Reklama

Henryk był spokojnym mężczyzną. Kochał stabilizację, swój fotel i telewizor. Morze – tak, ale tylko jeśli miał pod ręką leżak, gazetę i piwo. A ja zawsze marzyłam o górach. O tym uczuciu, kiedy wchodzisz na szczyt i czujesz, że wszystko jest możliwe. Ale kiedy mówiłam:

Reklama

– Heniek, może byśmy pojechali w Bieszczady? Zobacz, są takie piękne szlaki...

On tylko machał ręką.

– Po co ci te góry, Teresa? Na co ci to łażenie? Połamiesz nogi i tyle z tego będzie.

Żyłam jak cień

No i nie pojechaliśmy. Nigdy. A ja schowałam swoje marzenia do szuflady, gdzie leżały razem z niezałożonymi sukienkami i zapomnianym notatnikiem, w którym kiedyś próbowałam pisać wiersze.

Kiedy Heniek zmarł, zostałam z pustką, której nikt nie mógł wypełnić. Cisza w domu była głośniejsza niż jego wieczne narzekanie. Przez długi czas nie robiłam nic. Wstawałam, jadłam, podlewałam kwiatki. Aż któregoś dnia, przeglądając ogłoszenia w lokalnym klubie seniora, zobaczyłam: „Wycieczka w góry dla seniorów – łatwe szlaki, grupa początkująca, noclegi w schroniskach”.

Zamknęłam oczy i przez chwilę zobaczyłam siebie – w butach trekkingowych, z plecakiem, wśród szumu drzew i śpiewu ptaków. Serce zabiło mi szybciej. Zapisałam się, z lękiem, ale i z nadzieją.

W dzień wyjazdu obudziłam się przed budzikiem. Nie z podekscytowania, raczej z niepokoju. Spakowałam plecak już poprzedniego wieczoru, ale i tak kilka razy do niego zaglądałam, sprawdzając, czy na pewno mam wszystko. Nie wyglądałam jak kobieta gotowa na wyprawę, raczej jak babcia wybierająca się na zakupy. Ale ruszyłam.

Spotkaliśmy się na parkingu przy domu kultury. Grupa była zróżnicowana – jedna para wyglądała, jakby całe życie spędzała w Tatrach, inni mieli na sobie nowe buty, jeszcze pachnące sklepem. Kilka kobiet rozmawiało głośno, śmiały się, jakby znały się od lat. Ja stałam z boku, trzymając się plecaka jak ratunkowego koła.

Nie miałam formy

Następnego dnia poszliśmy na szlak. Nie było stromo, ale dla mnie – osoby, która przez lata wchodziła co najwyżej po schodach na trzecie piętro – to był wyczyn. Po dziesięciu minutach zaczęłam łapać zadyszkę. Tętno waliło mi w uszach, a pot spływał po karku.

Kiedy grupa zaczęła mi się oddalać, poczułam narastający wstyd. Stanęłam przy drzewie, udając, że podziwiam widok, choć tak naprawdę miałam ochotę się rozpłakać. Wtedy usłyszałam spokojny głos.

– Nie trzeba się spieszyć. Nie jesteśmy na wyścigu.

Odwróciłam się i zobaczyłam mężczyznę. Miał siwe włosy, lekko zadarty nos i łagodny uśmiech. Trzymał kijki trekkingowe, ale opierał się o nie tak, jakby sam potrzebował chwili odpoczynku.

– Pierwszy raz? – zapytał.

– W górach? Tak. I chyba ostatni – odpowiedziałam, próbując żartować, ale wyszło to gorzko.

– Ja też zaczynałem późno. I też myślałem, że nie dam rady. A potem zrozumiałem, że to nie musi być perfekcyjne.

Spojrzałam na niego zdziwiona. Nie znał mnie, a mówił tak, jakby czytał mi w myślach.

– Teresa – przedstawiłam się.

– Witold. Miło cię poznać.

Szliśmy dalej razem, powoli. Nie rozmawialiśmy wiele, ale jego obecność działała na mnie kojąco. Gdy wreszcie dotarliśmy do miejsca, gdzie czekała reszta grupy, byłam spocona, zmęczona, ale dumna. Weszłam. Może wolno, z trudem, ale weszłam.

Zaczęłam wątpić

Wieczorem usiedliśmy wszyscy przy ognisku. Ciepło ognia, zapach dymu, ktoś grał cicho na gitarze. Wydawało się, że wszyscy znali ten rytuał – opowieści, śmiech, herbata z termosu. Ja słuchałam w ciszy, czując się trochę jak pasażer na gapę w cudzym życiu. Inni opowiadali o wyprawach, szczytach, nocach w schroniskach. Ja mogłam powiedzieć tylko tyle, że kiedyś z Heniem byliśmy nad Bałtykiem, ale nawet tego nie chciałam wspominać.

Witold siedział niedaleko. Kiedy rozmowy trochę ucichły, przesunął się bliżej mnie.

– Jak się czujesz? – zapytał cicho.

– Jakbym się zgubiła… ale w dobrym kierunku – odpowiedziałam.

Uśmiechnął się.

– To dobrze. Czasem trzeba się zgubić, żeby wreszcie zacząć iść własną drogą.

Pokręciłam głową.

– Nie pamiętam, kiedy ostatnio zrobiłam coś tylko dla siebie. Zawsze byłam… dodatkiem do kogoś.

Siedzieliśmy chwilę w milczeniu. Ogień trzaskał, a ja pierwszy raz od bardzo dawna poczułam, że nie jestem całkiem sama.

Wspierał mnie

Drugiego dnia szliśmy bardziej stromym szlakiem. Niby miał być łatwy, ale moje kolana miały inne zdanie. Grupa oddalała się coraz bardziej, a ja ledwo łapałam oddech. Zaczęłam złościć się na siebie – że nie mam formy, że w ogóle tu przyjechałam, że myślałam, że mogę coś jeszcze zmienić. W połowie podejścia usiadłam na kamieniu. Zacisnęłam powieki, łzy same popłynęły. Nie ze zmęczenia. Z tej głuchej bezsilności, która dopada człowieka, gdy myśli, że jest już za późno.

– To wszystko bez sensu – powiedziałam, nie spodziewając się, że ktoś mnie słyszy.

Witold usiadł obok, bez słowa. Po prostu był. Oddychał obok mnie. Tak zwyczajnie i cicho, że z czasem moje łzy zaczęły wysychać. Po kilku minutach podniosłam się. Nie powiedziałam nic, on też nie musiał. Wstał razem ze mną i ruszyliśmy dalej.

Po powrocie do domu długo siedziałam w przedpokoju. W mieszkaniu panowała znajoma cisza, ale tym razem nie była już tak przytłaczająca. Następnego dnia wyszłam na spacer do pobliskiego parku. Chodziłam powoli, patrzyłam na drzewa, których wcześniej nie zauważałam.

Tydzień później zapisałam się na jogę dla seniorów. Potem zadzwoniłam do Marylki, mojej starej przyjaciółki, z którą nie rozmawiałam od lat, bo kiedyś posprzeczałyśmy się o głupstwo. Odebrała. Płakałyśmy obie.

Odnalazłam sens

A któregoś wieczoru usiadłam z herbatą i kartką papieru. Pisałam do mojej siostry, Helenki. Zmarła trzy lata temu. Była zawsze odważniejsza ode mnie.

„Pierwszy raz czuję, że nie jestem tłem, tylko sobą. Trochę zmęczoną, ale prawdziwą. Dzisiaj zrobiłam sobie zupę dyniową, sama, bez przepisu. I wiesz co? Była pyszna. Nie wiem, co będzie dalej, ale przestałam się tego tak strasznie bać”. Złożyłam list i wsunęłam go do zeszytu, który kiedyś był pusty. Teraz zaczął się wypełniać.

Potem zadzwoniłam do Witolda. Umówiliśmy się w kawiarni niedaleko mojego domu. Usiedliśmy przy oknie, popijając herbatę z cytryną. Rozmawialiśmy długo – o książkach, które ostatnio przeczytaliśmy, o miejscach, które chcielibyśmy jeszcze zobaczyć. Witold mówił, że od dawna marzy o wiośnie w Karkonoszach. Ja przytaknęłam, trochę zaskoczona, że też zaczynam o czymś marzyć.

– Myślisz, że człowiek może jeszcze mieć przyjaciela w tym wieku? – zapytałam nagle.

– Może – odpowiedział bez wahania. – I może być nim ktoś, kto po prostu usiądzie obok i pozwoli ci oddychać.

Uśmiechnęłam się, bo wiedziałam, że to prawda. Nie potrzebowałam wielkich słów ani gestów. Potrzebowałam właśnie tego – spokojnej obecności, zrozumienia bez tłumaczenia.

Zanim się pożegnaliśmy, umówiliśmy się, że wiosną znów pójdziemy w góry. Może trochę dalej. Może trochę wyżej. Ale już razem.

Reklama

Teresa, 69 lat

Reklama
Reklama
Reklama