„Gdy siostra odbiła mi faceta, myślałam, że świat się skończył. Zemściłam się w dniu jej ślubu i nie żałuję ani chwili”
„Minął rok, odkąd wyprowadziłam się z mieszkania, w którym planowałam wspólne życie z Tomkiem. Od tamtej pory ani razu nie odezwałam się do Nadii. Nie napisałam, nie zadzwoniłam, nie odpowiedziałam na żadną wiadomość. Dla niej to była tylko niefortunna sytuacja. Dla mnie – koniec wszystkiego”.

- Redakcja
Nie jestem typem kobiety, która urządza sceny, krzyczy albo szarpie się za włosy z tą, która ją zdradziła. Jednak tamtego dnia, kiedy zobaczyłam wiadomości na telefonie mojego narzeczonego, coś we mnie pękło. To nie była przypadkowa kobieta. To była właśnie ona. Moja młodsza siostra. Nadia zawsze dostawała to, czego chciała. Od dzieciństwa. Mama mówiła, że „to jeszcze dziecko” – nawet gdy miała dwadzieścia pięć lat i zachowywała się jak rozpieszczona księżniczka. Ja byłam tą odpowiedzialną, cichą, „rozsądną”. Tą, której nikt nie pytał, czy czegoś chce. Dlatego, gdy poznałam Tomka, poczułam, że wreszcie jestem czyjaś. Że ktoś widzi we mnie coś więcej niż tylko „starszą siostrę Nadii”.
A potem, pewnego wieczoru, na ekranie jego telefonu pojawiła się wiadomość. „Tęsknię za wczoraj. Twoja Lena nic nie wie?” I serce mi zamarło. Nie musiałam zgadywać, od kogo to. Wiedziałam. I wtedy, po raz pierwszy w życiu, naprawdę poczułam nienawiść. To nie była tylko zdrada. To było wymazanie mnie. Zepchnięcie na margines. I wtedy podjęłam decyzję, że jeśli nikt nie zamierza mnie bronić – zrobię to sama. Po swojemu.
Miałam ochotę na niespodziankę
Minął rok. Dokładnie rok odkąd wyprowadziłam się z mieszkania, w którym planowałam wspólne życie z Tomkiem. Od tamtej pory ani razu nie odezwałam się do Nadii. Nie napisałam, nie zadzwoniłam, nie odpowiedziałam na żadną wiadomość. Choć i tak – nie było ich wiele. Dla niej to była tylko „niefortunna sytuacja”. Dla mnie – koniec wszystkiego. I wtedy, pewnego czwartku, przyszła koperta. Kremowa, pachnąca perfumami, z eleganckim tłoczeniem. Rozpoznałam pismo od razu. Nadia. Rozcięłam ją nożem do listów i przeczytałam: „Lena, mam nadzieję, że przyjdziesz. Będzie dla mnie bardzo ważne, żebyś była tam ze mną. Kocham Cię. – N.” Zaproszenie na ślub. Ich ślub.
Najpierw chciałam wyrzucić je do śmieci. Ręce mi drżały. W brzuchu poczułam ten znajomy ścisk, jak wtedy, gdy widzisz czyjeś szczęście, zbudowane na twoich ruinach, ale nie wyrzuciłam. Zostawiłam kopertę na komodzie. I wracałam do niej wieczorami, jak do ran, których nie możesz przestać rozdrapywać.
– Mam ochotę zrobić coś, czego nikt się po mnie nie spodziewa – rzuciłam któregoś dnia Karolinie, mojej przyjaciółce.
– Co masz na myśli? – zapytała ostrożnie.
– Może zemsta. Może tylko obecność. Wiesz, spojrzenie w oczy tym, którzy mnie pogrzebali, zanim zdążyłam się pożegnać.
Karolina milczała, ale ja wiedziałam już jedno, że pójdę na ten ślub. I na pewno nie po to, by gratulować.
Musiałam go zdemaskować
Spotkałam go przypadkiem, w kawiarni na Mokotowie. Weszłam po pracy po kawę na wynos, a on już tam siedział – rozparty, pewny siebie, z tym swoim wiecznie rozwalonym uśmiechem. Tomek. Mężczyzna, który kiedyś planował ze mną życie. Zobaczył mnie i wstał, jakbyśmy byli znajomymi, którzy nie widzieli się od lat, a nie ludźmi, których rozdzieliła zdrada.
– Lena... wow. Dobrze cię widzieć – powiedział z tym tonem, jakby naprawdę wierzył, że to nie on mnie zniszczył.
– Ciekawe, czy Nadia wie, że jeszcze trzy miesiące po naszym rozstaniu pisałeś, że za mną tęsknisz – rzuciłam spokojnie.
Uśmiech zniknął z jego twarzy. Zmarszczył brwi.
– To nie było tak, jak myślisz... – zaczął, ale nie słuchałam. Wiedziałam, co powie. Że był zagubiony. Że nie chciał mnie skrzywdzić. Że po prostu „tak wyszło”.
– Ty naprawdę wierzysz, że możesz spokojnie patrzeć mi w oczy po tym, co zrobiłeś?
– Lena, ja... przepraszam. Serio. Życie się tak potoczyło. Z Nadią to po prostu... zaiskrzyło.
Zaśmiałam się sucho. I wtedy poczułam to wyraźnie – nie byłam już ofiarą. Już nie. Właśnie wtedy, siedząc naprzeciwko tego człowieka, który kiedyś trzymał mnie za rękę w kinie, poczułam siłę. Bo wiedziałam coś, czego on nie wiedział, że przyjdę na ten ślub. I pokażę światu, kim on naprawdę jest. Zamknęłam to spotkanie jednym zdaniem:
– Zobaczymy się na weselu.
Przyszłam tam jak po swoje
Dzień ślubu. Ich wielki dzień. Weszłam do kościoła dokładnie o 14:56 – cztery minuty przed rozpoczęciem ceremonii. Wyprostowana jak struna, prosta sukienka w kolorze głębokiej czerni. Włosy związane w niski koczek, czerwona szminka. Nie wyglądałam jak pogrążona w żałobie, ale jak ktoś, kto przyszedł po swoje.
Głowy zaczęły się obracać, jakby moje obcasy wybijały rytm werbli. Matka, siedząca w pierwszej ławce, zamarła. Tylko Nadia udawała, że mnie nie widzi, ale widziała. Widziałam, jak napina ramiona, jak zmienia jej się oddech. Tomek też zbladł. Po ceremonii, w sali weselnej pełnej różowego światła i białych balonów, podeszłam do niej.
– Wyglądasz pięknie. Prawie tak pięknie, jak wtedy, gdy zabierałaś mi wszystko – powiedziałam cicho, z uśmiechem.
Nadia spojrzała na mnie, jakby chciała zetrzeć mnie z powierzchni ziemi, ale usta zadrżały jej lekko. Nie była już taka pewna siebie.
– Nie psuj mi tego dnia – syknęła.
– Nie przyszłam nic psuć – odpowiedziałam spokojnie. – Przyszłam świętować. Z wami.
W głębi sali DJ właśnie przygotowywał mikrofon na przemowy. Ja siedziałam przy stole, spokojnie sącząc swój soczek. W torebce czekał pendrive. Na nim były zdjęcia, screeny, wiadomości. Mała, błyszcząca bomba. Zerkając na zegarek, odliczałam minuty. Serce biło mi szybciej, ale nie ze strachu. Z ekscytacji. Czekałam na swoją kolej. Na swoje kilka minut. Bo jeśli mieli mieć początek wspólnego życia – zasługiwali na prawdę. Całą.
Niczego nie da się już odwrócić
– A teraz oddajmy głos siostrze panny młodej – powiedział DJ, kompletnie nieświadomy, co za chwilę się wydarzy.
Wzięłam mikrofon. Cicho zrobiło się zaskakująco szybko. Spojrzałam na Tomka, na Nadię. Siedzieli razem, z dłońmi splecionymi na białym obrusie. Jakby naprawdę wierzyli, że to się uda.
– Witajcie. Nie będę mówić długo. Chciałam tylko, żebyście zobaczyli coś, czego nie wiedzieliście... a może nie chcieliście wiedzieć – powiedziałam i skinęłam głową na DJ-a, który – zdezorientowany – podłączył pendrive do laptopa.
Na ekranie za mną pojawiła się pierwsza wiadomość. Od Tomka. Z datą. Pochodziła z miesiąca, w którym już oficjalnie był z Nadią. „Myślę o tobie, nawet gdy zasypiam obok niej”. A potem kolejna: „Żałuję, że nie jesteśmy razem. Ona to nie ty”. Rozmowy. Screeny. Komentarze. Cała prawda. Szmer przeszedł przez salę jak fala. Ktoś upuścił kieliszek. Matka zamarła z widelcem w powietrzu. Tomek wstał. Nadia patrzyła na ekran w kompletnej ciszy, jakby nie docierało do niej jeszcze, co się dzieje. A ja mówiłam dalej:
– Zawsze chciałam, żebyś była szczęśliwa, ale nie moim kosztem. Chciałaś mieć wszystko, więc proszę – oto on. Mężczyzna twojego życia. Dokładnie taki, jaki jest naprawdę.
Wtedy spojrzałam w oczy Tomka. Jego uśmiech zniknął. Zrozumiał. Wszystko. I że już niczego nie da się odwrócić. Odstawiłam mikrofon. I wyszłam. Bez jednego spojrzenia za siebie.
Wreszcie poczułam ulgę
Wyszłam z sali, zanim zdążyli zareagować. Nie czekałam na brawa, na krzyki, na konfrontacje. Po prostu otworzyłam drzwi i ruszyłam przez parking. Wiatr rozwiewał mi włosy, buty stukały o beton jak metronom. Czułam, jak moje serce uspokaja się z każdym krokiem. Nikt za mną nie wybiegł. I dobrze. Nie chciałam już niczego tłumaczyć.
Przeszłam przez miasto. Bez celu, bez planu. Mijałam ludzi śmiejących się w ogródkach kawiarnianych, pary przytulone na ławkach, dzieciaki z watą cukrową. A ja? Po raz pierwszy od dawna czułam... ulgę. Nie szczęście. Nie triumf. Ulgę. Jakby ktoś zdjął mi z pleców ciężar, który nosiłam od miesięcy. Wtedy zadzwoniła matka.
– Nigdy ci tego nie wybaczę – powiedziała tylko. – Zniszczyłaś naszą rodzinę.
Zamilkłam na moment. A potem spokojnie odpowiedziałam:
– Ty i tak nigdy nie byłaś po mojej stronie.
Rozłączyłam się. I to też było wyzwolenie. Usiadłam na ławce przy stawie. Patrzyłam na wodę, jakby miała mi coś powiedzieć. Ale ona milczała. Jak ja przez całe życie. I pierwszy raz uznałam, że w tej ciszy jest siła. Że już nie muszę walczyć, tłumaczyć, udowadniać. Nie wrócę tam. Do rodziny, która mnie sprzedała. Do siostry, która myślała, że może mieć wszystko. Do mężczyzny, który nie potrafił być lojalny. Zamknęłam drzwi. I nie zostawiłam klucza.
Lena, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Kupiłem zimową kurtkę w lumpeksie za 12 zł i przeżyłem szok. W kieszeni wyczułem sztywny prostokąt”
- „Moja matka na siłę chce mi znaleźć faceta. Ile razy można jej tłumaczyć, że mąż nie jest mi do szczęścia potrzebny”
- „Beata to największa plotkara, jaką znam. Nie tylko zdradziła wszystkim moje sekrety, ale dodała 3 grosze od siebie”