„Gdy się rozwiedliśmy, teściowa odstawiła szopkę na grobie naszej miłości. Bo sakrament to świętość, a rozwód to grzech”
„Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, było zablokowanie numeru Teresy. Przez lata ta kobieta dzwoniła do mnie średnio 5 razy dziennie. Pytała, co ugotowałam, czy wyprasowałam koszule, czy na pewno wiem, jak prowadzić dom. Jej obecność owoli niszczyła nasze małżeństwo, aż w końcu nie było czego ratować”.

- Redakcja
Myślałam, że najtrudniejszą część mam już za sobą. Sąd, podział majątku, te wszystkie bolesne spojrzenia znajomych, którzy nie wiedzieli, po czyjej stronie stanąć. Kiedy sędzia stuknął młotkiem, poczułam ulgę tak głęboką, że aż zakręciło mi się w głowie. Byłam wolna. A przynajmniej tak mi się wydawało. Nie doceniłam jednak kobiety, która przez dekadę mianowała się strażniczką mojego domowego ogniska, mimo że nikt jej o to nie prosił. Teresa, moja była teściowa, miała własny scenariusz na moje życie i fakt, że formalnie przestałam być jej rodziną, wcale nie przeszkodził jej w próbie zrealizowania tego planu. To, co przygotowała na finał, sprawiło, że do dziś budzę się z krzykiem.
Błoga cisza przed burzą
Pamiętam ten dzień, kiedy po raz ostatni wyszłam z budynku sądu okręgowego. Był chłodny, listopadowy wtorek. Kamil, mój – teraz już oficjalnie – były mąż, szedł dwa kroki za mną. Jak zwykle. Przez dziesięć lat małżeństwa zawsze był te dwa kroki z tyłu, chowając się albo za moimi plecami, albo, co gorsza, za szerokimi plecami swojej matki. Rozstaliśmy się w miarę cywilizowanych warunkach, o ile cywilizowanym można nazwać rozwód, w którym facet zgadza się na wszystko, byle tylko mieć święty spokój i wrócić do gier na konsoli.
– To co... cześć? – mruknął, wbijając wzrok w chodnik.
– Cześć, Kamil. Powodzenia – odpowiedziałam, czując, jak z moich ramion spada stukilogramowy ciężar.
Wsiadłam do samochodu i pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, było zablokowanie numeru Teresy. Przez lata ta kobieta dzwoniła do mnie średnio pięć razy dziennie. Pytała, co ugotowałam (i dlaczego znowu coś, co szkodzi jej synkowi), czy wyprasowałam koszule, czy na pewno wiem, jak prowadzić dom. Jej obecność była jak toksyczna mgła, która powoli podduszała nasze małżeństwo, aż w końcu nie było czego ratować. Kamil nigdy nie potrafił postawić jej granicy. Ja próbowałam, co kończyło się cichymi dniami i jej teatralnym łapaniem się za serce. Przez pierwsze dwa tygodnie po rozwodzie panowała błoga cisza. Mieszkałam tymczasowo u siostry, Marty, szukając kawalerki na wynajem, dopóki nie sprzedamy wspólnego mieszkania.
– Dziwne – powiedziała pewnego wieczoru Marta, nalewając nam wina. – Teresa nie zrobiła żadnej sceny? Nie przykuła się do kaloryfera w sądzie?
– Też jestem w szoku – przyznałam, biorąc łyk Chardonnay. – Może w końcu do niej dotarło? Może ma honor?
Marta parsknęła śmiechem tak gwałtownie, że prawie zakrztusiła się winem.
– Teresa i honor? Magda, błagam cię. Ona coś knuje. To jest cisza taktyczna.
Nie wierzyłam jej. Chciałam wierzyć, że ten rozdział jest zamknięty. Że jestem już tylko Magdą, a nie „tą niewdzięczną żoną Kamila”. Jakże byłam naiwna.
Dziwne telefony i znikający kupcy
Problemy zaczęły się, gdy wystawiliśmy nasze wspólne mieszkanie na sprzedaż. To było ładne, trzypokojowe lokum w dobrej dzielnicy. Cena była rozsądna, zdjęcia profesjonalne. Agencja nieruchomości zapewniała, że sprzedamy je w miesiąc. Tymczasem mijały tygodnie, a my wciąż tkwiliśmy w martwym punkcie.
– Pani Magdo, to doprawdy dziwne – tłumaczyła mi agentka przez telefon, wyraźnie zmieszana. – Mieliśmy wczoraj małżeństwo, byli zachwyceni zdjęciami. Umówiliśmy się na oglądanie, ale godzinę przed spotkaniem odwołali. Powiedzieli, że dowiedzieli się o „wadach ukrytych” budynku.
– Jakich wadach? – zapytałam zdenerwowana. – Blok jest z 2010 roku, wszystko jest sprawne!
– Coś o... pluskwach i problemach z kanalizacją w całym pionie. Ktoś im podobno naopowiadał na lokalnym forum osiedlowym.
Zmarszczyłam brwi. Sprawdziłam grupę osiedlową. Cisza. Żadnych postów o pluskwach. Zadzwoniłam do Kamila.
– Wiesz coś o tym? Rozmawiałeś z matką?
– Nie, daj spokój – jęknął. – Mama siedzi w domu, robi na drutach. Nawet nie pyta o ciebie.
– Kamil, musimy sprzedać to mieszkanie. Ja muszę spłacić moją część kredytu, ty swoją. Nie stać nas na utrzymywanie pustego lokalu.
– Wiem, wiem. Jakoś to będzie.
„Jakoś to będzie” – motto życiowe mojego byłego męża. Ale sytuacja gęstniała. Zaczęły do mnie docierać dziwne sygnały z miasta. Pracuję jako menedżerka w dużej firmie logistycznej, znam w tym mieście sporo ludzi. Pewnego dnia, podczas lunchu, koleżanka z działu kadr, Aneta, spojrzała na mnie z troską.
– Magda, wszystko w porządku?
– Tak, czemu pytasz? Rozwód to nie koniec świata, czuję się świetnie.
– Bo wiesz... spotkałam wczoraj twoją teściową w warzywniaku.
– Byłą teściową – poprawiłam ją odruchowo.
– No tak, ale ona mówiła coś innego. Powiedziała, że macie „przejściowy kryzys” i że ty przechodzisz załamanie nerwowe, dlatego mieszkasz u siostry. Że Kamil ci dał przestrzeń na „terapię”, ale niedługo wracasz do domu. Zastygłam z widelcem w połowie drogi do ust. Krew odpłynęła mi z twarzy.
– Co ona powiedziała?
– Że jesteście dalej razem, tylko ty masz... no wiesz, problemy ze sobą. I że ona się modli o twoje wyzdrowienie.
Poczułam, jak wściekłość pulsuje mi w skroniach. To nie była tylko plotka. To był celowy sabotaż mojego wizerunku. W małym mieście takie rzeczy roznoszą się lotem błyskawicy. A jeśli ktoś w pracy uwierzy w te bzdury?
– Aneta, to brednie. Mamy wyrok sądu. Jesteśmy po rozwodzie. Kamil mieszka u matki, ja u Marty. Koniec.
Aneta pokiwała głową, ale w jej oczach widziałam cień wątpliwości. Teresa była mistrzynią manipulacji. Zawsze potrafiła zrobić z siebie ofiarę, a z innych – potwory.
Gorzej być nie może? A jednak!
Postanowiłam skonfrontować się z Kamilem. Pojechałam do jego matki, chociaż obiecałam sobie, że moja noga więcej tam nie postanie. Dom wyglądał jak zawsze – idealnie przystrzyżony trawnik, firanki białe jak śnieg. Twierdza Teresy. Drzwi otworzył Kamil. Wyglądał na zmęczonego, w wymiętym dresie.
– Co tu robisz? – zapytał szeptem, oglądając się za siebie.
– Musimy pogadać. Twoja matka opowiada ludziom, że mi odbiło i że wciąż jesteśmy małżeństwem.
– Cicho! Ona śpi – syknął. – Przesadzasz. Mama po prostu... trudno jej się pogodzić. Dla niej sakrament to świętość. Ona uważa, że rozwód cywilny to tylko papierek.
– Ale to jest papierek, który definiuje moją wolność! Kamil, ona odstrasza kupców mieszkania! To ona wypisuje bzdury o pluskwach, prawda?
Kamil spuścił wzrok.
– Nie wiem. Może. Powiedziała, że nie pozwoli, żebyśmy stracili dorobek życia przez „chwilowy kaprys”.
– Kaprys?! – Mój głos mimowolnie poszybował w górę. – Nienawidziliśmy się przez ostatnie trzy lata! To nie jest kaprys!
Wtedy w głębi korytarza pojawiła się ona. Teresa. Niska, drobna kobieta o stalowym spojrzeniu i fryzurze utrwalonej taką ilością lakieru, że przetrwałaby każdy wybuch. Uśmiechała się. To był ten jej upiorny, protekcjonalny uśmiech.
– Madziu! – zawołała, jakbyśmy widziały się wczoraj na herbatce. – Kochanie, jak dobrze, że jesteś. Zrobiłam sernik. Twój ulubiony, ten z rosą.
– Nie jestem już pani synową, pani Tereso. Proszę przestać rozsiewać plotki na mój temat.
– Oj, ty zawsze byłaś taka emocjonalna – machnęła ręką, ignorując moje słowa. – Wejdź, porozmawiamy. Kamilku, nastaw wodę.
– Nie wejdę. Chcę tylko sprzedać mieszkanie i zapomnieć o tej farsie.
– Mieszkanie... – westchnęła teatralnie. – Dom to nie mury, Madziu. Dom to ludzie. Nie martw się, wszystko naprawimy.
Uciekłam stamtąd. Dosłownie. Wsiadłam do auta i trzęsącymi się rękami próbowałam trafić kluczykiem do stacyjki. Czułam się jak w jakimś horrorze. Dwa dni później agentka zadzwoniła z informacją, że znalazł się kupiec. Gotówkowy. Zdecydowany. Chciał podpisać umowę przedwstępną jak najszybciej.
– Chwała Bogu – pomyślałam.
Spotkanie miało odbyć się w kancelarii notarialnej za tydzień. Wydawało się, że koszmar dobiega końca.
Zaproszenie na „ostatnią wieczerzę”
Trzy dni przed terminem notariusza zadzwonił Kamil. Brzmiał dziwnie pewnie.
– Słuchaj, Magda. Mama chce się pożegnać.
– Co?
– No wiesz, z nami jako parą. Zrozumiała. Dotarło do niej. Chce zrobić taki obiad pożegnalny, żebyśmy rozstali się w zgodzie. Przeprosić cię za te plotki.
– Nie ma mowy – ucięłam.
– Proszę cię. Ona naprawdę płacze po nocach. Powiedziała, że jeśli przyjdziesz na ten jeden obiad, to przestanie mieszać przy sprzedaży mieszkania i da nam spokój na zawsze. Obiecuję. Będę tam ja, ty i ona. Krótka piłka. Zjedz zupę, przyjmij przeprosiny i koniec.
Biłam się z myślami. Z jednej strony każda komórka mojego ciała krzyczała „nie”. Z drugiej – znałam Teresę. Jeśli nie dostanie tego, czego chce, będzie nas męczyć latami. Może taki symboliczny koniec był jej potrzebny? Może seniorka potrzebuje rytuału zamknięcia?
– Dobra – zgodziłam się niechętnie. – W sobotę o 18:00. Godzina i wychodzę. I jeśli usłyszę choć jedno słowo o powrocie do siebie, wychodzę natychmiast.
– Jasne. Dzięki, Magda. Naprawdę.
W sobotę ubrałam się skromnie, ale elegancko. Dżinsy, marynarka. Chciałam wyglądać profesjonalnie i chłodno. Marta odradzała mi to wyjście.
– To pułapka – mówiła, stojąc w drzwiach.
– Wiem, ale muszę wejść do paszczy lwa, żeby wyrwać mu kły – rzuciłam metaforycznie, choć w środku trzęsłam się ze strachu.
Podjechałam pod dom Teresy. W oknach było ciemno, paliło się tylko delikatne światło w salonie. „Kameralna atmosfera pożegnania” – pomyślałam z przekąsem. Zadzwoniłam do drzwi. Cisza. Zadzwoniłam drugi raz. Drzwi otworzyły się z rozmachem. I wtedy świat zwolnił.
To nie był obiad, a inscenizacja
Zamiast cichego korytarza, uderzył mnie gwar rozmów i błysk flesza.
– Niespodzianka! – ryknął tłum ludzi.
Stałam w progu jak sparaliżowana. Cały salon był udekorowany balonami. Srebrnymi i złotymi. Na środku stołu stał gigantyczny tort. Ale to nie dekoracje sprawiły, że nogi się pode mną ugięły. To byli goście. Była tam cała rodzina Kamila. Ciotki z Radomia, wujkowie z Podlasia. Byli nasi wspólni znajomi, z którymi urwałam kontakt po rozwodzie. I, o zgrozo, był tam mój szef, pan Robert, z żoną.
– Co tu się dzieje? – wydukałam, czując, jak pot spływa mi po plecach.
Teresa wypłynęła z tłumu jak królowa matka. Miała na sobie złotą suknię do ziemi.
– Witaj, nasza gwiazdo! – zawołała, podchodząc do mnie z otwartymi ramionami. – Wiedziałam, że się spóźnisz, ty nasz pracusiu!
Chwyciła mnie za rękę z siłą imadła i wciągnęła do środka, zanim zdążyłam zaprotestować.
– Proszę państwa! – klasnęła w dłonie, uciszając salę. – Oto i ona! Moja ukochana synowa! Spojrzałam na ścianę za jej plecami. Wisiał tam wielki baner.
Napis głosił: „10 lat razem – Prawdziwa miłość przetrwa każdy kryzys. Odnawiamy przysięgę!” Mój wzrok padł na Kamila. Stał w kącie, ubrany w garnitur, ten sam, w którym braliśmy ślub. Był blady jak ściana i unikał mojego wzroku.
– Co to jest? – zapytałam cicho, ale w tej ciszy mój głos zabrzmiał jak wystrzał.
Teresa zaśmiała się nerwowo.
– Oj, Madziu, już nie udawaj! Wszyscy wiedzą, że te papiery rozwodowe to był tylko taki wasz mały wybryk! – Mrugnęła do gości, którzy zaśmiali się niepewnie. – Zaprosiliśmy wszystkich, żebyście mogli przed Bogiem i rodziną odnowić przysięgę i skończyć te wygłupy. Ksiądz proboszcz już jedzie!
Mój szef, pan Robert, podszedł do mnie z kieliszkiem szampana.
– Pani Magdo, gratuluję! Muszę przyznać, że byłem zaniepokojony plotkami o rozwodzie, w naszej firmie cenimy wartości rodzinne. Cieszę się, że to tylko nieporozumienie. Piękna uroczystość.
Czułam, jak rzeczywistość pęka. Ona to zaplanowała w najdrobniejszych szczegółach. Zaprosiła mojego szefa, żeby wywrzeć na mnie presję ekonomiczną. Zaprosiła rodzinę, żeby wywrzeć presję społeczną. Ubrała Kamila w ślubny garnitur. To był atak na moją autonomię, przeprowadzony w blasku fleszy i przy akompaniamencie „Sto lat”.
Wybuch, którego nikt nie zapomni
Wszystko we mnie wrzało. Patrzyłam na te uśmiechnięte twarze, na ten tort, na tę fałszywą idyllę. Zobaczyłam triumf w oczach Teresy. Myślała, że mnie ma. Że ze wstydu, ze strachu przed skandalem przy szefie, zacisnę zęby i zagram w jej teatrzyku. Że potem jakoś mnie urobią. Myliła się. Wyrwałam rękę z jej uścisku.
– Proszę o ciszę! – krzyknęłam. Mój głos był tak ostry, że rozmowy ucichły natychmiast.
– Magda, kochanie, nie denerwuj się... – zaczęła Teresa, ale weszłam jej w słowo.
– Nie jestem żadnym kochaniem. I nie jestem już żoną pani syna.
Podeszłam do stołu. Wzięłam do ręki nóż do tortu. Nie, nie żeby kogoś zaatakować. Uderzyłam trzonkiem w stół, by zwrócić uwagę tych z tyłu.
– Chciałabym coś wyjaśnić wszystkim zgromadzonym – powiedziałam głośno i wyraźnie, patrząc prosto w oczy mojego szefa. – Jesteśmy po rozwodzie. Prawomocnym wyroku sądu sprzed dwóch miesięcy. Nie ma żadnego kryzysu. Jest koniec. To małżeństwo nie istnieje.
Po sali przeszedł szmer. Teresa zbladła, jej uśmiech zaczął drgać.
– Magda, co ty wygadujesz, psujesz atmosferę... – syknęła.
– Nie, to pani stworzyła atmosferę jak z koszmaru! – odwróciłam się do niej. – Okłamała pani tych wszystkich ludzi. Okłamała pani mojego szefa. Zmusiła pani Kamila do udziału w tej farsie.
Spojrzałam na byłego męża.
– Masz coś do powiedzenia, Kamil? Czy znowu schowasz się za spódnicą mamusi? Powiedz im prawdę!
Kamil trząsł się. Wszyscy na niego patrzyli. W końcu, chyba po raz pierwszy w życiu, presja była zbyt duża.
– To koniec, mamo – powiedział cicho. – Magda ma rację. Jesteśmy rozwiedzeni. Nie chcę odnawiać przysięgi. Chcę tylko świętego spokoju.
Teresa zachwiała się, jakby dostała w twarz.
– Jak możesz... – wychlipała, łapiąc się teatralnie za serce. – Ja to dla was robiłam! Dla wnuków, których nigdy mi nie daliście! Niewdzięcznicy! Tyle pieniędzy na catering!
Zaczęła płakać, ale tym razem nikt nie podbiegł z chusteczką. Goście patrzyli na nią z mieszaniną zażenowania i litości. Pan Robert odstawił kieliszek.
– Pani Magdo, chyba zostaliśmy wprowadzeni w błąd. Przepraszam najmocniej. Widzimy się w poniedziałek w pracy – powiedział, skinął głową i wyszedł, ciągnąc za sobą żonę. To był dla mnie najważniejszy moment. Zrozumiał.
– Wychodzę – powiedziałam do Teresy, która teraz siedziała na krześle, szlochając głośno. – I jeśli jeszcze raz zbliży się pani do mnie albo mojego życia, zgłoszę sprawę na policję. Mam świadków. Cały ten salon świadków.
Wolność ma gorzki smak
Wyszłam stamtąd, nie oglądając się za siebie. Słyszałam za sobą krzyki ciotek i płacz Teresy, ale brzmiały one jak odgłosy z oddalającego się statku. Kamil sprzedał mieszkanie tydzień później. Podobno kłótnia, która wybuchła po moim wyjściu, była epicka. Rodzina, widząc szaleństwo Teresy, w końcu stanęła po stronie rozsądku. Plotki na mieście ucichły, a raczej zmieniły wektor – teraz wszyscy szeptali o teściowej, która urządziła fałszywe wesele.
Mieszkanie sprzedaliśmy, pieniądze podzieliliśmy. Kupiłam małą kawalerkę z wielkim balkonem. Czasami, gdy piję kawę na tym balkonie, myślę o tamtym wieczorze. O tym, jak blisko byłam poddania się presji, jak łatwo mogłam wejść w rolę „grzecznej dziewczynki”, żeby nie robić sceny. Ale ta scena była konieczna. Teresa chciała wyreżyserować moje życie, ale zapomniała, że w tej sztuce to ja gram główną rolę. I to ja decyduję, kiedy kurtyna opada.
Od tamtego wydarzenia minął rok. Kamila widziałam raz, przypadkiem na ulicy. Szedł z nową dziewczyną. Wyglądała na miłą, ale w jej oczach widziałam ten sam niepokój, który ja czułam na początku. Zauważyłam też, że szła dwa kroki przed nim. Może chociaż tyle się nauczył? A może po prostu znalazł nową zastępczą matkę? To już nie mój problem. Zablokowany numer Teresy wciąż widnieje na mojej czarnej liście. I pozostanie tam na zawsze.
Magda, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Gdy dostałem w pracy awans, rodzice się ode mnie odwrócili. Wmawiali mi, że dużej kasy nie da się zarobić uczciwie”
- „Na 40. urodziny zamiast bukietu i życzeń dostałam festiwal żenujących wymówek. Matka-służąca przecież im nie przypomniała”
- „Zostawiłam faceta, bo był życiową fleją, która czeka na mannę z nieba. Okazało się, że beze mnie żył jak nadziany pączuszek”