Reklama

Poranek niczym nie różnił się od innych. Kawa smakowała mdło, skrzynka mailowa pękała od pilnych tematów, a ja czułam się jak ktoś, kto od dawna stoi w miejscu. Walentynki wisiały w powietrzu, choć nikt głośno o nich nie mówił. Gdy do biura wszedł kurier z ogromnym bukietem czerwonych róż i wypowiedział moje imię, poczułam, jak wszystkie spojrzenia wbijają się we mnie jednocześnie. Serce zabiło mi szybciej, a w głowie pojawiło się tylko jedno pytanie: kto i dlaczego zrobił to właśnie tutaj?

Bukiet róż jak poczucie winy

– To chyba jakieś nieporozumienie – wymamrotałam, kiedy Kamila pchnęła mnie lekko łokciem.

– Natalia, on jest większy od ciebie. Nie udawaj, że nie jesteś ciekawa – szepnęła z błyskiem w oku.

Bukiet stał na moim biurku jak wyrzut sumienia. Intensywna czerwień płatków kłuła mnie w oczy, a zapach był zbyt mocny, zbyt obecny. Ktoś z działu sprzedaży udawał, że drukarka się zepsuła, tylko po to, żeby zerknąć w moją stronę. Inni milczeli, ale to milczenie było głośniejsze niż żarty.

Sięgnęłam po kartkę. Papier był gruby, staranny, nie w stylu Piotra. On pisał krótko, oszczędnie, jakby każde słowo ważyło za dużo. Tutaj zdania płynęły: „Podziwiam twoją siłę. To, jak potrafisz być spokojna, nawet gdy inni gubią kierunek. Twoją uważność i coś jeszcze, czego nie umiem nazwać”. Przełknęłam ślinę. Serce zaczęło mi bić nierówno.

– I co? – Kamila nachyliła się tak blisko, że czułam jej oddech.

– To… dziwne – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Nie wiem, od kogo to jest.

Czytałam dalej, a każde kolejne zdanie zamiast uspokajać, tylko pogłębiało niepokój. Była tu uważna obserwacja, jakby ktoś naprawdę mnie widział. Za dobrze.

– Piotr? – zapytała Kamila ostrożniej.

Pokręciłam głową.

On nigdy by nie napisał czegoś takiego. I na pewno nie wysłałby kwiatów do pracy.

Nagle zrobiło mi się gorąco. Przypomniałam sobie rozmowy przy ekspresie do kawy, pytania zadawane zbyt cicho, spojrzenia, które kiedyś uznałam za przypadkowe. Pomyślałam o tym jednym zdaniu z kartki: „Lubię patrzeć, jak pracujesz”. Parsknęłam nerwowym śmiechem.

– Wyobrażasz sobie? – rzuciłam, bardziej do siebie niż do Kamili. – Jakby to był ktoś z…

Nie dokończyłam. W głowie kołatała myśl, której bardzo nie chciałam dopuścić do głosu.

Usłyszałam słowa z kartki

Zebranie zaczęło się punktualnie, jak zawsze. Sala była duszna. Usiadłam bliżej końca stołu, z notesem na kolanach, próbując skupić się na czymkolwiek innym niż poranny bukiet. Róże zostały na biurku, ale miałam wrażenie, że ich zapach wciąż za mną podąża. Robert wszedł jako ostatni. Zwykle energiczny, tego dnia był wyraźnie spięty. Przesunął wzrokiem po zespole i na ułamek sekundy zatrzymał go na mnie. Za długo. Zbyt świadomie.

– Przejdźmy do wyników za ostatni kwartał – powiedział, ale jego głos brzmiał inaczej. Ciszej. Ostrożniej.

Próbowałam notować, lecz litery rozjeżdżały mi się pod długopisem. Czułam na sobie jego uwagę, nawet gdy patrzył w ekran. Kiedy zadałam pytanie o kampanię, uniósł głowę natychmiast.

– Dobre spostrzeżenie, Natalio – odparł. – Właśnie za to cię cenię. Za uważność.

To słowo uderzyło we mnie jak coś znajomego. Dokładnie to samo było na kartce. Zalała mnie fala wspomnień, których wcześniej nie łączyłam w całość. Krótkie rozmowy po godzinach, kiedy wszyscy już wyszli. Jego komentarze, zawsze wyważone, ale osobiste. Pytania o to, czy nie jestem zmęczona, czy daję sobie radę. Wtedy wydawało mi się to po prostu… miłe. Teraz czułam, jak żołądek zaciska mi się w supeł.

Po spotkaniu Kamila dogoniła mnie na korytarzu.

– Widziałam, jak na ciebie patrzył – rzuciła bez wstępu.

– Przesadzasz – odpowiedziałam zbyt szybko.

– Natalia… – zawahała się. – To ktoś z góry. Czuję to.

Zatrzymałam się przy oknie. Na parkingu ludzie śmiali się, jakby to był zupełnie zwyczajny dzień.

On ma żonę – powiedziałam cicho, bardziej jak zaklęcie niż fakt. – I jest moim szefem.

Kamila nie zaprzeczyła. A jej milczenie było gorsze niż jakiekolwiek słowa. Po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że to, co brałam za zwykłą życzliwość, mogło znaczyć coś więcej. I że być może wcale nie byłam tak niewidzialna, jak sobie wmawiałam.

Dowiedziałam się prawdy szybciej niż myślałam

Mail przyszedł krótko po czternastej. Temat był neutralny, służbowy, dokładnie taki, jakich dostawałam od Roberta dziesiątki razy wcześniej. „Prośba o krótką rozmowę. Gabinet. Gdy znajdziesz chwilę”. Patrzyłam na ekran dłużej, niż było to potrzebne. Palce zawisły nad klawiaturą, choć przecież nie musiałam nic odpisywać. Wiedziałam, że i tak pójdę.

Korytarz prowadzący do jego gabinetu wydawał się dłuższy niż zwykle. Słyszałam własne kroki. Zapukałam raz, cicho.

– Proszę – odpowiedział niemal natychmiast.

Gabinet był uporządkowany, chłodny. Robert wstał zza biurka, ale nie podał mi ręki. To też było inne.

– Usiądź, Natalio – powiedział, wskazując krzesło naprzeciwko.

Przez chwilę mówiliśmy o pracy. O projekcie, o terminach. Słowa płynęły, ale nie miały znaczenia. W końcu zapadła cisza.

– Chciałem się upewnić… – zaczął i urwał. Odetchnął głęboko. – Czy bukiet dotarł.

Nie odpowiedziałam od razu. Skinęłam tylko głową.

– Nie chciałem cię stawiać w niezręcznej sytuacji – dodał szybko. – Ale uznałem, że szczerość jest lepsza niż dalsze udawanie.

Spojrzał mi prosto w oczy. Nie było już wątpliwości, żadnych niedopowiedzeń, domysłów.

– Od dawna jesteś dla mnie kimś ważnym. Twoja obecność… ma dla mnie znaczenie.

Czułam, jak wzbiera we mnie mieszanka emocji, których nie potrafiłam nazwać. Złość, bo przekroczył granicę. Duma, bo ktoś taki mnie dostrzegł. Lęk, bo wiedziałam, jak wiele może mnie to kosztować.

To nie powinno się wydarzyć – powiedziałam w końcu, zaskakująco spokojnie.

– Wiem – odpowiedział bez wahania. – Ale uczucie nie znika tylko dlatego, że nie wypowiadamy tego na głos.

Wyszłam z gabinetu z poczuciem, że właśnie coś się we mnie przesunęło. Potwierdzenie, którego nie chciałam, stało się faktem. I nagle zrozumiałam, że od tej chwili każdy mój ruch będzie miał znaczenie.

Piotr nie dawał mi tego, czego potrzebowałam

W domu było cicho. Piotr siedział przy stole, przeglądał coś na telefonie, nawet nie podniósł głowy, gdy weszłam. Zatrzymałam się w progu, jakby dzieliła nas niewidzialna linia, której wcześniej nie było.

– Jesteś późno – rzucił bez emocji.

– Spotkania się przeciągnęły – odpowiedziałam automatycznie.

Zdjęłam płaszcz, odwiesiłam go starannie, zbyt starannie. Każdy mój ruch był kontrolowany, jakbym bała się, że jedno potknięcie zdradzi wszystko. Usiadłam naprzeciwko niego. Z bliska widziałam znajome rysy, tę twarz, którą kiedyś znałam na pamięć. Teraz patrzyłam na nią jak na zdjęcie sprzed lat.

– Wszystko w porządku? – zapytał po chwili, wciąż nie odrywając wzroku od ekranu.

– Tak – skłamałam zbyt szybko.

Poczułam ukłucie winy. Nie zrobiłam nic złego, a jednak miałam wrażenie, że już zdradziłam coś ważnego. Nie jego. Siebie sprzed kilku lat. Tę wersję mnie, która wierzyła, że stabilność wystarczy. Wieczór ciągnął się w ciszy przerywanej banalnymi zdaniami. O zakupach, o pogodzie, o planach na weekend, które brzmiały jak obowiązek. Myślami byłam gdzie indziej. W gabinecie z chłodnym światłem. W spojrzeniu, które nie było obojętne.

Leżąc obok Piotra, wsłuchiwałam się w jego równy oddech. Czułam dystans, który narastał od miesięcy, a teraz nagle stał się nie do zniesienia. Zrozumiałam, jak bardzo potrzebowałam, żeby ktoś mnie zobaczył. I jak niebezpieczne było to pragnienie. Jedna decyzja mogła rozsypać wszystko: pracę, związek, obraz samej siebie. A brak decyzji też był wyborem. Najgorszym z możliwych. Patrzyłam w sufit, czując się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej. Byłam rozdarta między dwoma światami, z których żaden nie dawał poczucia bezpieczeństwa.

Zrobiłam to, co powinnam

Wiadomość przyszła następnego dnia rano. Krótka, spokojna w tonie, a jednak niepozostawiająca złudzeń. Robert pisał wprost o uczuciach i o tym, że to, co między nami, już się zaczęło, niezależnie od tego, czy chcę to nazwać. Czytałam te zdania kilka razy, aż przestałam rozumieć ich sens. Uświadomiłam sobie wtedy coś, co było bardziej przerażające niż sama treść: moja cisza naprawdę mogła być odebrana jako przyzwolenie.

Usiadłam przy biurku, zanim w biurze pojawili się inni. Odpisałam. Krótko. Bez emocjonalnych słów, bez miejsca na niedopowiedzenia. Napisałam, że stawia mnie to w sytuacji, w której nie chcę się znaleźć. Że przekroczył granicę. Że oczekuję, by wrócili do relacji czysto zawodowej. Palce drżały mi nad klawiaturą, ale nie skasowałam ani jednego zdania.

Kiedy wysłałam wiadomość, poczułam ulgę, która szybko ustąpiła miejsca pustce. Wiedziałam, że coś się skończyło, choć tak naprawdę nigdy się nie zaczęło. W pracy atmosfera stała się chłodniejsza, bardziej oficjalna. Robert był zdystansowany, poprawny. Ja również. Nikt nie zadawał pytań, ale ja sama w sobie nosiłam ich setki.

Wieczorem usiadłam naprzeciwko Piotra i po raz pierwszy od dawna powiedziałam mu, że nie wiem już, kim jesteśmy. Nie próbował mnie zatrzymać. Patrzył na mnie długo, jakby widział mnie wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej. To spojrzenie bolało bardziej niż wyrzuty. Straciłam złudzenia. O sobie, o relacjach, o tym, że bycie zauważoną zawsze jest darem. Czasem to ciężar, który trzeba unieść samemu. Nie wiem, czy podjęłam najlepszą decyzję. Wiem tylko, że od tamtej chwili nic nie było już takie samo. I może właśnie tego najbardziej się bałam.

Natalia, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama