„Gdy na walentynki dostałam bilety na koncert, liczyłam na wieczoru dla dwojga. Na miejscu czekał na nas ktoś jeszcze”
„Walentynki miały być momentem, który mi powie, że jeszcze coś nas łączy. Kiedy Igor dał mi bilety na koncert, naprawdę się ucieszyłam i pomyślałam, że to wreszcie wieczór dla nas. Dopiero na miejscu dotarło do mnie, że wykupił trzy rezerwacje. Siedziałam między nim a jego mamą i poczułam, jak cała ta radość nagle się rozsypuje”.

- Redakcja
Walentynki zawsze wyobrażałam sobie jako cichy znak, że nadal jesteśmy dla siebie ważni. Nie chodziło o gesty, raczej o uwagę. Z Igorem żyliśmy obok siebie spokojnie, lecz coraz chłodniej, jakby między nami stało coś niewidzialnego. Miałam nadzieję, że ten wieczór będzie powrotem do bliskości.
Prezent idealny… przez chwilę
Igor wręczył mi kopertę bez słowa, jakby bał się, że dźwięk głosu coś zepsuje. Siedzieliśmy przy stole w kuchni. Przez sekundę pomyślałam, że to jakiś rachunek albo urzędowy list. Dopiero kiedy zobaczyłam nadruk sali koncertowej, poczułam ciepło.
– Pomyślałem, że może byśmy gdzieś wyszli – powiedział, unikając mojego wzroku.
Bilety. Walentynkowy koncert. Data dokładnie czternastego. Przez moment zabrakło mi słów. Uśmiechnęłam się szerzej, niż planowałam, i poczułam, jak coś we mnie mięknie. Tak niewiele trzeba było, żebym znów uwierzyła.
– Dziękuję – powiedziałam. – Naprawdę.
Igor tylko skinął głową. Nie było przytulenia, pocałunku, tego drobnego gestu, który kiedyś przychodził mu naturalnie. Mimo to próbowałam nie analizować. Wmawiałam sobie, że liczy się intencja. Że wreszcie zrobił coś „dla nas”.
Przez resztę dnia nosiłam w sobie tę myśl jak talizman. Wyobrażałam sobie salę, światła, muzykę, nasze dłonie na podłokietnikach obok siebie. Może porozmawiamy. Może przypomnimy sobie, kim byliśmy, zanim codzienność zamieniła się w listę spraw do załatwienia.
Wieczorem Igor zerknął na telefon i rzucił mimochodem:
– Dobrze, że udało mi się zarezerwować miejsca obok siebie. Wiesz, z takimi koncertami bywa różnie.
Zatrzymałam się w pół kroku.
– Miejsca? – powtórzyłam, starając się, by brzmiało to neutralnie.
– No… – zawahał się. – Tak było łatwiej.
Uśmiechnął się niepewnie, a ja nie dopytałam. Nie chciałam psuć chwili. Wmawiałam sobie, że przesadzam, że szukam problemów tam, gdzie ich nie ma. Przecież powiedział „dla nas”. Przecież to walentynki. Jednak głęboko pojawiło się znajome uczucie, że coś znów zostało niedopowiedziane. Że radość, którą poczułam, była zbyt krucha, by jej ufać.
Trzecie miejsce
Sala koncertowa pachniała świeżo wypolerowanym drewnem i czymś słodkim, trudnym do nazwania. Światła były jeszcze zapalone, ludzie krążyli między rzędami, szukając swoich miejsc. Igor szedł pierwszy, pewnym krokiem, jakby dokładnie wiedział, dokąd zmierza. Ja podążałam za nim, czując narastający niepokój, którego nie potrafiłam już zagłuszyć.
Zatrzymał się przy naszym rzędzie i wskazał miejsca. Trzy. Idealnie obok siebie, jak zaplanowany układ, z którego nie dało się wyjść bez zwracania na siebie uwagi. Przez chwilę patrzyłam na numery, jakby mogły się zmienić, jeśli mrugnę wystarczająco mocno. Serce zaczęło mi bić szybciej.
– Igor… – zaczęłam, ale nie dokończyłam.
– Zaraz przyjdzie – powiedział spokojnie.
Nie zapytałam kto. Odpowiedź przyszła sama, razem z charakterystycznym stukotem obcasów i znajomą, prostą sylwetką. Wiesława pojawiła się na końcu rzędu, ubrana elegancko, z włosami starannie ułożonymi. Na mój widok uniosła brwi w czymś, co miało być uśmiechem.
– Dobry wieczór, Paulo – powiedziała chłodno, jak zawsze.
– Dobry – odpowiedziałam automatycznie.
Usiadłam między nimi, choć wcale tego nie planowałam. Poczułam, że powietrze zgęstniało. To miał być nasz wieczór. Nasz moment. A ja nagle znalazłam się w roli trzeciego elementu w dziwnym układzie.
– Pomyślałem, że mama też lubi takie koncerty – rzucił Igor, nie patrząc na mnie. – A sama by nie poszła.
Słuchałam, ale każde słowo odbijało się we mnie jak echo. Wstyd mieszał się ze złością. Chciałam wstać i wyjść, zostawić ich tam razem, dokładnie tak, jak wielokrotnie czułam się zostawiana w domu. Zamiast tego siedziałam nieruchomo, z dłońmi splecionymi na kolanach.
Muzyka zaczęła się cicho, niemal nieśmiało. Publiczność ucichła. A ja miałam wrażenie, że wszyscy widzą to, czego ja nie potrafiłam wypowiedzieć na głos. Że znów zostałam postawiona na drugim planie, w dniu, który miał należeć do nas dwojga.
W środku coś we mnie pękło, choć na zewnątrz nie zmieniło się nic. Uśmiechałam się, kiwałam głową, udawałam, że wszystko jest w porządku. Tylko jedno pytanie nie dawało mi spokoju: czy kiedykolwiek naprawdę będę pierwszym wyborem?
To nie jest moja rywalka
Muzyka płynęła ze sceny miękko, spokojnie, jakby zapraszała do zatrzymania się na chwilę. Siedziałam sztywno, z ramionami lekko uniesionymi, niezdolna do pełnego oddechu. Igor pochylił się w stronę matki.
– Dobrze słychać? – zapytał.
Wiesława skinęła głową. Jej dłonie spoczywały na torebce, palce splecione z taką siłą, jakby bała się, że ktoś ją nagle stąd wyprowadzi. Zauważyłam, że zerka na syna częściej, niż na scenę. Na mnie niemal wcale.
Próbowałam skupić się na dźwiękach, ale ciało mnie zdradzało. Każdy ruch Igora w stronę matki odbierałam jak kolejne potwierdzenie, że tu nie pasuję. Że powinnam zniknąć, żeby obraz stał się kompletny. W pewnym momencie Wiesława poprawiła płaszcz i niechcący musnęła mnie łokciem.
– Przepraszam – powiedziała szybko.
Spojrzałam na nią zaskoczona. Jej głos nie brzmiał chłodno. Raczej niepewnie. Jakby naprawdę bała się przekroczyć granicę. Po raz pierwszy dostrzegłam drobne napięcie w jej twarzy, zmarszczki, które nie miały nic wspólnego z surowością, a wszystko z samotnością.
Podczas jednego z utworów Igor zamknął oczy. Wiesława patrzyła na niego uważnie, z czymś, co przypominało ulgę. Jakby ten wieczór był dla niej dowodem, że nadal ma swoje miejsce. I nagle poczułam ukłucie, którego się nie spodziewałam. Nie zazdrość. Raczej zrozumienie, niechciane, ale prawdziwe.
– Lubiłam takie koncerty, kiedy Igor był mały – szepnęła nagle do mnie, nachylając się ostrożnie. – Zawsze mówił, że muzyka go uspokaja.
Nie odpowiedziałam od razu. Zaskoczyło mnie, że zwróciła się właśnie do mnie. Skinęłam tylko głową, a w środku coś zaczęło się przesuwać, jakby emocje zmieniały miejsca bez mojej zgody. Nadal było mi ciężko. Nadal czułam żal. Ale obok niego pojawiło się pytanie, czy naprawdę jesteśmy rywalkami, czy tylko dwiema kobietami bojącymi się stracić to samo. Wieczór, którego nie chciałam, trwał dalej. A ja coraz mniej byłam pewna, czy moja złość ma tylko jeden adres.
Teściowa wyznała mi prawdę
Przerwa przyszła nagle, jak gwałtowny oddech po zbyt długim zanurzeniu. Światła rozbłysły, ludzie wstali z miejsc, a ja poczułam, że jeśli nie ruszę się teraz, coś we mnie naprawdę się rozsypie. Igor spojrzał na mnie pytająco.
– Idę się przejść – powiedziałam, zanim zdążył cokolwiek zaproponować.
Wyszłam do foyer, gdzie było jaśniej i głośniej. Oparłam się o ścianę, próbując uspokoić myśli. Po chwili usłyszałam kroki. To nie był Igor. Wiesława stanęła obok mnie, zachowując wyraźny dystans.
– Nie planowałam… – zaczęła i urwała. – Nie chciałam cię urazić.
Popatrzyłam na nią uważnie. Nie było w niej tej dawnej pewności. Raczej napięcie, jakby każde słowo ważyło za dużo.
– To nie pani decyzja – odpowiedziałam spokojniej, niż się spodziewałam. – Tylko… to były walentynki.
Skinęła głową. Jej ramiona opadły.
– Igor boi się, że zostanę sama – powiedziała cicho. – A ja boję się, że już jestem.
Te słowa trafiły we mnie mocniej niż wszystkie wcześniejsze myśli. Nagle zobaczyłam nie dominującą teściową, lecz kobietę, która kurczowo trzyma się syna, bo nie ma już nikogo innego. W tej samej chwili zrozumiałam też coś o Igorze. Jego milczenie, uniki, decyzje podejmowane bez rozmowy nie wynikały z obojętności. Z lęku.
Kiedy wróciłyśmy na salę, Igor spojrzał na nas z niepokojem.
– Wszystko w porządku? – zapytał.
Usiadłam obok niego i po raz pierwszy tego wieczoru dotknęłam jego dłoni.
– Jeszcze nie – odpowiedziałam szczerze. – Ale może będzie.
Nie było kłótni. Nie było wyjaśnień. Zaczęłam widzieć więcej, niż chciałam. O sobie, o nim, o niej. I wiedziałam, że nie wszystko jest proste.
Łatwo pomylić intencje
Z drogi powrotnej pamiętam głównie ciszę. Nie była ciężka, raczej niepewna, jakby każde z nas próbowało ułożyć w głowie ten sam wieczór, ale z innej perspektywy. Wiesława siedziała z tyłu, patrząc przez okno, a Igor prowadził skupiony, z dłoniami zaciśniętymi na kierownicy. Ja obserwowałam odbicia świateł na szybie i myślałam o tym, jak łatwo pomylić intencje.
– Dziękuję za wieczór – powiedziała, patrząc tym razem na mnie. – To było dla mnie ważne.
Skinęłam głową. Nie potrafiłam jeszcze odpowiedzieć nic więcej, ale poczułam, że to zdanie naprawdę coś znaczyło. Zostaliśmy z Igorem sami. W mieszkaniu przez chwilę staliśmy tacy obcy i bliscy jednocześnie.
– Powinniśmy porozmawiać – odezwał się w końcu.
– Tak – przyznałam. – Ale nie dziś.
Nie chciałam tej rozmowy z gniewem w głosie. Chciałam ją z nowym zrozumieniem, które dopiero się we mnie rodziło. Walentynki nie były takie, jakie sobie wymarzyłam. Nie były romantyczne ani łatwe. Były jednak prawdziwe. Pokazały mi, że od dawna rywalizowałam z cieniem, zamiast mówić o własnych potrzebach. Nie wiem, jak ustalimy granice. Nie wiem, czy Igor nauczy się je widzieć. Wiem tylko, że coś we mnie pękło tamtego wieczoru, a w to pęknięcie wdarło się światło.
Paula, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zrzuciliśmy się na remont domu babci. Nie sądziłem, że moje 15 tys. rozpłynie się wraz z kuzynem jak śnieg w kwietniu”
- „Mąż całe noce spędzał w piwnicy, a ja z niego kpiłam. Było mi wstyd, gdy odkryłam tam jego nietypowe zabaweczki”
- „Ferie miały nas zbliżyć, a wylądowaliśmy na przeciwnych biegunach. Mąż z kochanką w pokoju, a ja na stoku z instruktorem”