Reklama

Nigdy nie miałem wielkich oczekiwań wobec świąt rodzinnych. Urodziny, imieniny, a tym bardziej Dzień Dziadka – wszystko to traktowałem jak chwilowe obowiązki, które trzeba odhaczyć. Jednak w tym roku, z jakiegoś powodu, poczułem się dziwnie podekscytowany. Może to przez samotność, może przez zdjęcie sprzed lat, które znalazłem w szufladzie. Byliśmy wtedy wszyscy razem. Uśmiechnięci, blisko. Gdy wnuki zapowiedziały wizytę, poczułem coś, czego nie czułem od dawna – nadzieję. Nie sądziłem, że ten dzień zakończy się gorzkim rozczarowaniem, które długo nie pozwoli mi zasnąć.

Nie tak to miało wyglądać

Z samego rana przygotowałem stół. Wyszorowałem filiżanki, wyjąłem mój najlepszy sernik z zamrażarki i postawiłem na środek szklaną paterę. Kupiłem nawet sok pomarańczowy – taki z miąższem, który pamiętam, że lubiła najmłodsza. Wnuki miały przyjechać około jedenastej. Usiadłem w fotelu, ubrany w koszulę i wełniany sweter, który zawsze zakładam, gdy chcę wyglądać „odświętnie”. Patrzyłem na zegar, a wskazówki przesuwały się jakby złośliwie powoli. W końcu zadzwonił domofon. Zerwałem się jak chłopiec, który właśnie usłyszał dzwonek na przerwę. Otworzyłem i chwilę później usłyszałem tupot ich butów na schodach. Wparowali do mieszkania jak huragan – trójka nastolatków z telefonami w dłoniach i słuchawkami w uszach.

– Cześć, dziadku – rzuciła starsza, nie podnosząc wzroku znad ekranu.

– Masz coś do jedzenia? – zapytał średni, nawet nie ściągając kurtki.

Najmłodsza tylko wzruszyła ramionami i zaczęła robić sobie zdjęcia w lustrze w przedpokoju. Stałem tam, w korytarzu, jak słup soli. Ich obecność była fizyczna, ale jakby ich tu nie było. Nie zapytali, co u mnie, nie uśmiechnęli się, nie przytulili. Zamiast ciepła dostałem obojętność. Nie tak to miało wyglądać.

Poczułem się jak mebel

Zanim zdążyłem ich zaprosić do stołu, średni sam już grzebał w mojej szafce z przekąskami. Wyciągnął paczkę chipsów, którą kupiłem na wszelki wypadek, i bez pytania rozerwał opakowanie. Starsza usiadła na kanapie, nogi wyciągnęła na stolik kawowy – tym samym, na którym kiedyś układaliśmy puzzle i graliśmy w warcaby. Tym razem nawet nie spojrzała w moją stronę. Scrollowała telefon, co jakiś czas prychała i pokazywała coś najmłodszej.

– Patrz, jaka żenada – rzuciła, chichocząc.

– No, stary dziadek tańczy w pampersie – odpowiedziała najmłodsza, pokazując mi ekran.

Spojrzałem przez chwilę, próbując zrozumieć, co jest w tym tak zabawnego. Zamiast tłumaczyć, obie zachichotały i wróciły do ekranów. Poczułem się jak mebel, albo może nawet jak ten stary kwiatek w kącie, który podlewam z przyzwyczajenia.

– Może chcecie herbaty? Albo soku? – zapytałem, podchodząc do kuchni.

– Cola by się przydała – rzucił średni.

– Nie mam coli – odpowiedziałem cicho.

Wzruszył ramionami i chrupał dalej chipsy, zostawiając tłuste ślady na obiciu fotela. Patrzyłem na nich i próbowałem odnaleźć dzieci, które kilka lat temu rysowały dla mnie laurki z serduszkami i z dumą czytały je na głos. Gdzie one się podziały?

Nic nas już nie łączyło

Próbowałem kilka razy nawiązać rozmowę. Zapytałem, jak im idzie w szkole, czy mają jakieś nowe zainteresowania, czy wybierają się gdzieś na ferie. Odpowiedzi były krótkie, niemrawe, czasem tylko wzruszenie ramionami. Żadne nie zapytało, co u mnie. Nie zapytali nawet, czy dobrze się czuję. Najmłodsza zniknęła w łazience na ponad dwadzieścia minut, a kiedy w końcu wyszła, pokazywała, że ma na twarzy filtr z jakiejś aplikacji. Patrzyła w telefon, robiąc miny do aparatu.

– Po co tyle zdjęć? – zapytałem.

– Muszę wrzucić story – odpowiedziała, jakby to wszystko tłumaczyło.

Zrezygnowany usiadłem z powrotem w fotelu. Czułem się, jakby moje mieszkanie zostało na chwilę przejęte przez obcych. Nie rozpoznawałem tych ludzi. Przecież to moje wnuki – moje własne, ukochane dzieci moich dzieci. Tylko dlaczego nie ma między nami już żadnej nici porozumienia? Starsza westchnęła, patrząc na zegarek.

– Mamo mówiła, że mamy być tu godzinę, a już minęło pięćdziesiąt minut – mruknęła do pozostałych.

– No to jeszcze chwilę – odburknął średni.

– Dziadek, masz Wi-Fi? – zapytała najmłodsza.

Podszedłem, podałem kartkę z hasłem. Wzięła ją bez słowa i wróciła do swojego kąta. W tej jednej godzinie nie wydarzyło się nic, co miałoby jakąkolwiek wartość.

Chciałem, żeby sobie poszli

Kiedy próbowałem odwrócić wzrok od tej emocjonalnej pustki, zauważyłem coś na półce przy wejściu – starą, zakurzoną laurkę sprzed kilku lat. Przed wizytą postawiłem ją tam z rozrzewnieniem. Pamiętałem ten dzień, gdy mi ją wręczyli: kartka z wycinanymi serduszkami, trochę krzywe literki, ale tyle w niej było ciepła. Przeczytałem wtedy „Dziadku, jesteś naszym bohaterem” i płakałem ze wzruszenia. Podniosłem laurkę, podszedłem do stołu i położyłem ją między nimi.

– Pamiętacie to? – zapytałem z nadzieją.

Starsza spojrzała obojętnie.

– To było wieki temu – powiedziała i wróciła do telefonu.

– Ktoś to w ogóle robił ręcznie? – zapytał średni z ironicznym uśmiechem.

Najmłodsza zerknęła, po czym rzuciła:

– Serio to trzymasz?

Wziąłem laurkę z powrotem do ręki. Przejechałem palcem po zagięciach papieru. Wtedy czułem, że mam miejsce w ich życiu. Teraz, mimo że byli dosłownie obok, byłem im kompletnie obojętny. Nie chodziło o to, że się zmienili. Chodziło o to, że przestali mnie widzieć. Usiadłem ciężko przy stole i udawałem, że czegoś szukam w szufladzie, by ukryć, jak bardzo chciałem, żeby już sobie poszli.

Czasem miłość nie wystarcza

Ostatnia godzina ich wizyty minęła jak w zwolnionym tempie. Stali przy drzwiach, kurtki na ramionach, telefony w dłoniach, gotowi do wyjścia. Spojrzałem na nich jeszcze raz, szukając choćby cienia sympatii, ciepłego gestu. Nic takiego nie nadeszło. Starsza mruknęła „do zobaczenia”, średni przewrócił oczami, a najmłodsza zniknęła z ostatnim selfie. Otworzyłem drzwi i poczułem, jak zimne powietrze z korytarza wchodzi do mieszkania. Przeszli obok mnie obojętnie, jakbym nie istniał. Zamknęli drzwi i od razu poczułem pustkę, która wypełniła całe pomieszczenie. Cisza po ich wyjściu była głośniejsza niż ich śmiech, ich tupot, ich mruknięcia. Usiadłem w fotelu, patrząc na stół zastawiony na ich wizytę – ciasto, filiżanki, sok – wszystko nietknięte.

Ich obecność przyniosła chaos, a odejście zostawiło spustoszenie w moim sercu. Pomyślałem o dawnych czasach, kiedy to ja byłem ich bohaterem, kiedy czekali z laurkami, kiedy pytali, co u dziadka. Teraz nie było mnie w ich świecie. Otworzyłem książkę na stole, próbując zagłuszyć myśli, ale każda strona przypominała, że już mnie nie potrzebują. W mieszkaniu pachniało ich perfumami, chipsami i zimnym powietrzem, mieszanką, która jeszcze długo będzie mi się śniła. Spojrzałem na laurkę sprzed lat, nadal piękną, jakby czas się zatrzymał. Przełknąłem ślinę, wziąłem głęboki oddech i westchnąłem. Muszę przyznać, że wciąż ich kocham, mimo że ode mnie odeszli na swoją nową drogę. Ta wizyta nauczyła mnie, że czasem miłość nie wystarcza, by utrzymać więź. Muszę znaleźć sposób, by odzyskać kontakt, zanim całkiem mnie zapomną.

Jeszcze nie wszystko stracone

Dzień dobiegł końca, a ja zostałem sam w pustym mieszkaniu. Patrzyłem na puste krzesła, niedotknięte talerze, na laurkę sprzed lat, która wydawała się teraz jedynym świadectwem tego, że kiedyś byłem dla nich ważny. Cisza była nieprzyjemna, pełna żalu, ale też zmuszająca do refleksji. Zdałem sobie sprawę, że ich obojętność nie wynikała z braku uczuć, lecz z tego, że dorastają, budują własny świat, w którym dziadek coraz częściej jest tylko tłem.

Przez chwilę wspominałem, jak trzymali mnie za rękę, jak śmiali się przy wspólnych grach, jak ich małe gesty nadawały sens mojemu dniu. Teraz wszystko wydawało się tak odległe, jakby minęła epoka, której nie da się odzyskać. Zrozumiałem, że muszę nauczyć się kochać z dystansu, pozwolić im na ich przestrzeń, ale też znaleźć sposób, by nie zniknąć całkiem z ich życia. Usiadłem przy oknie, patrząc, jak słońce powoli znika za horyzontem. Czułem ból, samotność, ale też coś innego – determinację. Jeszcze nie wszystko stracone. W głębi serca wiedziałem, że mogę spróbować odbudować więź, powoli, krok po kroku, bez oczekiwań, bez żalu. Jeszcze mogę być ich dziadkiem, tym prawdziwym, którego będą pamiętać, nie tylko z przeszłości, ale i z teraźniejszości.

– Muszę zacząć od nowa – powiedziałem do siebie cicho, łapiąc oddech, czując jednocześnie ciężar i nadzieję.

Jerzy, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama