Reklama

Jeszcze kilka miesięcy temu myślałam, że jestem po prostu jedną z tych zwyczajnych, niewyróżniających się kobiet. Moje życie z Markiem nie wyglądało jak z filmu – było zwykłe, trochę przewidywalne, pełne powtarzających się dni. On pracował jako przedstawiciel handlowy, ja w biurze jako księgowa. Rano szybka kawa, wieczorem kolacja z odgrzewanym żartem o pracy. Może i bywało nudno, może nie zawsze byłam doceniana, ale ufałam Markowi bezgranicznie. Wierzyłam, że tak wygląda dojrzałe życie.

Gdy czułam się samotna, mogłam liczyć na Anetę – moją najlepszą przyjaciółkę od czasów liceum. Wiedziała o mnie wszystko, znała nawet moje najbardziej głupie lęki. Czasem to ona trzymała mnie przy zdrowych zmysłach, gdy świat wydawał się za trudny. Była też Barbara – moja teściowa. Z nią rozmawiało mi się lepiej niż z własną matką. Mówiła, że jestem jej drugą córką. Dziś to wszystko wydaje mi się snem, który zaraz się rozpadnie. Kiedyś sądziłam, że wiem, co to znaczy „mieć pewny grunt pod nogami”. Teraz już nie mam złudzeń.

Zawalił się cały mój świat

Pamiętam ten wieczór bardzo dokładnie. Był czwartek, padał deszcz i Marek wrócił późno z wyjazdu służbowego. Zostawił telefon na kuchennym blacie, kiedy poszedł pod prysznic. Zazwyczaj nigdy do niego nie zaglądałam, ale wtedy coś mnie tknęło – niepokój, którego nawet nie potrafiłam nazwać. Sięgnęłam po telefon, bo zobaczyłam, że przyszła wiadomość od... Anety. Najpierw myślałam, że to jakaś głupia pomyłka. Ale im dalej czytałam, tym bardziej czułam, jak coś mnie rozsadza od środka. Ich rozmowy nie zostawiały złudzeń. „Tęsknię za tobą”, „Nie mogę się doczekać, aż znów będziemy razem” – czytałam i czułam, jak robi mi się słabo. W tamtym momencie zawalił się cały mój świat. Weszłam do łazienki bez pukania. Marek stał pod prysznicem, jakby nic się nie stało. Otworzyłam drzwi z hukiem.

– Marek, co to ma być?! – głos mi się łamał, ale krzyczałam, trzymając telefon w wyciągniętej dłoni.

Spojrzał na mnie, zdziwiony, ale zaraz potem zorientował się, o co chodzi. Próbował wyrwać mi telefon, ale byłam szybsza.

– Justyna, pozwól mi to wyjaśnić… To nie jest tak, jak myślisz…

– To jak jest?! – wykrzyczałam, drżąc ze złości i rozpaczy. – To z nią mnie zdradziłeś?! Z moją przyjaciółką?!

Przez chwilę zapadła cisza. Widziałam, że Marek nie potrafił wymyślić żadnego sensownego kłamstwa. W końcu opuścił głowę i wyszeptał:

– Przepraszam… To się tak jakoś stało… Nie chciałem cię ranić…

– Wynoś się. Natychmiast. Nie chcę cię więcej widzieć – powiedziałam zimno, choć w środku już się rozpadałam.

Zabrał kilka rzeczy, milcząc. Nie próbował mnie błagać. Gdy zamknęły się za nim drzwi, usiadłam na podłodze i pierwszy raz od lat wyłam jak dziecko.

Poczułam się upokorzona

Całą noc nie zmrużyłam oka. Kiedy rano zobaczyłam w telefonie zdjęcie Anety uśmiechającej się z naszymi kawami sprzed tygodnia, poczułam mdłości. Miałam w sobie tak dużo gniewu, że nie potrafiłam już siedzieć cicho. Nie chciałam słuchać jej tłumaczeń przez telefon – musiałam zobaczyć ją twarzą w twarz. Napisałam tylko: „Musimy pogadać. Dziś. Bez ściemy”. Spotkałyśmy się w naszej ulubionej kawiarni. Aneta przyszła, jakby nic się nie stało – zrobiona, z nowym lakierem na paznokciach. Kiedy mnie zobaczyła, nawet nie udawała zaskoczenia, tylko opadła na krzesło z teatralnym westchnieniem.

– Justyna, co się stało? – zapytała, patrząc mi prosto w oczy.

– Co się stało? – powtórzyłam, śmiejąc się przez łzy. – Może sama mi powiesz, Aneta? Przeczytałam wasze wiadomości.

Zamilkła na sekundę, po czym wzruszyła ramionami.

– Słuchaj, nie planowałam tego. Marek był nieszczęśliwy, ty sama mówiłaś, że się od niego oddaliłaś…

Przez chwilę nie mogłam złapać oddechu, nie dowierzałam, że tak łatwo przerzuca na mnie winę.

– Ty byłaś moją przyjaciółką! – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. – Miałaś być obok, a nie pod moim mężem.

– Wiesz, życie pisze własne scenariusze – rzuciła cynicznie, patrząc przez okno.

– Czy ty siebie słyszysz?! – głos mi się załamał. – Myślałam, że mam w tobie wsparcie. A ty... Ty jesteś po prostu nikim. Totalnym zerem.

Spojrzała na mnie zimno. Już nawet nie próbowała się bronić.

– Może w końcu zajmiesz się sobą, zamiast wiecznie narzekać. Ja mam dosyć słuchania o twoich problemach.

Poczułam się upokorzona jak nigdy w życiu. Zostawiłam ją przy tej kawie, wyszłam i przez chwilę błąkałam się bez celu po mieście, nie potrafiąc przestać płakać.

Nie wiedziałam, jak żyć

Nie chciałam nikogo widzieć. Przez kilka dni zamknęłam się w domu, wyłączyłam telefon i leżałam na kanapie, patrząc w sufit. Ale musiałam w końcu powiedzieć o wszystkim Barbarze. Wstydziłam się, czułam, że zawiodłam, choć przecież to nie była moja wina. Kilka razy wykręcałam jej numer, po czym odkładałam telefon, ścierając łzy. W końcu zebrałam się na odwagę. Zadzwoniłam w niedzielę, tuż po południu. Barbara odebrała natychmiast, jakby czekała na ten telefon.

– Justynko? Coś się stało? – od razu wyczuła w moim głosie, że jest źle.

Milczałam, próbując złapać oddech. W końcu wydusiłam:

– Marek… Marek mnie zdradził, Basiu. Z Anetą.

Po drugiej stronie zapadła cisza, potem usłyszałam jej głęboki oddech.

– Wiedziałam, że Marek od jakiegoś czasu zachowuje się głupio… Ale z Anetą? – Barbara aż syknęła. – O rany. Chcesz, żebym przyszła?

Po godzinie była u mnie z siatką ciepłych drożdżówek i swoim spokojem. Usiadła obok mnie na kanapie, objęła ramieniem. Nie płakałam już, tylko patrzyłam na nią bez życia.

– Basia… Ja nie wiem, co mam teraz robić. Wszystko mi się posypało.

Barbara przytuliła mnie mocniej.

– Kochana, Marek od zawsze latał z głową w chmurach. Ty byłaś jedynym rozsądnym elementem w jego życiu. On nie dorasta ci do pięt. Słyszysz?

Ale jak mam dalej żyć? Nie mam gdzie iść, nie mam nawet siły spakować jego rzeczy.

Barbara spojrzała na mnie z takim ciepłem, że pierwszy raz od tygodni poczułam coś na kształt ulgi.

– Justynko, nie jesteś sama. Pomogę ci znaleźć mieszkanie. Pomogę ci wszystko ogarnąć, pozbierać się. I już nigdy nie pozwolę, żeby ktoś cię tak skrzywdził. Słyszysz? Zrobimy porządek w twoim życiu.

Objęłam ją i pozwoliłam sobie na krótki płacz. Wtedy pierwszy raz uwierzyłam, że mogę zacząć od nowa.

Barbara była jak rodzina

W ciągu tygodnia Barbara załatwiła więcej niż ja przez całe życie. To ona znalazła dla mnie małe, jasne mieszkanie na drugim końcu miasta, z widokiem na drzewa i plac zabaw. To ona przywiozła kartony, worki i nawet stare gazety do owijania szklanek. Ja chodziłam jak w transie, pakując wspomnienia do pudeł – nasze zdjęcia, kubki, pościel, a nawet te głupie magnesy z wyjazdów, które kiedyś tak mnie cieszyły. Przez cały czas Barbara była przy mnie. W jednej chwili wydawała się silniejsza niż ktokolwiek, kogo znałam.

– Jeszcze kilka rzeczy i będzie po wszystkim – westchnęła, stawiając pudło z książkami w korytarzu. – Justynko, wiesz, co w tym wszystkim jest najgorsze? Że ty się czujesz winna, choć zrobiłaś wszystko, jak trzeba.

Zaczęłam płakać, rozpakowując talerze.

– Nie wiem nawet, jak ci dziękować, Basiu. Nie musiałaś…

– Przestań – przerwała mi stanowczo. – Jesteś dla mnie jak rodzina. Ja nigdy nie byłam ślepa na głupoty Marka.

Wieczorem, gdy usiadłyśmy na podłodze pośród pudeł, zjadłyśmy pizzę na zmianę z drożdżówkami. Czułam się potwornie samotna, ale pojawiła się we mnie drobna, niemal niedostrzegalna iskierka nadziei. Następnego dnia poznałam nową sąsiadkę, Maję. Przyszła pożyczyć cukier i od progu zaczęła opowiadać o remoncie u góry.

– Jeśli będziesz potrzebowała pogadać, zapraszam na kawę. Tu się trzymamy razem – uśmiechnęła się szczerze.

Barbara spojrzała na mnie i wyszeptała:

– Widzisz, nowe miejsce, nowi ludzie. To dobry początek.

Spojrzałam przez okno na wieczorne światła. Przez pierwszą noc w nowym mieszkaniu długo nie mogłam zasnąć, ale po raz pierwszy od dawna nie czułam się zupełnie bezradna.

Zaczęłam szukać siebie

Przez kilka tygodni w nowym mieszkaniu uczyłam się na nowo oddychać. Wszystko było inne – obce, ciche, nieco puste. Rano dźwięki z klatki schodowej, wieczorem rozmowy zza ściany, których sensu jeszcze nie rozpoznawałam. Czasem czułam, że wszystko mnie przerasta. W te gorsze dni siadałam przy oknie, patrzyłam na światła bloków i próbowałam zrozumieć, kim teraz jestem. Pewnego wieczoru usiadłam z kartką papieru i napisałam list do Marka, którego nigdy nie wysłałam. Potrzebowałam się rozliczyć.

Pisałam o tym, jak bolała mnie jego zdrada, jak długo nie mogłam zrozumieć, w czym byłam gorsza od Anety. Pisałam, że nie zasłużyłam na upokorzenie, na to, by zostać sama, kiedy całe życie starałam się być „tą dobrą”. Że jestem wdzięczna za wszystkie wspólne chwile, ale nie potrafię już żyć złudzeniami: „Nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie ci wybaczyć. Ale chcę żyć dalej. Bez ciebie, ale z podniesioną głową”. List złożyłam i schowałam głęboko w szufladzie. Następnego dnia przypadkiem zobaczyłam Marka na ulicy – szedł z torbą na ramieniu, wyglądał jak cień siebie. Przez chwilę się zawahałam, ale nie podeszłam. Zamiast tego wyjęłam telefon i zadzwoniłam do Barbary.

– Chciałam ci tylko podziękować, Basiu. Za wszystko.

Usłyszałam jej cichy uśmiech.

– Wiesz, Justynko, czasem trzeba przejść przez piekło, żeby zobaczyć, kto podaje nam rękę. Jesteś silniejsza, niż ci się wydaje.

W tamtym momencie poczułam, że mogę oddychać pełniej. Może jeszcze nie byłam szczęśliwa. Ale wreszcie byłam wolna.

Justyna, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama