Reklama

Mój mąż Janek zmarł nagle. Jednego dnia smażył jajecznicę w szlafroku, drugiego już go nie było. Miał jedynie 56 lat. Myślałam, że jeszcze tyle przed nami. Tyle rozmów, tyle spacerów, tyle niezrealizowanych planów. Pogrzeb był skromny, jak sobie życzył. Najbliższa rodzina, kilka wieńców, a potem stypa w restauracji, którą zamówił nasz syn. To właśnie wtedy dowiedziałam się, że przez osiem lat miał kochankę. A to był dopiero początek. Wydawało mi się, że po jego śmierci po prostu będę musiała nauczyć się żyć samotnie. Nie sądziłam, że najpierw będę musiała się dowiedzieć, z kim tak naprawdę byłam przez ostatnie trzydzieści lat.

„Wszystko, co moje, zostanie twoje”

– Nie mam testamentu – powiedział Janek, kiedyś przy kolacji. – Ale wiesz, że wszystko i tak będzie twoje.

Nie drążyłam. Byliśmy razem od tylu lat, że nie wyobrażałam sobie, żeby mógł chcieć inaczej. Nasz dom, samochód, oszczędności – to wszystko budowaliśmy razem. Był czuły, obecny, może trochę milczący, ale przecież nie każdy musi być gadułą. Czasem zamykał się na tarasie i po prostu patrzył w przestrzeń. Mówił, że to go uspokaja. A ja to szanowałam. Nigdy nie przejrzałam jego telefonu, nigdy nie sprawdzałam maili.

Dzień, w którym go straciłam, był zwykły. Taki, jakie są dziesiątki. Rano wyjechał do pracy. Wieczorem wrócił i poszedł się wykąpać. Zasnęłam na kanapie, obudził mnie huk. Myślałam, że zbił coś w łazience. Gdy wbiegłam do środka, leżał na podłodze. Pogrzeb zorganizowaliśmy szybko. Tyle ludzi przyszło… Miałam wrażenie, że co druga osoba płacze bardziej niż ja.

Osiem lat podwójnego życia

Siedziałam na wersalce w naszej sypialni, kiedy zadzwonił jego telefon. Spojrzałam na wyświetlacz. Imię: „Anka”. Serce mi przyspieszyło. Przez chwilę się łudziłam – może to jakaś koleżanka z pracy, może siostra, kuzynka? Przecież tyle lat byliśmy razem…

Zadzwoniła drugi raz. Potem trzeci. Wreszcie odebrałam.

– Halo? – powiedziałam twardo, głosem, którego sama nie poznałam.

Po drugiej stronie cisza. A potem cichy szept:

– Janka nie ma?

– Nie. Janka już nie ma – odpowiedziałam.

Milczała dłuższą chwilę. I wtedy rzuciła jedno zdanie, które wryło się we mnie głębiej niż grabie w świeżo kopaną ziemię.

– Nie zdążyłam się pożegnać…

Rozłączyła się. Trzymałam telefon w dłoni jeszcze długo. Czułam, że wszystko, co znałam, zaczyna się chwiać. Przejrzałam wiadomości. Były ich setki. Zdjęcia, rozmowy, głupoty, plany, czułości. Osiem lat! Osiem lat równoległego życia. A ja nie zauważyłam nic. Zupełnie nic.

Tajemniczy mężczyzna w czerni

Na stypie nie potrafiłam się odnaleźć. Kręciłam się między stolikami jak kelnerka, nie wdowa. Ktoś co chwilę podchodził, przytulał, mówił, że Janek był wspaniałym człowiekiem. Przytakiwałam, uśmiechałam się półgębkiem. Czułam się jak oszustka. Mąż przez osiem lat miał inną, a ja tu gram gospodynię.

I wtedy go zobaczyłam. Nie znałam go. Mężczyzna w czerni. Garnitur jak z katalogu, elegancki płaszcz przewieszony przez ramię. Wysoki, może czterdziestoletni. Siedział sam przy końcu sali i nie jadł nic. Patrzył na mnie. A gdy spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się lekko.

Podeszłam, bo coś mnie do niego ciągnęło. Jakby wiedział więcej niż ja.

– Znał pan Janka? – zapytałam, starając się nie trząść głosem.

– Dość dobrze. Pracowaliśmy razem przez lata – odpowiedział spokojnie. – I... więcej niż tylko pracowaliśmy.

Zamarłam.

– Jak to „więcej”?

Wzruszył ramionami, jakby to była oczywistość.

– Nie jestem kimś z jego przeszłości. Jestem kimś z teraźniejszości, o której pani nie miała pojęcia.

Odwrócił się i wyszedł. Bez słowa, bez pożegnania.

Wiedział i milczał

Zadzwoniłam do syna. Musiałam z kimś porozmawiać, usłyszeć, że to ja wariuję, a nie świat wokół mnie.

– Mamo, to nie najlepszy moment – powiedział zmęczonym głosem. – Wiesz, że mam dzieci, muszę się nimi zająć.

Czy ty znałeś Ankę? – wypaliłam.

– Jaką Ankę?

– Tę, z którą ojciec romansował przez osiem lat.

Zamilkł. Potem powiedział coś, czego nigdy nie zapomnę.

– Mamo… ja myślałem, że ty wiesz.

– Że co?!

– Oni byli razem. Ojciec ją kochał. Miał z nią... inne życie. I... ona miała syna. Dziesięcioletniego. Myślałem, że się z tobą dogadaliście, że to takie... wasze ciche porozumienie.

Poczułam, że krzesło pod moim ciałem się rozjeżdża. Gdyby nie to, że trzymałam się stołu, chyba bym zjechała na podłogę.

– Jakim cudem ty o tym wiedziałeś, a ja nie?!

Bo byłem zły. Na was oboje. Udawaliście, że wszystko gra, ale my, dzieci, wszystko widzimy. Ja się od ojca odciąłem, ale on chciał… chyba… żebyś ty nic nie wiedziała. Żebyś została w tym swoim świecie. Cichym, spokojnym.

„Najlepszy mąż świata”?!

W nocy nie mogłam spać. Leżałam i gapiłam się w sufit, jakby miał mi coś powiedzieć. Każdy zakamarek w tym domu stał się dla mnie podejrzany. Około trzeciej nad ranem zeszłam do piwnicy. Janek miał tam swoją „jaskinię” – regały z dokumentami, pudła, narzędzia. Wszystko uporządkowane jak w laboratorium.

Podeszłam do szafki, której nigdy nie otwierałam. Leżał w niej segregator opisany: „F.H. – umowy, rozliczenia”. Nie znałam tej nazwy. Firma? Nigdy nie wspominał. Otworzyłam go i przez moment nic nie rozumiałam. Były tam faktury, wypłaty na konto kobiety o nieznanym nazwisku. Adres – Warszawa. Mieszkanie, które wynajmował i za które płacił regularnie. W notatkach – zapiski: „Urodziny Kuby – klocki”, „Gdańsk – domek z tarasem”.

Zamknęłam segregator. Ręce mi się trzęsły. Otworzyłam kolejne pudełko. Album ze zdjęciami. Janek, ta kobieta i chłopiec. Na rowerach, na plaży, w kuchni. Uśmiechnięci. Szczęśliwi. Wróciłam do kuchni, wstawiłam wodę na herbatę, ale nie potrafiłam jej wypić. Patrzyłam na kubek z napisem „Najlepszy mąż świata” i miałam ochotę go roztrzaskać. Nie miałam już żadnych złudzeń.

Wróciła do mnie twarz tamtego mężczyzny ze stypy. W segregatorze „F.H.” znalazłam wizytówkę: Marek H. – doradztwo finansowe. To było to samo nazwisko, które widniało na kilku umowach i przelewach. On nie był przypadkowym znajomym z pracy. Był wspólnikiem Janka. Człowiekiem, który wiedział o jego drugim życiu, o Ance, o dziecku, o mieszkaniu w Warszawie. Może nawet pomagał to wszystko ukrywać. Nagle zrozumiałam, dlaczego patrzył na mnie z takim spokojem. On wiedział, kim naprawdę był mój mąż. I wiedział, że ja dopiero zaczynam poznawać prawdę.

Chciałam ich poznać

Dwa tygodnie po pogrzebie odwiedziłam kochankę męża. Wzięłam adres z papierów, zadzwoniłam domofonem i po prostu powiedziałam: „Jestem żoną Janka”. Otworzyła drzwi bez słowa. Była ładna. Taka... zwyczajna. Jak ja, może tylko młodsza. Chłopiec, jej syn, bawił się w pokoju. Podobny do Janka aż za bardzo. Siedziałyśmy przy stole. W końcu spojrzała mi w oczy.

– On cię kochał – powiedziała. – Ale nie umiał zrezygnować z żadnej z nas.

Nie odpowiedziałam. Co można odpowiedzieć na coś takiego? Że dziękuję za szczerość? Że chcę ją znienawidzić, ale już mi brak sił?

Wyszłam stamtąd z pustką w środku, ale po raz pierwszy bez lęku. Nie wiem, kim był mój mąż. Nie wiem, co było prawdą, a co pozorem. Ale wiem jedno – już nigdy nie będę kobietą, która udaje, że wszystko jest dobrze. Już nie będę cicha i posłuszna. Może późno, ale w końcu chcę żyć swoim życiem. Na własnych zasadach.

Dopiero wtedy dotarło do mnie, że Janek nie zostawił testamentu nie dlatego, że ufał mi bezgranicznie. Po prostu już wcześniej podzielił swoje życie i pieniądze na dwie części. Jedną oficjalną – dla mnie. Drugą – dla nich. Czas pokaże, czego jeszcze dowiem się o człowieku, którego nie znałam, choć był mi najbliższy.

Iwona, 54 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama