„Gdy mama nagle zmarła, ojciec pogrążył się w żalu. Każdy inaczej radzi sobie ze stratą, ale nie każdy robi z domu dżunglę”
„Kiedy odeszła nagle, zostawiając po sobie pustkę, która zdawała się wysysać powietrze z każdego pokoju, ojciec początkowo po prostu siedział w fotelu i patrzył w ścianę. Bałam się o niego. Przyjeżdżałam codziennie po pracy, gotowałam obiady, których nie jadł, i próbowałam prowadzić rozmowy”.

- Redakcja
Myślałam, że żałoba ma swoje etapy, o których uczą na psychologii: zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresja i w końcu akceptacja. Mój ojciec wymyślił jednak własną kategorię, której nie ma w żadnym podręczniku. Postanowił zamienić nasz rodzinny dom w dżunglę, w której on był strażnikiem, a ja stałam się niechcianym gościem depczącym po świętej ziemi.
Dom przestał być domem
Wszystko zaczęło się zaledwie dwa tygodnie po pogrzebie. Mama zawsze lubiła kwiaty, ale jej podejście było pragmatyczne. Na parapecie w kuchni stały zioła, w salonie dwa fikusy, a na balkonie pelargonie, które co roku wymieniała na nowe. Była w tym harmonia i porządek, tak jak we wszystkim, czego dotykała. Kiedy odeszła nagle, zostawiając po sobie pustkę, która zdawała się wysysać powietrze z każdego pokoju, ojciec początkowo po prostu siedział w fotelu i patrzył w ścianę. Bałam się o niego. Przyjeżdżałam codziennie po pracy, gotowałam obiady, których nie jadł, i próbowałam prowadzić rozmowy, które kończyły się moim monologiem. Aż pewnego dnia weszłam do salonu i potknęłam się o worek z ziemią.
– Co to jest? – zapytałam, patrząc na rząd małych doniczek ustawionych na stole, przy którym zwykliśmy jadać niedzielne obiady.
– Sadzonki – mruknął, nie odrywając wzroku od lupy, przez którą oglądał maleńki listek. – Twoja matka zawsze chciała mieć ogród zimowy. Nigdy jej tego nie dałem.
Wtedy uznałam to za zdrowy objaw. Znalazł hobby, coś, co zajmie mu ręce i myśli. Nie miałam pojęcia, że to będzie coś, co wkrótce pochłonie całe jego życie. W ciągu trzech miesięcy salon przestał przypominać pomieszczenie mieszkalne. Telewizor zniknął za kaskadą bluszczu, sofa została przesunięta pod ścianę, by zrobić miejsce dla wielkich donic z palmami, a dywan zwinął, bo wilgoć niszczyła parkiet. W powietrzu unosił się ciężki, duszny zapach mokrej ziemi i nawozu. Kiedy wchodziłam do domu, czułam się, jakbym wkraczała do innej strefy klimatycznej. Ojciec zainstalował specjalne lampy doświetlające, które świeciły fioletowym, nienaturalnym blaskiem, i nawilżacze powietrza, które buczały miarowo przez całą dobę.
Nikt tego nie rozumiał
Mój narzeczony, Tomek, początkowo podchodził do tego z humorem. Nazywał tatę „miejskim ogrodnikiem” i żartował, że niedługo będziemy potrzebować maczety, żeby dostać się do kuchni. Ale jego cierpliwość zaczęła się kończyć, gdy pewnego wieczoru zaprosiliśmy tatę na kolację do nas, żeby choć na chwilę wyrwać go z tego zielonego więzienia. Przyszedł, ale myślami był nieobecny. Cały czas spoglądał na zegarek i nerwowo stukał palcami o blat stołu.
– Tato, wszystko w porządku? – zapytałam, podając mu herbatę.
– Zostawiłem uchylone lufciki – powiedział nagle, wstając gwałtownie. – Zapowiadali przymrozki przy gruncie. Jeśli temperatura spadnie poniżej osiemnastu stopni, kalatea tego nie przeżyje.
– Tato, to tylko kwiatek – westchnął Tomek, co było błędem.
Ojciec spojrzał na niego wzrokiem, którego nigdy wcześniej u niego nie widziałam. To nie była złość. To była czysta, zimna pogarda.
– To żywy organizm – wycedził przez zęby. – Oddycha, czuje i potrzebuje opieki. W przeciwieństwie do ludzi, rośliny nigdy cię nie zawiodą, jeśli dasz im to, czego potrzebują. Wychodzę.
Zostałam sama z Tomkiem i stygnącą kolacją.
– To poważna sprawa, Natalia – powiedział Tomek, krojąc pieczeń. – On rozmawia z tymi paprotkami, słyszałem go, kiedy byłem u was ostatnio wymienić żarówkę.
– On po prostu tęskni – broniłam go, choć sama czułam, że granica została przekroczona. – Mama kochała rośliny.
– Mama kochała trzy doniczki na krzyż, a nie dżunglę amazońską w bloku z wielkiej płyty! – unósł głos. – On wydaje na to fortunę. Widziałaś rachunki za prąd? Te lampy ciągną tyle, co mała fabryka.
Miał rację. Wiedziałam o tym, ale bałam się konfrontacji. Bałam się, że jeśli odbiorę mu to, co teraz robił, on rozsypie się w drobny mak. Że te rośliny są jedynymi szwami, które trzymają jego serce w całości.
W jego oczach pojawiły się łzy
Sytuacja stała się krytyczna jesienią. Ojciec przestał odbierać moje telefony. Kiedy przyjeżdżałam, często nie otwierał drzwi, mimo że widziałam światło w oknach. Pewnego dnia, korzystając z własnego klucza, weszłam do środka, gdy on poszedł do sklepu ogrodniczego. Dom wyglądał gorzej niż kiedykolwiek. Ścieżki między roślinami były tak wąskie, że musiałam iść bokiem. W kuchni, która kiedyś lśniła czystością, na stole piętrzyły się worki z perlitem, keramzytem i jakimiś specjalistycznymi odżywkami. W zlewie rosła pleśń na brudnych naczyniach.
Zaczęłam sprzątać, czując narastającą wściekłość i bezsilność. Przesuwając wielką donicę z rozłożystą paprocią, która stała na szafce z dokumentami, zauważyłam stertę kopert. Były upchnięte niedbale, niektóre nawet nieotwarte. Drżącymi rękami zaczęłam je przeglądać. Wezwania do zapłaty za prąd. Upomnienia z banku o niespłaconą ratę kredytu. Zaległości w czynszu. Sumy były przerażające. Okazało się, że ojciec wziął pożyczkę na budowę profesjonalnego systemu nawadniania i sprowadzenie jakichś rzadkich okazów z Holandii.
– Co ty robisz? – usłyszałam za plecami jego głos. Był chrapliwy, niepodobny do głosu mężczyzny, który kiedyś czytał mi bajki na dobranoc.
Odwróciłam się. Stał w drzwiach, trzymając w objęciach jakąś sadzonkę owiniętą w folię bąbelkową. Miał cienie pod oczami, a jego ubranie było poplamione ziemią.
– Tato, co to jest? – pomachałam mu wezwaniami przed nosem. – Masz kilkanaście tysięcy długu! Przestałeś płacić czynsz? Czy ty w ogóle jesz?
Odsunął mnie delikatnie, jakbym była meblem, i postawił nową roślinę na jedynym wolnym skrawku blatu.
– To Monstera Obliqua – powiedział z nabożeństwem. – Wiesz, jak trudno ją zdobyć? Jest niezwykle delikatna. Muszę jej przygotować odpowiednie podłoże.
– Tato! – krzyknęłam, chwytając go za ramię. – Czy ty mnie słyszysz? Komornik wejdzie ci na pensję! Zabiorą ci mieszkanie! Gdzie wtedy podziejesz te swoje krzaki? Na bruku?
Wyrwał mi się gwałtownie.
– Nie nazywaj ich krzakami! – wrzasnął. To był pierwszy raz, kiedy podniósł na mnie głos od śmierci mamy. – One żyją! One potrzebują mnie, a ja potrzebuję ich. Wyjdź stąd. Jeśli przyszłaś tylko po to, żeby liczyć pieniądze, to wyjdź.
– Nie wyjdę, dopóki nie porozmawiamy poważnie. To musi się skończyć.
– Nie rozumiesz… – jego głos załamał się, a w oczach pojawiły się łzy. – One rosną. Każdego dnia widzę nowy liść, nowy pęd. To jedyna rzecz w moim życiu, która nie umiera. Wszystko inne odeszło. Mama odeszła. Ty masz swoje życie. A one… one zostają.
Bałam się, że go stracę
Po tamtej kłótni nie odzywaliśmy się do siebie przez tydzień. Spłaciłam najpilniejsze rachunki z moich oszczędności, nie mówiąc o tym Tomkowi. Wiedziałam, że to tylko plaster na otwartą ranę, ale musiałam kupić nam trochę czasu. Wtedy nadeszła ta nawałnica. To był listopad, wietrzny i zimny. W środku nocy obudził mnie telefon. Numer stacjonarny rodziców.
– Halo? – odebrałam zaspana.
– Nie ma prądu – głos ojca był bliski paniki. – Awaria w całej dzielnicy. Lampy zgasły. Nawilżacze nie działają. Temperatura spada.
– Tato, spokojnie. Masz koce, ubierz się ciepło. Przyjadę rano.
– Nie rozumiesz! – krzyczał do słuchawki. – Orchidee! Storczyki mamy! One potrzebują stałej temperatury. Jeśli spadnie poniżej piętnastu stopni, zrzucą pąki. Nie mogę na to pozwolić!
Rozłączył się. Próbowałam oddzwonić, ale nikt nie odbierał. Obudziłam Tomka.
– Musimy tam jechać – powiedziałam, wciągając dżinsy. – On zrobi coś głupiego.
Jechaliśmy przez miasto w strugach deszczu. Kiedy dotarliśmy na miejsce, w bloku panowały ciemności. Wbiegłam po schodach na trzecie piętro, winda nie działała. Drzwi były otwarte. Weszłam do środka, świecąc latarką z telefonu. To, co zobaczyłam, zmroziło mi krew. Ojciec poznosił wszystkie najdelikatniejsze rośliny do małej łazienki, jedynego pomieszczenia, które jeszcze trzymało ciepło. Siedział na podłodze z kołdrą. Okrywał nią doniczki. Sam był w cienkim swetrze, trząsł się z zimna, a zęby szczękały mu głośno. Wokół niego stały dziesiątki świeczek – jedyne źródło ciepła, jakie udało mu się zorganizować.
– Tato, wstawaj! – rzuciłam się do niego. – Zamarzniesz!
– Nie mogę… – mamrotał, osłaniając własnym ciałem doniczkę ze storczykiem. – To ten, którego dostała na trzydziestą rocznicę. Pamiętasz? Powiedziała, że to najpiękniejszy prezent. On musi przeżyć. Musi.
Dotknęłam jego czoła. Był rozpalony.
– Tomek, pomóż mi! – krzyknęłam.
Razem siłą wyciągnęliśmy go z łazienki. Próbował wracać do swoich roślin, bełkotał coś o wilgotności i przeciągach. W końcu opadł z sił na kanapie, którą cudem odsłoniliśmy z bluszczu.
– Zabieramy go do nas – zadecydował Tomek. – Tutaj jest jak w lodówce.
– Nie zostawię ich! – ojciec chwycił mnie za rękę z zaskakującą siłą. – Jeśli one umrą, to tak, jakby ona umarła drugi raz. Nie rozumiecie tego? Ja nie dbam o rośliny, ja dbam o pamięć!
I wtedy to do mnie dotarło. Patrząc na tego zniszczonego człowieka, otoczonego przez dżunglę, którą sam stworzył, zrozumiałam. To nie było hobby. To była rozpaczliwa walka o zatrzymanie czasu. Każdy nowy liść był dowodem na to, że życie toczy się dalej, ale każda uschnięta gałązka była dla niego przypomnieniem śmierci mamy. On nie hodował kwiatów. On hodował nadzieję.
– Dobrze, tato – powiedziałam spokojnie, kucając przy nim. – Zrobimy tak: zabieramy te najważniejsze do nas. Mamy ciepło. Storczyk pojedzie z nami. Reszta… reszta musi sobie poradzić. Są silniejsze niż myślisz. Tak jak ty.
On po prostu bardzo ją kochał
Przewiezienie ojca i kilkunastu doniczek do naszego mieszkania o trzeciej nad ranem było logistycznym koszmarem, ale udało się. Ojciec zasnął dopiero wtedy, gdy ustawił storczyk mamy na szafce przy swoim łóżku w pokoju gościnnym. Przez następne dni dochodził do siebie. Miał potężne przeziębienie, ale fizyczna choroba paradoksalnie pomogła mu się zatrzymać. Nie mógł biegać wokół roślin, nie mógł przesadzać, nawozić, przycinać. Musiał leżeć. Siedziałam przy nim trzeciego dnia, podając mu rosół.
– Zniszczyłem wszystko, prawda? – zapytał cicho, patrząc w sufit. – Pieniądze, mieszkanie, nasze relacje.
– Wszystko da się naprawić, tato. Pieniądze jeszcze na szczęście mamy. Mieszkanie można posprzątać. A my… my tu jesteśmy.
Milczał przez chwilę.
– Wiesz, dlaczego tak bardzo bałem się o ten storczyk? – zapytał.
Pokręciłam głową.
– W dniu, w którym mama trafiła do szpitala, ten storczyk zaczął gubić kwiaty. Myślałem, że to znak. Że jeśli uda mi się go uratować, to ona też wróci. Ona nie wróciła. Ale on, po kilku miesiącach, wypuścił nowy pęd. Uwierzyłem, że jakaś cząstka niej w nim została. Że dopóki on kwitnie, ona wciąż jest w tym domu. Wiem, jak to brzmi.
– Brzmi jakbyś bardzo kochał – ścisnęłam jego dłoń. – Ale mama nie chciałaby, żebyś zamienił swoje życie w wegetację. Ona kochała słońce, ludzi, śmiech. A ty zamknąłeś się w ciemnym, dusznym lesie.
– Nie wiem, co mam teraz zrobić – westchnął ciężko. – Nie potrafię wyrzucić tych roślin. Fizycznie nie jestem w stanie tego zrobić.
– Nie musisz wyrzucać, ale musisz odzyskać kontrolę nad własnym życiem.
Pierwszy uśmiech od miesięcy
Plan, który wymyśliłam, był ryzykowny, ale Tomek mnie poparł. Kiedy ojciec wyzdrowiał, pojechaliśmy do jego mieszkania. Zabrałam ze sobą trzy koleżanki z pracy, które uwielbiały rośliny.
– Co wy robicie? – ojciec stanął w progu, widząc otwarte okna i worki na śmieci.
– Robimy selekcję, tato – powiedziałam stanowczo. – Zostawiamy te, które mają dla ciebie znaczenie sentymentalne. Te, które pamiętają mamę. I kilka tych rzadkich okazów, z których jesteś dumny. Reszta musi znaleźć nowy dom.
Zanim zdążył zaprotestować, moja koleżanka, Ania, podeszła do wielkiej monstery.
– Panie Stanisławie – powiedziała z autentycznym zachwytem. – Nigdy nie widziałam tak pięknego okazu. Marzę o takiej do mojego nowego salonu. Czy mogłabym ją odkupić? Obiecuję, że będę o nią dbać.
Ojciec zamarł. Spojrzał na Anię, potem na monsterę, a potem na mnie. Zobaczył, że nie chcemy zniszczyć jego pracy. Chcemy, żeby poszła w świat.
– Odkupić? – powtórzył.
– Tak. Zapłacę uczciwą cenę. W kwiaciarni taka kosztuje majątek, a ta jest o wiele zdrowsza.
W ten weekend sprzedaliśmy ponad czterdzieści roślin. Ludzie przychodzili z polecenia, zachwyceni kondycją kwiatów. Ojciec, początkowo nieufny, z każdą godziną ożywał. Zamiast chować się w swoim smutku, zaczął doradzać nowym właścicielom. Tłumaczył, jak podlewać, jakie stanowisko wybrać, jaką ziemię kupić. Czuł się potrzebny. Czuł się ekspertem. Pieniądze ze sprzedaży pozwoliły spłacić zaległości za prąd i część raty kredytu. Ale najważniejsze było co innego. Mieszkanie odzyskało światło. Odsłoniliśmy okna. Widać było znowu podłogę. Została może jedna trzecia roślin – wciąż dużo, ale teraz tworzyły piękną, zadbaną oranżerię, a nie dziką dżunglę. Najbardziej wzruszający moment nastąpił, gdy ojciec wręczył małą doniczkę z fiołkiem mojej sąsiadce, starszej pani, która przyszła tylko popatrzeć.
– Proszę wziąć – powiedział. – Żona bardzo lubiła fiołki. Niech pani o niego dba.
– Dziękuję, panie Stasiu. Ale dlaczego za darmo?
– Bo kwiaty są po to, żeby cieszyć oczy, a nie żeby je więzić – odpowiedział i po raz pierwszy od roku zobaczyłam, jak kąciki jego ust unoszą się w delikatnym uśmiechu.
Dziś ojciec nadal ma dużo roślin. Nadal z nimi rozmawia. Ale wczoraj zadzwonił do mnie z pytaniem, czy wpadniemy z Tomkiem na obiad w niedzielę.
– Zrobię roladę, taką jak mama robiła – powiedział. – A potem pokażę wam, jak zakwitła hoja.
– Chętnie, tato – odpowiedziałam, czując ulgę, której nie da się opisać słowami.
Zrozumiałam, że każdy radzi sobie ze stratą inaczej. Mój ojciec musiał najpierw zarosnąć bólem jak dzikim bluszczem, żeby potem móc go przyciąć i uformować z niego coś, co pozwoli mu dalej żyć. Czasem trzeba pozwolić, by wszystko zarosło, żeby na nowo odkryć ścieżkę do słońca.
Natalia, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam do hotelu w Szczyrku z dziećmi i przeżyłam horror. Nie jestem złą matką, ale nienawidzę ferii z rodziną”
- „Wzięłam chwilówkę na ferie, żeby zaznać odrobiny luksusu. Opłaciło się, bo poderwałam bogatego kochasia”
- „Zaczęliśmy remont, bo zięć twierdził, że się zna na budowlance. Cwaniak znał się, ale tylko na wydawaniu cudzej kasy”