść głowę, ale to nigdy nie był ten krok. Żadna z nich.
Ola mnie zablokowała. Rozwód miał ruszyć po świętach. Maja nie odebrała ani razu. Wiem, że wie. Może nie wszystko, ale wystarczająco dużo, by odsunąć się ode mnie jak od zarazy. A ja jej się nie dziwię.
Zosię widuję w niedziele. Karina zgodziła się, ale jest chłodna. Formalna. Zosia się cieszy, jeszcze nie rozumie wszystkiego. Rysuje mi laurki, tuli się, opowiada, co powiedziała jej lala. Kiedy ją odprowadzam, Karina nawet nie patrzy mi w oczy.
Zbudowałem świat z kłamstw, punkt po punkcie. Myślałem, że jestem dobrym architektem. Tylko że ten świat nie był domem. Był klatką. Dla nich, dla mnie – dla wszystkich.
Czasem wracam myślami do tych sekund ciszy w samochodzie. Tam, gdzie byłem pomiędzy. Ani mężem, ani kochankiem. Ani ojcem jednej, ani drugiej. Tylko sobą. I może właśnie tam była prawda. Że nigdy nie byłem nikim na sto procent. Tylko połową. Wiecznie w rozkroku.
Nie wiem, czy jeszcze coś odzyskam. Może nie. Może to, co miałem, było wszystkim. I wszystko już straciłem. Przez jedną lalkę. Jedną scenę. Jedno zdjęcie. Przez Mikołajki.
Tymon, 40 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teść oskarżył mnie, że ukradłam 1000 zł z koperty. Domyślałam się, że coś knuje, ale nie, że będzie tak okrutny”
- „Matka przyszła na ślub, a ja ją wyrzuciłam na ulicę. Dopiero potem otworzyłam kopertę, którą mi dała i zapłakałam”
- „Miałam już serdecznie dość rygoru mojego męża. Był dyrektorem nie tylko w pracy, ale i w domu dla naszej rodziny”