Reklama

Z Karoliną poznałyśmy się w liceum. Siedziałyśmy razem w ławce, śmiałyśmy się z tych samych głupich rzeczy i uczyłyśmy się do sprawdzianów noc przed terminem. Na pierwszy rzut oka byłyśmy takie same – dwie dziewczyny z jednego miasta, z podobnymi marzeniami po maturze. Ale im dłużej się przyjaźniłyśmy, tym częściej czułam, że ona żyje w świecie, do którego ja tylko zaglądam przez szybę. U Karoliny w domu zawsze było „więcej”. Większy dom, lepszy samochód, wakacje za granicą, markowe ubrania, o których ja nawet nie myślałam, bo wiedziałam, że nas na to nie stać. U mnie w domu wszystko było przeliczane na raty, „może później”, „zobaczymy”, „nie teraz”. Mama robiła, co mogła, ale pieniądze zawsze były tematem, który wisiał nad nami jak ciężka chmura.

Dlatego kiedy rodzice Karoliny zaproponowali, że zabiorą mnie z nimi w Alpy, poczułam coś pomiędzy euforią a niepokojem. To było jak spełnienie marzenia, które nawet nie zdążyło się porządnie narodzić. „Zabieramy też Julię, nie ma żadnego problemu” – usłyszałam mimochodem, jakby chodziło o dodatkową torbę, a nie o człowieka. Byłam wdzięczna. Bardzo. Jednocześnie czułam się tak, jakby ktoś zaprosił mnie do świata, w którym nie znałam zasad. Nie wiedziałam jeszcze, że ta niewiedza będzie mnie kosztować znacznie więcej niż jakiekolwiek pieniądze.

Liczyłam każdy grosz

Alpy były dokładnie takie, jak na zdjęciach z postów Karoliny. Białe szczyty, drewniane chalet, zapach drogich perfum w hotelowym lobby. Już pierwszego dnia zrozumiałam, że jestem tu trochę „na doczepkę”. Alicja bez mrugnięcia okiem zamawiała, co chciała, Tomasz rzucał napiwki, jakby były drobnymi z kieszeni. Karolina kupowała pamiątki, które ja tylko brałam do ręki, po czym odkładałam, udając, że „jeszcze się zastanowię”.

Starałam się nie odstawać, ale w środku cały czas liczyłam. Każdą kawę, każdy obiad. Kiedy szli do restauracji z gwiazdką Michelin, mówiłam, że boli mnie głowa. Kiedy planowali zakupy, mówiłam, że pójdę na spacer. Czułam się jak gość, który za bardzo się rozgościł.

Po powrocie do Polski Tomasz zadzwonił, że chcieliby mnie zaprosić „na chwilę rozmowy”. Usiadłam u nich w salonie, na tej samej kanapie, na której wcześniej oglądaliśmy zdjęcia z wyjazdu.

– Wiesz Julia – zaczął spokojnie Tomasz, splatając dłonie – bardzo się cieszymy, że z nami pojechałaś.

– Ja też… naprawdę jestem ogromnie wdzięczna – odpowiedziałam automatycznie.

Alicja uśmiechnęła się lekko.

– My tylko pomyśleliśmy, że wypadałoby, żebyś symbolicznie się dorzuciła. Tak… pięć tysięcy powinno być w porządku. To niewiele przy takich kosztach.

Zrobiło mi się gorąco. Słyszałam ich głosy jakbym była już gdzieś indziej. Kiwnęłam głową, choć w środku coś we mnie pękło. Pięć tysięcy. „Symbolicznie”. Dla nich jedno zdanie. Dla mnie – ściana, o którą właśnie uderzyłam z całym impetem.

Mama była wściekła

Do domu wróciłam jak na autopilocie. Plecak rzuciłam pod ścianę, kurtkę zostawiłam na krześle. Mama od razu zauważyła, że coś jest nie tak.

– Julia? Co się stało? – zapytała ostrożnie, jakby bała się odpowiedzi.

Usiadłam przy stole i przez chwilę patrzyłam na swoje dłonie. Serce waliło mi jak oszalałe.

– Mamo… oni chcą pieniędzy – wydusiłam w końcu.

– Jakich pieniędzy? – zmarszczyła brwi.

– Za Alpy. Pięć tysięcy. „Symbolicznie”.

Zapadła cisza, po czym mama gwałtownie odsunęła krzesło.

– Co?! – niemal krzyknęła. – Przecież mówili, że chcą cię ze sobą zabrać! Że Karolina tego chciała!

– Ja wiem… – spuściłam wzrok. – Ale powiedzieli to tak, jakby to było oczywiste. Jakby to była drobnostka.

To jest bezczelność! – mama zaczęła nerwowo chodzić po kuchni. – Zadzwonię do nich. Natychmiast. Nikt nie będzie cię tak upokarzał!

– Nie! – zerwałam się. – Proszę, nie dzwoń. Jeszcze wyjdzie, że jesteśmy roszczeniowe. Że się czepiamy.

– Julia, pięć tysięcy to nie są żadne grosze!

– Dla nich może są… – powiedziałam cicho.

Poczułam, jak pieką mnie oczy. Wstyd mieszał się ze złością. Byłam wściekła na nich, ale jeszcze bardziej na siebie. Na to, że pojechałam. Że uwierzyłam. Że choć przez chwilę poczułam się częścią ich świata.

Mama usiadła obok mnie i objęła mnie ramieniem.

– Cokolwiek zdecydujesz, jestem po twojej stronie – powiedziała, ale w jej głosie słyszałam strach. Ten sam, który znałam od dziecka. Strach przed wydatkami, które przewyższają nasz budżet.

Reakcja Karoliny była ciosem

Pojechałam do Karoliny dwa dni później. Całą drogę powtarzałam sobie, że muszę być spokojna, że nie mogę wyjść na histeryczkę. Otworzyła mi w dresie, z telefonem w ręce, jakby to była zwykła wizyta.

– O, Julia! Wchodź – rzuciła lekko. – Chcesz kawę?

Usiadłyśmy w jej pokoju, tym samym, w którym planowałyśmy wyjazd. Zdjęcia z Alp już wisiały na ścianie.

Karolina… chciałam pogadać – zaczęłam ostrożnie. – Twoi rodzice wspomnieli coś o pieniądzach.

Spojrzała na mnie zdziwiona.

– A, to? No tak, tata mówił, że będą się z tobą kontaktować.

– Ale… nikt mi wcześniej nie powiedział, że mam płacić – głos mi zadrżał. – Myślałam, że to prezent.

Karolina wzruszyła ramionami.

– Julia, przecież to oczywiste, że coś dorzucasz. Pięć tysięcy to i tak grosze, jak na taki wyjazd.

– Dla ciebie może – wypaliłam. – Dla mnie to nie są „grosze”.

– No ale serio robisz z tego problem? – skrzywiła się. – Moi rodzice nie są bankomatem.

Poczułam, jak coś we mnie eksploduje.

– A ja nie jestem waszym projektem charytatywnym! – podniosłam głos. – Gdybym wiedziała, nigdy bym nie pojechała!

Zapadła cisza. Karolina patrzyła na mnie chłodno.

– Przesadzasz – powiedziała w końcu. – Zachowujesz się, jakbyśmy cię skrzywdzili.

Wstałam, ręce mi się trzęsły.

Bo tak się czuję.

Wyszłam, trzaskając drzwiami. Schodząc po schodach, wiedziałam już, że coś między nami właśnie się bezpowrotnie rozsypało.

„Trzeba brać odpowiedzialność”

Długo wpatrywałam się w ekran telefonu, zanim napisałam pierwsze zdanie. Kasowałam je kilka razy, bo każde brzmiało albo zbyt oskarżycielsko, albo zbyt żałośnie. W końcu wysłałam krótką wiadomość do mamy Karoliny.

– Przepraszam, ale chciałam wyjaśnić, że nie wiedziałam, iż wyjazd nie był prezentem. Gdybym wiedziała o kosztach, podjęłabym inną decyzję.

Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewałam.

Julia, jesteś już dorosła. Trzeba brać odpowiedzialność za swoje decyzje. My nie jesteśmy bankomatem.

Patrzyłam na te słowa, czując, jak w gardle rośnie mi gula. Dorosła. Odpowiedzialność. Jakby chodziło o świadomy wybór, a nie o zaufanie. O to, że uwierzyłam ludziom, którzy mówili o „zabraniu” mnie, a nie o „wystawieniu rachunku”.

Napisałam jeszcze jedną wiadomość, bardziej szczerą.

– Pięć tysięcy to dla mnie bardzo duża kwota. Nie mam takich pieniędzy.

Tym razem odpowiedź była chłodna.

– Rozumiemy, ale koszty były realne. Każdy powinien się dorzucić. Tak jest fair.

Fair. To słowo zabolało najbardziej. Bo pierwszy raz w życiu poczułam, że „fair” zależy od tego, ile masz na koncie. Odłożyłam telefon i rozpłakałam się jak dziecko. Nie ze złości, tylko z upokorzenia. Z poczucia, że ktoś zaprosił mnie do stołu, a potem kazał zapłacić za jedzenie, którym mnie poczęstował.

Cena przyjaźni

Spotkałyśmy się jeszcze raz Karoliną. Nie dlatego, że wierzyłam w naprawę tej relacji, tylko dlatego, że nie umiałam zostawić tego w pół słowa. Przyszła spóźniona, z kawą na wynos, jakby to było zwykłe spotkanie po zajęciach.

To co, dalej dramat? – rzuciła bez uśmiechu.

– Chciałam tylko zrozumieć – zaczęłam cicho. – Dlaczego nikt mi wcześniej nie powiedział, że mam zapłacić.

– Bo nie pomyślałam, że trzeba to tłumaczyć – wzruszyła ramionami. – Dla mnie to normalne.

– Właśnie – spojrzałam jej w oczy. – Dla ciebie.

Westchnęła, wyraźnie zniecierpliwiona.

– Julia, serio robisz z tego aferę o pieniądze, psując naszą relację?

– Nie. Robię aferę o wstyd – odpowiedziałam szybciej, niż zdążyłam się zastanowić. – O to, że postawiono mnie pod ścianą. Że mam się tłumaczyć z tego, że nie mam pięciu tysięcy.

Karolina prychnęła.

Każdy ma jakieś wydatki. Może twoja mama mogłaby pomóc.

Te słowa były jak policzek.

– Wiesz co? – wstałam. – Ty naprawdę nie rozumiesz. I chyba nigdy nie zrozumiesz.

– Przesadzasz – rzuciła. – Sama sobie to komplikujesz.

Popatrzyłam na nią po raz ostatni. Na dziewczynę, którą uważałam za przyjaciółkę, a która nawet nie zauważyła, kiedy przestała nią być.

– Może – powiedziałam spokojnie. – Ale przynajmniej wiem, kim jestem. A to więcej niż pieniądze.

Wyszłam bez pożegnania. Wiedziałam już, że to koniec.

Julia, 23 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama