Reklama

Jeszcze rok temu wierzyłam, że najgorsze są nadgodziny i zmęczenie. Myliłam się. Najgorsze było czekanie na powiadomienia z banku i udawanie przed samą sobą, że wszystko mamy pod kontrolą. Liczyłam każdą złotówkę, przeliczałam w głowie paragony, a nocą zamiast spać, układałam w myślach plan ratunkowy. Tomasz twierdził, że przesadzam. Ja wiedziałam, że grunt usuwa nam się spod nóg.

Czara goryczy się przelała

Tamtego popołudnia siedziałam przy kuchennym stole z kalkulatorem i zeszytem. Wpisałam czynsz, ratę kredytu, prąd, telefon. Liczby nie chciały się zgodzić, choć przesuwałam je w różne kolumny, jakby od tego miały stać się mniejsze. Drzwi otworzyły się z hukiem.

– Iga! Zgadnij, co mam! – zawołał Tomasz takim tonem, jakby wygrał los na loterii.

Wszedł do kuchni z dużym kartonem. Postawił go na blacie i z triumfem uniósł pokrywkę. W środku leżało kilkanaście pączków, posypanych cukrem pudrem.

– Była promocja. Karton za pół ceny. Pomyślałem, że zrobimy sobie małe święto.

Spojrzałam na niego, potem na pączki. Cukier osiadał na brzegu pudełka, jakby próbował przykryć coś więcej niż tylko ciasto.

– Święto? – powtórzyłam cicho. – Oszalałeś? Kto to wszystko zje?

– No… tak po prostu. Jest tłusty czwartek. Dawno nie było u nas nic słodkiego. Ciągle tylko liczysz i liczysz.

Poczułam, jak coś we mnie napina się jak struna.

– Tomasz, my zalegamy z czynszem. – Wskazałam zeszyt. – Tu nie ma miejsca na „tak po prostu”.

Machnął ręką.

To tylko kilka złotych. Nie przesadzaj. Od kilku złotych świat się nie zawali.

– Świat się nie zawalił od kilku złotych – odpowiedziałam, podnosząc głos. – Zawalił się od wielu takich twoich „kilku złotych”.

Zapadła cisza. Tomasz zamknął karton, jakby chciał odgrodzić się od moich słów.

– Chciałem zrobić coś miłego – powiedział już ciszej. – W domu jest ciągle taka atmosfera, jakbyśmy byli w biurze rachunkowym, a nie w małżeństwie.

– Bo ktoś musi być tym biurem rachunkowym – wyrzuciłam z siebie. – Ktoś musi pilnować, żebyśmy mieli gdzie mieszkać.

Widziałam, jak jego twarz tężeje. Uśmiech zniknął.

– Czyli znowu ja jestem tym nieodpowiedzialnym? – zapytał chłodno.

Nie odpowiedziałam od razu. W głowie miałam obraz sprzed lat: Tomasz z planami, z notatnikiem pełnym pomysłów, przekonany, że wszystko się uda. Kochałam w nim tę odwagę. Teraz ta sama odwaga wydawała mi się lekkomyślnością.

– Nie chodzi o pączki – powiedziałam w końcu. – Chodzi o to, że udajesz, że nie ma problemu.

– A ty udajesz, że jesteś sama przeciwko światu – odbił piłeczkę. – Myślisz, że mi jest łatwo? Że nie widzę tych rachunków?

– To dlaczego zachowujesz się tak, jakbyśmy mogli pozwolić sobie na wszystko?

Tomasz oparł dłonie o blat.

– Bo jeśli będziemy tylko oszczędzać i odmawiać sobie wszystkiego, to co nam zostanie? Chcesz żyć jak w jakimś więzieniu?

Zabolało. Jakby to, że próbowałam nas ratować, było wymierzone przeciwko niemu.

– Ja nie chcę więzienia – powiedziałam już ciszej. – Ja chcę bezpieczeństwa.

Spojrzał na mnie tak, jakbyśmy mówili w dwóch różnych językach.

– Z tobą nie da się normalnie porozmawiać – rzucił. – Każda drobnostka urasta do katastrofy.

Zamknęłam zeszyt.

– Katastrofa to będzie wtedy, kiedy ktoś zapuka do drzwi, a my nie będziemy mieli z czego zapłacić.

Wyszedł z kuchni bez słowa. Po chwili usłyszałam włączony telewizor. Karton z pączkami stał na blacie jak wyrzut sumienia.

Usiadłam z powrotem przy stole, ale cyfry zaczęły się rozmazywać. Zrozumiałam, że nie chodzi o te kilkanaście sztuk smażonego ciasta. Dla mnie były symbolem wszystkiego, czego się bałam – jego beztroski, mojego zmęczenia, naszego oddalania się od siebie. Wieczorem zobaczyłam, jak bierze jednego pączka i odchodzi do salonu. Nie zapytał, czy chcę. Może uznał, że i tak odmówię. A może już przestał próbować. Patrzyłam na zamknięte drzwi i po raz pierwszy pomyślałam, że nie walczę z długami. Walczę z własnym mężem.

Czułam, jak coś we mnie pęka

Kilka dni po tej całej jego „promocji” znalazłam w skrzynce kolejne wezwanie do zapłaty. Koperta była cienka, ale w moich dłoniach ważyła jak cegła. Rozpoznałam logo firmy, z którą – jak zapewniał mnie Tomasz – „wszystko jest już wyjaśnione”. Usiadłam przy stole i otworzyłam pismo. Kwota była wyższa, niż się spodziewałam. Termin – natychmiastowy. Tomasz wszedł do kuchni w chwili, gdy wpatrywałam się w liczby.

– Co znowu? – zapytał, ale jego głos był napięty.

– „Co znowu?” – powtórzyłam. – To znowu to samo. Tyle że więcej.

Podałam mu kartkę. Przeczytał ją szybko, potem drugi raz wolniej.

To pewnie jakaś pomyłka – mruknął.

– Pomyłka? – Spojrzałam na niego uważnie. – Tomasz, ile jeszcze jest takich „pomyłek”?

Zamilkł. W tej ciszy usłyszałam odpowiedź, zanim ją wypowiedział.

– Leon mówił, że to się rozliczy – powiedział w końcu. – Mieliśmy chwilowy przestój. Klient się wycofał, ale to nie znaczy, że projekt upadł.

– „Mieliśmy”? – podchwyciłam. – My czyli ty z Leonem?

Westchnął ciężko.

– Iga, to był wspólny pomysł. Inwestycja. Gdyby się udało, dziś nie siedzielibyśmy nad rachunkami.

Ale się nie udało – odpowiedziałam spokojniej, niż się czułam. – I teraz siedzimy nad rachunkami. A ja dowiaduję się o kolejnych zobowiązaniach z listów.

Odwrócił wzrok.

– Nie mówiłem ci wszystkiego, bo nie chciałem cię martwić.

Zaśmiałam się krótko, bez radości.

– Nie chciałeś mnie martwić? Wiesz, co mnie martwi? To, że nie wiem, ile jeszcze takich niespodzianek przede mną.

Podszedł do okna. Stał tyłem do mnie.

– Leon włożył w to więcej niż ja – powiedział cicho. – Nie mogłem go zostawić. To mój przyjaciel.

– A ja? – zapytałam. – Kim ja jestem?

Odwrócił się gwałtownie.

Nie stawiaj mnie pod ścianą.

– Ja cię nie stawiam pod ścianą. To ty postawiłeś nas oboje.

Podeszłam bliżej.

– Ile jesteśmy winni?

Milczał.

– Tomasz!

Nie wiem dokładnie – przyznał w końcu. – Część spłacimy, jak tylko ruszy nowy projekt.

– Nie chcę już słyszeć o żadnych nowych projektach – przerwałam mu. – Chcę konkretów.

Usiadł ciężko przy stole.

– Sprzedamy samochód – powiedziałam po chwili. – I pomyślimy o mniejszym mieszkaniu.

Podniósł głowę tak gwałtownie, jakbym go uderzyła.

– Chcesz się poddać?

Chcę przestać udawać.

– Samochód jest nam potrzebny.

– Potrzebne jest nam poczucie, że mamy kontrolę – odparłam.

Zacisnął dłonie w pięści, ale nic nie powiedział. Widziałam w nim mieszankę uporu i wstydu. Leon był dla niego kimś więcej niż wspólnikiem – był dowodem, że nadal jest kimś odważnym, przedsiębiorczym. Przyznanie, że to się nie udało, oznaczało przyznanie, że się pomylił.

– On na ciebie liczy – powiedział nagle. – Zawsze wszystko kalkulujesz. Może daj nam jeszcze chwilę.

– „Nam” – powtórzyłam. – A ja co? Kto liczy na mnie?

Poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie krzyczałam. Byłam zmęczona krzykiem.

– Nie chodzi tylko o pieniądze – powiedziałam cicho. – Chodzi o to, że nie jesteśmy już drużyną. Ty grasz w jednej, ja w drugiej.

Tomasz spojrzał na mnie z czymś, co mogło być żalem.

– Zawsze byłaś silniejsza w tych sprawach – odparł. – Myślałem, że to ogarniesz.

Te słowa zabolały bardziej niż wszystkie rachunki.

– Ja nie chcę „ogarniać” twoich decyzji – powiedziałam. – Chcę, żebyś był obok mnie.

Nie odpowiedział. Wyszedł z kuchni, zostawiając mnie z kartką w dłoni. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że nasze małżeństwo stoi na kredycie zaufania. A limit właśnie się wyczerpywał.

Został tylko wstyd i pozory

Do Weroniki pojechaliśmy w niedzielę. Upiekła sernik, dzieci biegały po salonie, w tle grało radio. Wszystko wyglądało zwyczajnie, niemal kojąco. Tylko ja miałam wrażenie, że stoję za szybą i oglądam cudze życie. Tomasz od progu był w świetnym nastroju.

– Przywieźliśmy coś słodkiego – oznajmił z uśmiechem i postawił na stole znajomy karton.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Zostało kilka pączków. Te same, które stały się między nami symbolem wszystkiego, czego nie umieliśmy nazwać.

– Znowu promocja? – zażartowała Weronika, unosząc brwi.

– A jak – odpowiedział Tomasz lekko. – Trzeba korzystać z okazji.

Śmiali się przez chwilę, a ja poczułam, jak moje policzki sztywnieją od wymuszonego uśmiechu. Nie chciałam robić sceny. Nie tutaj. Przy stole rozmowa toczyła się o pracy, o planach wakacyjnych, o tym, jak drożeje życie. Kiedy temat zszedł na ceny, Tomasz machnął ręką.

– Trzeba być elastycznym – powiedział. – Zawsze się jakoś wyjdzie na swoje.

Zerknęłam na niego. Mówił pewnie, jakby naprawdę w to wierzył. Weronika spojrzała na mnie uważnie, ale nic nie powiedziała. Później, gdy zmywałyśmy naczynia w kuchni, zamknęła drzwi i oparła się o blat.

– Iga, co się dzieje? – zapytała cicho.

– Nic – odparłam odruchowo.

Nie patrzysz mu w oczy. On tobie też nie. To nie jest „nic”.

Odłożyłam talerz do suszarki.

– Mamy trochę problemów finansowych.

– Trochę? – uniosła brwi.

Westchnęłam. Słowa zaczęły wypływać same.

– Leon i jego interes. Kolejne zobowiązania. A ja dowiaduję się o nich z listów. Czuję się, jakbym mieszkała z kimś, kto prowadzi podwójne życie. Tylko zamiast tajemnic są rachunki.

Weronika milczała przez chwilę.

– I co zamierzasz? – zapytała.

– Ratuję, co się da.

– Sama?

– On mówi, że chce mnie chronić – odpowiedziałam gorzko. – Tylko że ja nie potrzebuję ochrony. Potrzebuję prawdy.

Wróciłyśmy do salonu. Tomasz siedział z jej mężem i opowiadał anegdotę z czasów studiów. Śmiał się głośno, swobodnie. Przez moment zobaczyłam w nim tego chłopaka, którego kiedyś pokochałam. Otwarty, pełen energii. Nasze spojrzenia spotkały się na sekundę. Uśmiech zniknął z jego twarzy tak szybko, jak się pojawił. Odwrócił wzrok.

Prawda, której nie chciałam

Kilka dni później ktoś zapukał do drzwi. Krótko, stanowczo. Otworzyłam, przekonana, że to sąsiadka. Na progu stał mężczyzna w płaszczu, z teczką pod pachą.

– Pani Iga K.? – zapytał rzeczowo.

– Tak.

– Mam zawiadomienie dotyczące wszczęcia egzekucji należności. Proszę o podpis.

Świat sie nie zatrzymał. Nie było dramatycznej ciszy ani nagłego olśnienia. Był zwykły korytarz, chłodne powietrze i kartka, która drżała mi w dłoni. Podpisałam. Tomasz wyszedł z pokoju, gdy zamykałam drzwi.

– Kto to był?

Podałam mu dokument bez słowa. Czytał długo. Zbyt długo.

– Poręczenie? – zapytałam w końcu. – Co to znaczy?

Milczał.

– Tomasz, co to znaczy?

– Leon potrzebował gwarancji – powiedział wreszcie. – To była formalność. Miał oddać pieniądze z zysku.

– Jakiego zysku? – Mój głos był zaskakująco spokojny. – Tego, którego nie było?

– Nie chciałem cię w to wciągać.

– W co? W nasze własne życie?

Spojrzał na mnie bezradnie.

– Bałem się, że jeśli ci powiem, przestaniesz we mnie wierzyć.

Zaśmiałam się cicho.

– Tomasz, ja przestałam wierzyć w chwili, gdy zaczęłam otwierać listy zamiast ciebie.

Usiadł przy stole, jakby nagle zabrakło mu sił.

Czuję się przegrany – powiedział po chwili. – Każdy mój pomysł kończy się długiem. Każda próba wyjścia z tego bagna tylko je pogłębia. Te pączki… – zawahał się – to było głupie. Ale przez chwilę czułem, że mogę dać nam coś normalnego. Coś zwyczajnego.

Patrzyłam na niego i wiedziałam, że mówi prawdę. Nie był potworem ani cynikiem. Był zagubiony i przestraszony. Tylko że jego strach kosztował nas więcej, niż mogliśmy unieść.

Iga, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama