Reklama

Nie byłam typem romantyczki, która co roku z niecierpliwością wypatruje walentynek. W moim przekonaniu ten dzień był przereklamowany, ale w tym roku postanowiłam zrobić wyjątek. Może dlatego, że w naszym małżeństwie ostatnio coraz trudniej było nam się dogadać. Pragnęłam na nowo poczuć to, co kiedyś – beztroskie wieczory, spontaniczny śmiech, czułość. Chciałam dać nam szansę, choćby symbolicznie. Zorganizowałam kolację – domową lasagne, świece, ulubione wino. Kiedy rozkładałam nakrycia, miałam nadzieję, że ten wieczór da nam powód, by się do siebie zbliżyć. Nie wiedziałam, jak bardzo się rozczaruję.

Żadnej wiadomości od Michała

Siedziałam przy stole, nerwowo wygładzając obrus, choć był już idealnie ułożony. Na talerzach czekała pachnąca, jeszcze ciepła lasagne. Zegar tykał głośniej niż zwykle, wskazówki nieubłaganie przesuwały się naprzód, a mój niepokój rósł z każdą minutą. Spojrzałam na telefon – żadnej wiadomości od Michała, żadnego „zaraz będę” czy choćby emotki. Zazwyczaj uprzedzał, kiedy się spóźniał, nawet jeśli chodziło o kilka minut. Tym razem panowała cisza.

Po godzinie zaczęłam chodzić od okna do okna, wyczekując znajomego światła reflektorów pod blokiem. W myślach próbowałam go usprawiedliwić – może utknął w korku, może szef znów poprosił o nadgodziny. Odrzucałam jednak od siebie myśl, że Michał po prostu zapomniał o kolacji, na którą tyle się przygotowałam. Wszystko było gotowe: świece paliły się delikatnie, wino już oddychało w kieliszkach, a ja... siedziałam sama.

W końcu usiadłam z powrotem przy stole i z poczuciem bezsilności wyjęłam telefon. Chciałam zadzwonić, ale coś mnie powstrzymało. Uznałam, że to on powinien się odezwać pierwszy, przeprosić, choćby tylko SMS-em. Z każdą minutą moja złość mieszała się ze smutkiem, a oczekiwanie stawało się coraz trudniejsze.

Po półtorej godzinie nie wytrzymałam

Ciepło świec powoli przegrywało z chłodem, który zaczął rozlewać się po mieszkaniu. Mój nastrój również stygł, zamieniając się w lodowatą mieszankę rozczarowania i gniewu. Po półtorej godzinie nie wytrzymałam – chwyciłam za widelec i zaczęłam jeść sama, choć każdy kęs smakował gorzko. Starałam się nie patrzeć na puste krzesło naprzeciwko, ale z każdą chwilą coraz trudniej było udawać, że to zwykły wieczór.

Telefon leżał obok mnie na stole jak wyrzut sumienia. Przesuwałam palcem po ekranie, sprawdzając, czy aby na pewno nie przeoczyłam wiadomości. Nic. Nawet żadnych powiadomień z pracy, żadnego znaku życia. Było coraz później, a Michała nie było ani w domu, ani w mojej skrzynce odbiorczej. Przez okno docierały do mnie odgłosy czyjegoś śmiechu, może jakieś szczęśliwe pary wracały właśnie z romantycznych kolacji. To tylko pogarszało mój nastrój.

W końcu wstałam, zgasiłam świece i zaniosłam talerz do kuchni. Złość już nie kipiała, powoli przeradzała się w zrezygnowanie. Po cichu poszłam do sypialni, usiadłam na łóżku i wpatrywałam się w ciemność. W głowie huczały mi pytania: czy coś przegapiłam? Może po prostu przestało mu zależeć?

Absurdalne scenariusze

Leżałam na łóżku, wsłuchując się w ciszę, która wypełniała mieszkanie. Czasem zza ściany dochodziły odgłosy życia sąsiadów – szuranie krzeseł, cichy śmiech, urywki rozmów. U mnie panował zupełny bezruch. Przewracałam się z boku na bok, a w mojej głowie piętrzyły się coraz bardziej absurdalne scenariusze. Zaczęłam się zastanawiać, czy to możliwe, że Michał spotyka się z kimś innym. Może specjalnie nie odbiera, może od dawna coś ukrywa, a ja zbyt łatwo przymykałam na wszystko oczy?

Złość, która jeszcze niedawno we mnie buzowała, ustępowała miejsca bezradności. Zaczęłam analizować nasze ostatnie tygodnie – czy coś przegapiłam, czy powinnam była wcześniej zauważyć jakieś sygnały? Wspominałam jego dziwne spóźnienia, urwane rozmowy przez telefon, jakby nie chciał, żebym coś usłyszała. Może powinnam była z nim porozmawiać, zamiast liczyć na to, że domyśli się moich potrzeb.

Zaczęłam przeszukiwać rzeczy

Próbowałam się zająć czymkolwiek, by nie myśleć o jego milczeniu. Otworzyłam komputer, chciałam obejrzeć serial, ale po kilku minutach wyłączyłam wszystko. Każda scena, nawet ta najbardziej banalna, przypominała mi o nim. Zerkając co chwilę na telefon, miałam nadzieję, że zaraz zadzwoni, że może w końcu się odezwie. Zamiast tego, w mojej głowie narastała niepewność, która z każdą minutą stawała się coraz trudniejsza do zniesienia.

W pewnym momencie, gdy znów wyjrzałam przez okno, zaczęłam się zastanawiać, czy powinnam zadzwonić do jego mamy lub przyjaciela. Odrzuciłam ten pomysł – nie chciałam wyjść na wariatkę, która urządza sceny z powodu jednej kolacji. Próbowałam sobie tłumaczyć, że może coś się wydarzyło, może stracił zasięg albo rozładował mu się telefon. Jednocześnie nie potrafiłam odpędzić od siebie coraz gorszych myśli.

Przeszukałam szafkę w przedpokoju, szukając kluczy Michała. Wszystko było na miejscu. Mój niepokój urósł do tego stopnia, że aż zaczęłam czuć dreszcze. Po raz pierwszy od dawna poczułam się naprawdę samotna, jakby nasz związek właśnie się kończył, a ja nawet nie miałam okazji się pożegnać. Ta myśl ścisnęła mnie za gardło.

Wszystko przestało być ważne

Usiadłam na podłodze, oparłam się plecami o kanapę i objęłam kolana ramionami. W pewnym momencie przestałam już nawet płakać. Wszystko, co jeszcze parę godzin temu wydawało się ważne, nagle straciło sens. Kolacja, świece, ładny strój – cała ta oprawa była tylko przykrywką dla samotności, która zalała mnie od środka. W domu było coraz zimniej, a ja czułam się jak ktoś obcy we własnym życiu.

Ciszę przerwał nagły dźwięk telefonu. Dłonie zaczęły mi się trząść, kiedy zobaczyłam numer Michała na ekranie. Przez chwilę wahałam się, czy w ogóle odebrać. Nie wiedziałam już, co chcę usłyszeć – przeprosiny, kłamstwo, wyjaśnienia? Odebrałam w końcu, nie mówiąc ani słowa.

– Kochanie, przepraszam, nie mogłem zadzwonić wcześniej... – usłyszałam jego zmęczony głos. – Miałem wypadek samochodowy. Wszystko będzie dobrze, ale musiałem czekać, aż mi pozwolą zadzwonić.

Przez chwilę nie mogłam wykrztusić słowa. Cała złość, podejrzenia i rozczarowanie wyparowały w jednej sekundzie, ustępując miejsca uldze i łzom. Wszystko inne nagle stało się nieważne.

A mogłam go stracić...

Nie wiem, ile trwała ta rozmowa. Słowa Michała wciąż odbijały mi się echem w głowie, a ja ściskałam telefon, jakby od niego zależało moje życie. Mówił, że lekarz zapewnia, iż nic poważnego mu się nie stało, choć samochód do kasacji. Tłumaczył, że był w szoku i przez kilka godzin nie miał dostępu do swoich rzeczy. Słuchałam, a łzy spływały mi po policzkach. W jednej chwili wszystkie moje podejrzenia wydały się absurdalne i dziecinne. Najważniejsze było to, że żyje.

– Przyjadę jutro, jeśli tylko pozwolą mi wyjść – obiecał cicho, a ja usłyszałam w jego głosie tę samą ulgę, którą czułam ja.

– Po prostu wróć – wyszeptałam.

Po zakończeniu rozmowy długo siedziałam w ciszy. Dopiero teraz dotarło do mnie, jak bardzo bałam się stracić kogoś, kto był dla mnie ważny, nawet jeśli ostatnio nie potrafiliśmy się porozumieć. Moje wyobrażenia i lęki okazały się niczym wobec prawdziwego życia, które w jednej chwili mogło się zmienić. Z tamtego wieczoru zapamiętałam jedno – prawda może nie mieć nic wspólnego z naszymi wyobrażeniami.

Weronika, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama