atoms.adSlot.adLabel

Mój mąż potrafił być świetnym towarzyszem zabaw, pełnym pomysłów na szalone aktywności, które ja uznałabym raczej za niebezpieczne niż ekscytujące. Jednak tym razem, kiedy ferie zimowe zbliżały się wielkimi krokami, a ja nie mogłam wziąć urlopu, postanowiliśmy, że to właśnie on pojedzie z naszym 9-letnim synem w góry. Obiecał, że będą się dobrze bawić, ale też zadba o bezpieczeństwo.

Starałam się nie pokazywać po sobie stresu i przez cały tydzień przekonywałam samą siebie, że mężczyźni przecież też potrafią być odpowiedzialni. Kiedy wrócili, syn był pełen energii i od razu zaczął opowiadać, co robili na feriach. Słuchając tych historii, miałam ochotę usiąść z wrażenia, a serce podeszło mi do gardła. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak bardzo różnimy się w podejściu do wychowania dziecka.

Męski wyjazd? Trudno...

Kiedy zamknęły się za nimi drzwi i usłyszałam radosny śmiech syna na klatce schodowej, przez chwilę poczułam ulgę, że wszystko się jednak udało. Nastał spokój – pusty dom, wolna łazienka, żadnego rozgardiaszu i ciągłych pytań, co na obiad. Jednak to wrażenie trwało krótko. Co chwilę sięgałam po telefon, żeby napisać, dopytać, czy dotarli, czy na pewno zapięli pasy, czy zabrali czapkę i rękawiczki. Za każdym razem mąż odpowiadał spokojnie, że wszystko pod kontrolą, a syn tylko wołał w tle:

– Mamo, tu jest super!

Wybrali niewielki pensjonat w Beskidach, gdzie codziennie coś się działo – warsztaty, kuligi, wyprawy na sanki. Mąż od razu zapowiedział, że nie będą się nudzić, bo ma plan na każdy dzień.

– Bez przesady, chyba trochę odpoczniecie? – zapytałam jeszcze przez telefon.

– No jasne, ale chłopak musi coś przeżyć – odpowiedział z tym swoim luzem w głosie.

Już pierwszego dnia dostałam zdjęcie: syn wspina się po zaspie śniegu wyższej od niego. Następnego – obaj na torze saneczkowym. Dla mnie wyglądało to niebezpiecznie, dla nich była to najlepsza zabawa pod słońcem. Wieczorami dzwonili tylko na chwilę, zawsze podekscytowani, obiecując, że wszystko opowiedzą po powrocie.

„Nasze męskie tajemnice”

Po trzech dniach zaczęłam się przyzwyczajać do tej ciszy, choć nie ukrywam – tęskniłam. Mąż meldował się codziennie wieczorem, czasem przysyłał zdjęcia: syn z czekoladą na całej buzi po wizycie w schronisku, albo obaj z mokrymi spodniami po bitwie na śnieżki. Starałam się nie myśleć, ile było w tym przypadkowej niedbałości, a ile zwykłego chłopięcego szaleństwa.

– Mamo, tata pozwolił mi siedzieć w samych skarpetkach na kolacji! I zjeść dwa desery! – wykrzykiwał syn w słuchawkę, a ja słyszałam, jak mąż w tle śmieje się i mówi:

– Spokojnie, to tylko ferie, muszą mieć coś z życia!

Początkowo myślałam, że przesadzam z niepokojem. Syn opowiadał, że zrobili własnoręcznie karmnik dla ptaków i wieszali go na drzewie. Wieczorem oglądali filmy do późna, objadając się popcornem.

Jednak z każdym kolejnym dniem ich opowieści robiły się coraz bardziej... przerażające. Słyszałam o wyścigach z innymi dziećmi na sankach po najbardziej stromej górce, o ślizganiu się na lodzie nad rzeką i o wspólnej próbie wspięcia się na dach drewnianej altany.

– Tylko nikomu nie mów, mamo, bo tata mówi, że to nasze męskie tajemnice – szeptał syn, a ja zaczęłam podejrzewać, że ta wycieczka zamieniła się w szkołę przetrwania.

Górska szkoła życia

W połowie tygodnia zadzwoniła do mnie właścicielka pensjonatu. Sądziłam, że chodzi o zapłatę za pokój, tymczasem usłyszałam:

– Proszę pani, panowie mają tu niezłe powodzenie! Syn biega od rana do wieczora, a mąż mobilizuje wszystkie dzieci do nowych zabaw. Trochę nam tu rozkręcili towarzystwo!

Poczułam coś dziwnego – dumę, ale i ukłucie niepokoju. Mąż zawsze umiał zjednywać sobie ludzi, potrafił zrobić wokół siebie zamieszanie, rozśmieszyć i porwać innych do działania. Tego dnia syn zadzwonił sam:

– Mamo, byliśmy na „wyprawie ratunkowej”! Tata wymyślił, że uratujemy zagubionego misia z domku na drzewie. Był cały plan: wspinaczka, lina, asekuracja... A potem tata wpadł do śniegu po pas!

– I co wtedy? – dopytywałam, serce biło mi szybciej.

– Nic! Było super, bo potem musieliśmy go odkopać, cała banda dzieci z łopatkami! A potem tata zrobił bitwę na śnieżki.

Z opowieści syna wyłaniał się świat przygód, którego ja chyba bym mu nigdy nie zorganizowała. Poczułam się trochę jak nudziara, której rolą jest tylko przypominać o zmianie skarpetek. Jednak zaczęłam się obawiać, co jeszcze wymyślą przez kolejne dni.

To był szczyt szaleństwa

Czwarty dzień ferii zapamiętam na długo, bo właśnie wtedy, w środku dnia, zadzwonił do mnie mąż z zupełnie innym tonem głosu niż zwykle.

– Kochanie, zanim się zdenerwujesz, powiem od razu: wszystko skończyło się dobrze, nic się nie stało – zaczął podejrzanie łagodnie.

– Co się stało? – przerwałam mu niemal z krzykiem.

– No... był taki pomysł, żeby zbudować igloo, ale trochę nas poniosło. Najpierw była bitwa na śnieżki, potem fort, potem dzieci wpadły na pomysł, żeby zrobić zjeżdżalnię z dachu komórki na drewno.

Przez chwilę nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać.

– Z dachu?!

– Spokojnie, mieliśmy materace i poduszki, ja zjechałem pierwszy, żeby sprawdzić.

W tle słyszałam piski dzieci i wołania:

– Tata! Jeszcze raz!

Mąż uspokajał mnie, że wszystko było pod kontrolą, że pilnował, żeby nikt nie zrobił sobie krzywdy. Jednak czułam, że musiałam wykazać się anielską cierpliwością, by nie dać się ponieść emocjom.

Wieczorem syn opowiadał z dumą:

– Mama, tata jest najlepszy na świecie! Wszyscy chcieli, żeby ich tata był taki odważny jak mój.

Z jednej strony cieszyłam się, że syn przeżywa przygodę życia, z drugiej – coraz mocniej zastanawiałam się, gdzie jest granica między szaleństwem a odpowiedzialnością.

Trochę im zazdrościłam

Kiedy wrócili do domu, obaj wyglądali na zmęczonych, ale szczęśliwych. Syn rzucił się na mnie z impetem, opowiadając wszystko naraz, jakby bał się, że zapomni choćby jeden szczegół. Mąż stał z boku, uśmiechnięty i jakby trochę dumny z siebie, choć wyraźnie szukał mojego spojrzenia, jakby chciał się upewnić, czy nie przesadził.

– Mamo, a wiesz, co tata wymyślił ostatniego dnia? Jeździliśmy na sankach... za traktorem! On jechał wolno, my trzymaliśmy się liny! Było super!

Przyznam, że w tym momencie musiałam usiąść. Zrobiło mi się gorąco, a w głowie kłębiły się wszystkie możliwe czarne scenariusze. Mąż zauważył moją minę i próbował łagodzić sytuację:

– Spokojnie, jechali powoli, tylko po pustej drodze do lasu, wszystko pod kontrolą. Miałem oczy dookoła głowy.

Syn jednak nie miał już oporów przed opowiadaniem o „najlepszych przygodach”. Z wypiekami na twarzy opisywał wspinaczkę na drzewa, wyścigi na lodzie i wieczorne ognisko, podczas którego mąż pozwolił dzieciom samodzielnie piec kiełbaski.

Patrzyłam na nich obu i czułam się rozdarta – z jednej strony złość, z drugiej zazdrość o tę radość i wspólnotę. Wiedziałam, że żadne moje „złote zasady” nie dałyby synowi takich wspomnień.

Czasem warto przymknąć oko

Przez kolejne dni w domu słuchałam historii z ferii, które powtarzały się w różnych wersjach – z coraz większą dawką śmiechu i emocji. Syn co wieczór wracał do tych wspomnień, a ja łapałam się na tym, że sama zaczynam się śmiać z niektórych opowieści, choć jeszcze niedawno miałam ochotę schować głowę w poduszkę z przerażenia.

– Mama, za rok musisz jechać z nami! Zobaczysz, jak jest super! – zawołał.

Mąż przyznał się wieczorem, gdy siedzieliśmy już tylko we dwoje:

– Wiem, że nie wszystko było rozsądne. Czasem pozwoliłem sobie na więcej luzu niż ty, ale chyba właśnie dlatego syn będzie to pamiętał do końca życia.

Wtedy po raz pierwszy naprawdę to zrozumiałam. Może nie potrafiłabym pozwolić sobie na takie ryzyko, może czasem przesadzam z ostrożnością, ale wiem, że syn nie ucierpiał, a te ferie będą dla niego opowieścią na lata.

Czasem trzeba przymknąć oko na własny lęk i pozwolić dziecku doświadczyć przygody – nawet jeśli serce matki podskakuje do gardła. Może właśnie o to chodzi w rodzicielstwie: o naukę zaufania i odpuszczania, choć na chwilę.

Ewa, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel