Reklama

Kiedyś byliśmy jak papużki nierozłączki. Wszędzie razem, zawsze blisko. Nawet zakupy spożywcze robiliśmy wspólnie, bo przecież „tak raźniej”. Kiedy Krystian dostał propozycję pracy za granicą, nie powiem – było ciężko, ale wierzyłam, że robimy to dla wspólnego dobra. Dla lepszej przyszłości.

Gdy wyjeżdżał, obiecywał złote góry

– To tylko na chwilę, kochanie. Pół roku, maksymalnie rok, zobaczysz – mówił, pakując rzeczy do walizki. – Tam takie stawki dają, że w kilka miesięcy zarobimy tyle, co tu przez dwa lata. Potem wracam, kupimy działkę, postawimy domek. I w końcu będziemy żyć po swojemu.

Pamiętam, jak trzymał mnie wtedy za rękę. Patrzył w oczy. Wzruszyłam się, bo nigdy nie był specjalnie wylewny. A wtedy tak pięknie mówił o wspólnej przyszłości.

Krystian wyjechał do Norwegii. Jakiś znajomy załatwił mu pracę w firmie remontowej. Mieszkanie miał zorganizowane, warunki dobre, pensja też. Zadzwonił pierwszego dnia. Potem drugiego. Potem codziennie.

– Tęsknię. Nie mogę się skupić w robocie, bo tylko o tobie myślę – mówił. I ja też tęskniłam. Siedziałam wieczorami z kubkiem herbaty i czekałam na jego telefon. Miałam wrażenie, że mimo dzielących nas kilometrów, jesteśmy jeszcze bliżej niż kiedyś.

Wysyłał pieniądze, pytał, czy mam na wszystko. Martwił się, że za dużo pracuję. Wydawało się, że wszystko działa. Że chociaż osobno, to razem. Nie przeczuwałam jeszcze wtedy, że ta odległość zacznie go ode mnie odklejać. Po kawałeczku. Po cichu.

Pierwsze nieodebrane telefony

Zaczęło się niewinnie. Jednego wieczoru nie odebrał, drugiego połączenia też. Napisał, że był zmęczony, że zasnął. Zrozumiałam, nie robiłam afery. Pracował fizycznie, po dziesięć godzin dziennie – sama ledwo bym się do łóżka doczołgała, a co dopiero do rozmowy.

– Wszystko okej? – napisałam kiedyś, kiedy nie odzywał się od dwóch dni.

– Tak, tylko urwanie głowy. Robota się posypała, chłopaki zachorowali, sam wszystko ogarniam – odpisał dopiero po północy.

Zaczęłam przyzwyczajać się do ciszy. Do tego, że dzwonię i słyszę tylko: „Abonent jest chwilowo niedostępny”. Do tego, że wiadomości odczytywał, ale nie odpowiadał. Tłumaczyłam to sobie na wszelkie możliwe sposoby. Może naprawdę miał ciężko? Może coś się dzieje, tylko nie chce mnie martwić? Ale z tyłu głowy coraz częściej brzmiał ten niepokojący głos: „Albo kłamie. Albo po prostu już mu nie zależy”.

Zaczęłam się denerwować. W pracy byłam rozkojarzona, w nocy przewracałam się z boku na bok. Niby był, niby pisał, ale czułam się bardziej samotna niż wtedy, kiedy naprawdę był daleko. Bo wtedy jeszcze był obecny myślami. A teraz miałam wrażenie, że gdzieś się ulotnił. Że zniknął w obcym kraju i wcale nie tęskni.

Nie tak miało być, kochanie

Któregoś dnia w pracy zadzwonił do mnie kurier. Zdziwiłam się – niczego nie zamawiałam. Podjechałam po paczkę. Była od Krystiana. Serce mi zabiło mocniej. Może chciał mi zrobić niespodziankę? Może to jakiś prezent na rocznicę?

W domu rozpakowałam ją z bijącym sercem. W środku była bluza z norweskim napisem i kartka. Bez żadnych czułości. Bez „tęsknię”, „kocham”, „do zobaczenia”. Tylko: „Mam nadzieję, że rozmiar będzie pasował. Pozdrawiam”.

Pozdrawiam? Jakbym była koleżanką z pracy, a nie jego żoną. Zadzwoniłam od razu. Nie odebrał. Napisałam: „Dziękuję za prezent. Chciałam pogadać, możesz zadzwonić?”. Cisza. Czekałam do północy. Nic.

Wtedy pierwszy raz wybuchłam. Napisałam długą wiadomość – o tym, że nie tak miało być, że miało być razem, że miałam być dla niego kimś więcej niż tylko adresem na paczce. Na drugi dzień odpisał krótko: „Nie przesadzaj. Po prostu nie miałem siły na gadanie”.

Nie przesadzaj? Usiadłam na kanapie i wpatrywałam się w telefon, aż wygasł ekran. A potem płakałam. Nie z tęsknoty. Ze złości. Bo zaczynało do mnie docierać, że mój mąż zapomniał, kim jestem. A może nie zapomniał. Może po prostu przestało mu zależeć.

Nie mogłam już udawać

Czułam, że coś jest nie tak. Każde „zapomniałem” i każde „byłem zmęczony” brzmiało fałszywie. Nie dawało się tego zignorować. Wiedziałam, że muszę działać, zanim przyzwyczaję się do tej obojętności. Miałam dość czekania na moment, który nigdy nie nadchodził.

Któregoś wieczoru usiadłam z telefonem w ręku i przejrzałam naszą historię wiadomości. Na początku: serduszka, zdjęcia, „tęsknię”, „liczę dni”. Później coraz mniej słów. Aż w końcu zostały tylko suche zdania. I ja, zawsze pisząca pierwsza.

Zrozumiałam wtedy, że nie chodzi już o odległość. Chodzi o wybór. O to, że on przestał mnie wybierać. Próbowałam jeszcze raz. Ostatni.

– Krystian, musimy poważnie pogadać – powiedziałam przez telefon, kiedy w końcu odebrał. – Tak normalnie. Nie pięć minut między jednym a drugim „zaraz”.

– Emilia, nie teraz – westchnął. – Naprawdę nie mam głowy.

– A kiedy będziesz miał? – zapytałam cicho.

Zapadła cisza. Długa. Wymowna.

– Nie wiem – odpowiedział w końcu.

I to „nie wiem” zabolało bardziej niż jakiekolwiek kłamstwo. Bo oznaczało, że nie jestem już dla niego priorytetem. Że nasz związek stał się czymś, co można odłożyć na później. Albo w ogóle.

Tej nocy nie płakałam. Byłam zmęczona. Nie fizycznie – emocjonalnie. Zrozumiałam, że nie mogę już żyć w ciągłym czekaniu. Na telefon. Na uwagę. Na resztki bliskości.

Postanowiłam jedno: kiedy wróci, nie udam, że nic się nie stało. Nie będę zamiatać tego pod dywan, byle tylko „było jak dawniej”. Bo dawno już nie było. I jeśli on nie zauważył, że mnie traci – ja musiałam w końcu zauważyć siebie.

Wrócił, jakby nigdy nic

Krystian wrócił do kraju po prawie dziewięciu miesiącach. Nie zapowiedział dokładnie dnia, po prostu zadzwonił rano.

Jestem już w Polsce. Wieczorem będę w domu – powiedział, jakby informował mnie, że skończył zakupy.

Nie zapytał, czy mam czas. Czy chcę. Czy w ogóle czekam.

Kiedy wszedł do mieszkania, wyglądał znajomo i obco jednocześnie. Ta sama kurtka, ten sam zapach, ale inny sposób bycia. Postawił torbę przy ścianie, rozejrzał się, jakby sprawdzał, czy wszystko jest na swoim miejscu.

– Ale się stęskniłem – rzucił lekko i spróbował mnie objąć.

Nie cofnęłam się, ale też nie odpowiedziałam na gest. Stałam nieruchomo. On to zauważył.

– Co jest? – zapytał z nutą zniecierpliwienia. – Przecież wróciłem.

– Wróciłeś fizycznie – odpowiedziałam spokojnie. – Ale mentalnie wyprowadziłeś się dużo wcześniej.

Usiadł ciężko na krześle. Westchnął.

– Emilia, nie róbmy z tego dramatu. Praca mnie wykończyła. Tam się żyje inaczej. Człowiek wraca, pada na łóżko i nie ma siły na rozmowy.

Przez tygodnie? – zapytałam.

Nie odpowiedział od razu. Patrzył w podłogę, jakby liczył kafelki.

– Myślałem, że zrozumiesz – powiedział w końcu.

– Rozumiałam za długo – odparłam. – Aż przestałam być żoną, a zostałam kimś w tle. Kimś, do kogo się wraca, bo tak wygodnie.

Zapadła cisza. Ciężka, niewygodna. Wiedziałam, że to nie jest rozmowa „na pogodzenie”. To była rozmowa o tym, czy w ogóle jeszcze jesteśmy „my”.

Nie będzie już starych nas

Wszystkie łzy wypłakałam wcześniej – nocami, kiedy czekałam na telefon, który nie dzwonił.

– Krystian – zaczęłam spokojnie – to nie jest rozmowa o tym, czy byłeś zmęczony. To jest rozmowa o tym, czy jeszcze możesz być częścią mojego życia, a nie tylko korzystać z niego, kiedy ci pasuje.

Podniósł na mnie wzrok. Widziałam w nim zdziwienie. Może nawet strach. Chyba pierwszy raz dotarło do niego, że nie stoję tu po to, by go prosić.

– Nie będę udawać, że wszystko jest okej, tylko dlatego, że wróciłeś – mówiłam dalej. – Jeśli mamy być razem, to na nowo. Z rozmową, obecnością, odpowiedzialnością. Jeśli nie – rozstaniemy się spokojnie, bez wojny. Ale nie będę już żyć w zawieszeniu.

– I co… stawiasz mi ultimatum? – zapytał.

– Nie – odpowiedziałam. – Stawiam granicę. Dla siebie.

Wstałam i wskazałam na torbę.

– Na razie możesz przenocować u kolegi albo w hotelu. Potrzebuję czasu. Ty też. Jeśli będziesz chciał wrócić naprawdę – porozmawiamy. Jeśli nie… przynajmniej będę wiedziała, na czym stoję.

Nie protestował. To bolało najbardziej. Wziął torbę i ruszył w stronę drzwi.

– Odezwę się – powiedział cicho.

– Tym razem niech to coś znaczy – odpowiedziałam.

Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Serce waliło mi jak szalone, ale po raz pierwszy od miesięcy poczułam coś jeszcze: spokój. Nie dlatego, że wygrałam. Tylko dlatego, że w końcu przestałam przegrywać sama ze sobą.

Emilia, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama