Reklama

Nie jestem tym, kim moi rodzice chcieli, żebym była. Od zawsze miałam wrażenie, że moje istnienie to nieporozumienie, coś, co się im „przydarzyło” niezgodnie z planem. Chcieli syna – silnego, pewnego siebie, kontynuatora nazwiska, kogoś, kto będzie łapał piłkę w ogrodzie i naprawiał samochód z ojcem. A urodziłam się ja – dziewczynka, która lubiła książki, płakała na kreskówkach i zadawała zbyt wiele pytań. Zamiast miłości i dumy czułam ciągłą ocenę, jakby moje bycie sobą było czymś niewystarczającym. Tylko że ja niczego nie wybierałam. Po prostu się urodziłam.

Miałam nie przeszkadzać

Pamiętam, jak mama wróciła ze sklepu z wielkim kartonem pełnym ciuszków dla noworodka. Miałam wtedy cztery lata i z ekscytacją zaglądałam do środka. Z każdą kolejną rzeczą, którą wyjmowała, mina mi rzedła. Wszystko było niebieskie: śpioszki, kocyki, nawet butelka z napisem „Daddy's Champ”. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, że ludzie przypisują kolorom znaczenie, ale bardzo chciałam mieć też niebieskie rzeczy. Teraz czekali na chłopca. A ja, z różowym misiem w ręku, patrzyłam, jak mama starannie składa ubranka, które nigdy nie miały mi pasować.

– Mamusiu, a ja też miałam takie niebieskie rzeczy? – zapytałam z nadzieją.

– Nie kochanie, ty miałaś wszystko w różu – odpowiedziała, nawet nie podnosząc na mnie wzroku.

Czułam, jakbym przegrała w jakiejś grze, której zasad nikt mi nie wytłumaczył. Gdy rodzice dowiedzieli się, że będą mieli drugie dziecko, ich radość była ogromna. Mama chodziła dumna, tata rozmawiał z brzuchem, nazywając go „małym wojownikiem”. A ja? Ja byłam tą cichą dziewczynką z boku, która miała nie przeszkadzać. Kiedy na świat przyszedł mój brat, czułam się tak, jakby ktoś wcisnął przycisk „reset” w naszej rodzinie. W końcu mieli to, na co czekali. A ja? Z każdym dniem coraz bardziej czułam, że jestem tylko pomyłką w planie, który zakładał coś zupełnie innego.

W piłkę nie grałam

Od kiedy mój brat nauczył się chodzić, tata w każdą sobotę zabierał go na boisko. Nawet zimą, gdy śnieg pokrywał trawę, biegali razem z piłką, śmiejąc się i okrzykami dopingując swoje podania. Stałam wtedy przy płocie, przestępując z nogi na nogę i marznąc, bo przecież trzeba było „wspierać brata”. Miałam nadzieję, że chociaż raz zaproszą mnie do gry, ale nikt nigdy nie zapytał. Jakby z góry założono, że dziewczynki się do tego nie nadają.

– Ty się lepiej ucz – rzucił tata, kiedy kiedyś podeszłam bliżej z piłką w ręku. – Nie każdemu pasuje sport.

Zacisnęłam wtedy zęby i wróciłam do ławki. Nawet nie próbowałam się więcej wychylać. Siedziałam z boku i klaskałam, gdy brat strzelał gole. Każdy jego sukces był świętem, każda porażka – tragedią. Mama piekła ciasto na jego zwycięstwa, tata opowiadał znajomym o „naszym małym mistrzu”. A ja? Przynosiłam same piątki, wygrywałam konkursy recytatorskie, ale to było zaledwie tło. Tego nie omawiano przy stole. Czasem miałam wrażenie, że im lepiej mi szło, tym bardziej stawałam się dla nich niewygodna. Jakby moje osiągnięcia były czymś kłopotliwym, bo nie wpisywały się w ten ich obrazek idealnego syna. Więc przestałam mówić o szkole. Zamykałam zeszyty, zanim zdążyli zauważyć, że zdobyłam coś ważnego. I stałam zawsze z boku, zawsze w ciszy.

Na święta encyklopedie

W naszej rodzinie święta zawsze były wydarzeniem. Mama piekła trzy rodzaje sernika, tata rozwieszał lampki już w listopadzie, a ja z bratem odliczaliśmy dni do Wigilii, ale im byliśmy starsi, tym wyraźniej widziałam, że prezenty pod choinką mówiły więcej niż słowa. Pamiętam jedną Wigilię szczególnie dobrze. Miałam wtedy trzynaście lat, brat – dziesięć. Rozpakowywaliśmy prezenty na zmianę, żeby „każdy mógł się nacieszyć chwilą”. On dostał drona – wielkiego, z kamerą, z pilotem. Rodzice nie mogli się nachwalić:

– To coś dla ciebie, Michałek, ty masz przecież takie zdolności techniczne! – zachwycał się tata.

Mój prezent był zapakowany w prostą kopertę. Otworzyłam ją, czując, że znów trafiło na coś „mądrego”. Encyklopedia z serii „Wielcy Ludzie Nauki”. Gruba, ciężka, bez obrazków. Spojrzałam na nią i uśmiechnęłam się sztucznie.

– Dziękuję – powiedziałam, choć miałam ochotę wstać i wyjść.

– Ty lubisz czytać, prawda? – rzuciła mama, odgarniając włosy z czoła. – Zresztą, zawsze mówisz, że wiedza to potęga.

Tylko że ja nigdy tak nie mówiłam. To oni wymyślili tę wersję mnie. Dziewczynkę, która nie potrzebuje rozrywki, bo ma „rozum”. Po kolacji Michał od razu pobiegł na dwór testować drona. A ja siedziałam w pokoju i przekładałam kartki encyklopedii, nie mogąc się skupić. Tamtego dnia po raz pierwszy poczułam, że dla nich nie jestem córką, tylko kimś nieważnym. Kimś, kogo trzeba uformować w coś użytecznego.

Moje sukcesy były niczym

W liceum zaczęłam pisać. Najpierw opowiadania, później eseje, aż w końcu – w tajemnicy przed wszystkimi – zgłosiłam się do ogólnopolskiego konkursu literackiego. Gdy przyszła wiadomość, że zajęłam drugie miejsce, serce mi biło jak oszalałe. Pamiętam, że długo siedziałam z telefonem w ręce, zastanawiając się, jak im to powiedzieć. Chciałam, żeby byli ze mnie dumni. Żeby choć raz spojrzeli na mnie tak, jak patrzyli na Michała po każdym jego meczu.

– Wygrałam w konkursie – powiedziałam przy obiedzie, próbując ukryć drżenie głosu. – Było ponad tysiąc uczestników.

Tata nawet nie podniósł wzroku znad talerza.

– No, no – mruknął, jakby mówił do radia w tle. – A jaki to konkurs?

– Literacki. Pisałam opowiadanie o…

– Znowu te twoje książki – westchnęła mama. – To może ci się przyda na lekcjach, ale w życiu trzeba mieć konkrety.

Konkrety. Słowo, które przewijało się w naszym domu zbyt często. Michał grał w klubie, miał treningi, turnieje, a ja? Ja miałam słowa. Niewidzialne, niesłyszalne, niewarte wzmianki przy kolacji. Po tamtym dniu nie mówiłam już o swoich osiągnięciach. Nawet gdy moje teksty zaczęto publikować w szkolnej gazetce, milczałam. Zrozumiałam, że dopóki nie rzucam piłką, nie naprawiam rowerów, ani nie wygrywam zawodów sportowych, nie zasługuję na ich uwagę. A przecież nie chciałam wiele – tylko żeby ktoś powiedział: „Jesteś dla nas ważna”.

W końcu przestałam próbować

Matura była dla mnie momentem granicznym. Zdałam ją bardzo dobrze, dostałam się na studia dziennikarskie, choć wahałam się do ostatniej chwili. Nie dlatego, że nie wiedziałam, czego chcę. Wiedziałam aż za dobrze, ale bałam się, że znowu usłyszę, że to „niepraktyczne”. I nie pomyliłam się.

– Dziennikarstwo? – powtórzył tata, jakby przeżuwał kwaśne jabłko. – A co ty potem będziesz robić? W gazetce osiedlowej pracować?

Mama nie powiedziała nic, tylko wzruszyła ramionami. Tego wieczoru długo siedziałam w swoim pokoju, wpatrując się w puste biurko. Czekałam na coś, czego od nich nigdy nie dostałam – prostego „dobrze zrobiłaś”. Ale nic z tego. I wtedy po raz pierwszy nie zabolało. Było mi po prostu obojętnie. Zaczęłam pakować swoje rzeczy do kartonów. Wiedziałam, że czas się wyprowadzić. Chciałam zobaczyć, kim jestem, gdy nikt nie mierzy mnie przez pryzmat tego, czego nigdy nie mogłam im dać. Nie żegnali mnie ze łzami. Michałowi zrobiliby przyjęcie, ja usłyszałam tylko:

– Jakbyś czegoś potrzebowała, to daj znać.

– Dam – odpowiedziałam spokojnie, choć wiedziałam, że raczej nie dam.

Nie chciałam już udowadniać, że zasługuję na ich uwagę. Przestałam czekać na dzień, w którym w końcu mnie dostrzegą. Bo nie byłam błędem. Nie byłam pomyłką w planie. Po prostu nie byłam tym, kogo sobie wymarzyli, ale to nie znaczyło, że byłam nikim.

Życie po ich oczekiwaniach

Wyprowadzka była początkiem ciszy, której wcześniej nie znałam. Nikt nie komentował moich wyborów, nie patrzył z zawodem, nie podważał moich decyzji. Miałam pokój w starej kamienicy i własne biurko przy oknie. Pisałam codziennie, najpierw tylko do szuflady, potem do lokalnych redakcji. Małe kroki, ale moje. Na początku dzwonili rzadko. Mama raz zapytała, czy jem coś więcej niż zupki chińskie, tata – czy nie mam „już dosyć tego pisania”. Michał raz przysłał zdjęcie z zawodów, ale nie odpowiedziałam. Czułam, że aby zacząć żyć swoim życiem, muszę przestać być dodatkiem do ich świata.

Nie próbowałam ich zmieniać. Pogodziłam się z tym, że w ich oczach zawsze będę „tą drugą”. I to też było jakieś wyzwolenie. Nie oczekiwałam już pochwał, nie szukałam akceptacji w ich gestach. Zaczęłam szukać jej w sobie. W ludziach, którzy widzieli mnie taką, jaka byłam – bez planów, bez zawiedzionych nadziei. Nie wiem, czy kiedyś powiedzą, że są ze mnie dumni. Może nie potrafią. A może ich duma po prostu wygląda inaczej, cichsza, mniej oczywista, ale już jej nie wypatruję. Nie potrzebuję jej, by wiedzieć, że jestem wartościowa. Nie dlatego, że piszę, że studiuję, że żyję po swojemu, ale dlatego, że jestem.

Natalia, 21 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama