atoms.adSlot.adLabel

Zawsze byłam sąsiedzką duszą towarzystwa. Tą, co pierwsza wyjdzie z inicjatywą, zaprosi na kawę, podzieli się świeżym ciastem. Na naszym spokojnym osiedlu domków jednorodzinnych wszyscy się znają, ale nie wszyscy się lubią. Ja chyba byłam wyjątkiem – dobrze dogadywałam się z każdym. Z Renatą i Markiem też. To znaczy… kiedyś się dogadywałam. Mam 34 lata, mieszkam tu od siedmiu, odkąd z Pawłem kupiliśmy ten domek na kredyt. Nie mamy dzieci, ale prowadzę własny butik internetowy, więc roboty mi nie brakuje. Z Pawłem jesteśmy razem od studiów – on jest spokojny, pragmatyczny, rzadko się wtrąca w cudze sprawy. A ja… ja lubię ludzi. Może czasem za bardzo.

Rok temu na balu karnawałowym zorganizowanym przez sąsiadów zatańczyłam z Markiem – przystojnym, towarzyskim sąsiadem z naprzeciwka. Ot, zwykły taniec, bez żadnych podtekstów. Tak przynajmniej myślałam. Ale od tamtej pory Renata traktuje mnie jak powietrze. Nie mówi „dzień dobry”, odwraca wzrok, udaje, że mnie nie zna. I choć minęło już kilka miesięcy, ja wciąż nie rozumiem: co takiego, do cholery, zrobiłam?

To był tylko taniec

– Zatańczysz? – zapytał Marek, wyciągając do mnie rękę.

Roześmiałam się, bo szedł do mnie tanecznym krokiem, lekko mrużąć oczy, jakbyśmy grali w jakiejś komedii romantycznej. Miał na sobie granatową koszulę i dżinsy. Wyglądał dobrze, zbyt dobrze jak na imprezę osiedlową w wynajętej salce przy remizie.

– No pewnie! – odpowiedziałam, ignorując lekkie ukłucie w brzuchu. Ten sam odruch co zawsze, gdy Marek się do mnie uśmiechał. Taki miły, sąsiedzki odruch. Prawda?

Tego wieczoru Paweł nie miał ochoty tańczyć – wolał gadki z chłopakami. Ja już byłam lekko rozluźniona. Na sali grali jakieś stare hity z lat 90., a Marek ruszał się zaskakująco dobrze jak na czterdziestolatka. Śmialiśmy się, czasem nawet zahaczaliśmy biodrami. On mówił coś o tym, że powinien częściej wychodzić z domu. Ja opowiadałam o klientce, która odesłała sukienkę po trzech tygodniach, twierdząc, że „nie nosiła”.

– Wiesz, Justyna… z tobą to nawet najgorszy dzień da się roztańczyć – rzucił, gdy muzyka zwolniła i nasze ciała zbliżyły się do siebie.

Na sekundę poczułam coś dziwnego. Jakby za długo patrzył mi w oczy. Jakby jego dłoń zbyt pewnie objęła moje plecy. Ale zaraz potem zaśmiał się i powiedział, że musi odetchnąć. Wróciłam do stolika, gdzie Paweł opowiadał coś o podatkach. Renata siedziała z boku i patrzyła na mnie. Długo. Zbyt długo. Wtedy tego nie zrozumiałam. Dziś wiem, że ten taniec – choć niewinny dla mnie – był czymś zupełnie innym dla niej.

Ciche dni od sąsiadki

– Cześć, Renata! – zawołałam, machając ręką, gdy tylko zobaczyłam ją przed furtką.

Stała przy skrzynce pocztowej, w polarze i domowych klapkach. Mróz malował białe wzory na dachach samochodów. Przeszła obok mnie bez słowa. Zero uśmiechu, zero „hej”, nawet zwykłego skinienia głową. Jakby mnie nie było. Zamrugałam szybko. Może mnie nie usłyszała? Może była zamyślona? Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. A potem kolejnego. I kolejnego. Czułam się coraz gorzej. Po tygodniu zaczęłam unikać jej spojrzenia. Po dwóch – zaczęłam się budzić w nocy, analizując każde słowo z balu, każde muśnięcie, każdy krok taneczny. Nie mogłam zrozumieć. Co zrobiłam? W końcu zebrałam się na odwagę. Zobaczyłam ją, gdy wynosiła śmieci.

– Renata, możemy porozmawiać? – zapytałam.

Zamarła. Patrzyła na mnie przez chwilę, jakby walczyła sama ze sobą. A potem wysyczała przez zęby:

– Może powinnaś jeszcze raz zatańczyć z moim mężem. Może tym razem uda ci się go poderwać.

Zatkało mnie. Serce zabiło mocniej, dłonie zaczęły się pocić.

– Co? Ale… Renata, to był tylko taniec!

– Jasne. „Tylko taniec”. Taki, który kończy się biodro w biodro i spojrzeniem, którego żadna żona nie powinna oglądać – rzuciła z jadowitym uśmiechem i odwróciła się na pięcie.

Wróciłam do domu, cała roztrzęsiona.

– Co się stało? – zapytał Paweł, widząc moją twarz.

Opowiedziałam mu wszystko.

– Justyna, daj spokój. Przecież nic się nie wydarzyło. Po prostu jej coś odbiło. Może ma swoje powody – powiedział spokojnie.

– Ale to niesprawiedliwe! – krzyknęłam. – Mam teraz chodzić po osiedlu i udawać, że nic się nie stało?

– A może właśnie to będzie najlepsze wyjście – westchnął Paweł. – Nie każdy konflikt trzeba rozwiązywać.

Ale ja nie umiałam odpuścić. Czułam, że muszę dojść do prawdy.

Tajemnica zza płotu

W niedzielę otworzyłam okno w kuchni. Chciałam tylko przewietrzyć, ale wtedy usłyszałam głosy z ogrodu obok. Zamarłam. To był głos Renaty. Ostry, napięty. A chwilę później – spokojniejszy, należący do Marka.

– Mógłbyś chociaż raz powiedzieć, że jej nie znosisz! – syknęła Renata. – Że nie możesz na nią patrzeć, że cię mierzi! Ale nie… ty tylko: „to nic takiego, to tylko taniec”.

– Bo to naprawdę nie było nic wielkiego – odpowiedział cicho Marek. – Justyna… ona przecież nawet nie wie, że ty masz takie jazdy.

– „Jazdy”? Serio? Przez ciebie nie śpię po nocach. Widziałam, jak na nią patrzyłeś. Jak się śmiałeś. Jak na mnie tak nigdy nie patrzysz.

– Przesadzasz…

– Marek, ja wiem, co widzę. I wiem, że zawsze miałeś do niej słabość. Od lat! To, jak do niej mówisz, jak się uśmiechasz, jak się prostujesz, gdy wychodzi na taras…

Zamknęłam okno tak cicho, jak potrafiłam. Serce waliło mi jak młotem. Zawsze miał do mnie słabość? Czułam, jak coś zaciska mi gardło. W jednej chwili cały obraz naszego sąsiedzkiego „nic takiego” rozpadł się w pył. To nie był tylko taniec. Przynajmniej nie dla Renaty. A może i nie dla Marka. I nagle uderzyło mnie coś jeszcze – Marek nie zaprzeczył. Nie wyśmiał jej słów. Nie powiedział: „Przestań, kocham tylko ciebie”. Nic. Cisza. Jakby jego milczenie potwierdzało wszystko.

Konfrontacja na ostro

Czekałam na nią przy furtce. Wiem, to głupie. Stałam jak idiotka, aż wyszła z psem. Kiedy mnie zobaczyła, zawahała się.

– Musimy pogadać – powiedziałam, zanim zdążyła zawrócić.

– Naprawdę? – prychnęła. – Bo ja nie mam o czym.

– Renata, co się z tobą dzieje? Przecież znałyśmy się tyle lat. Ty wiesz, że nie miałam żadnych złych intencji.

– Intencji? – rzuciła z kpiną. – Daj spokój. Może jeszcze powiesz, że to on cię do tańca zmusił?

– Przysięgam ci, to był tylko taniec. Taki jak z Krzyśkiem rok temu! Jak z Jarkiem dwa lata wcześniej. Wszyscy się śmialiśmy. Było normalnie.

– Nie, Justyna. Nie było normalnie. Bo mój mąż patrzył na ciebie tak, jak nie patrzy na mnie od lat.

Zamilkłam. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

– Wiesz, co jest najgorsze? – ciągnęła. – Że ja to widziałam już wcześniej. Jak się z nim śmiejesz, jak mówisz do niego „Ej, Mareczku, pomóż mi z parasolem”, jak dotykasz go w ramię. Zawsze niby przypadkiem, zawsze „przyjacielsko”.

– To paranoja! – wybuchłam. – Nigdy nic między nami nie było!

– Ale może chciałaś, co? – wbiła we mnie oczy. – Może czekałaś, aż coś się wydarzy?

Mam męża! Kocham Pawła! Nigdy nie pomyślałam o Marku w ten sposób!

– Nie musisz. On sam myśli za was dwoje – syknęła. – Zawsze miałaś ochotę na mojego męża. Może w końcu ci się udało.

Poczułam, jak świat mi się rozmywa. Chciałam coś powiedzieć, zaprzeczyć, rzucić się na nią z krzykiem… ale po prostu odeszłam. Nie miałam już żadnych słów.

Marek i jego półprawdy

Spotkaliśmy się przypadkiem. A może tak mi się tylko wydawało. On twierdził, że „akurat wracał z piekarni”, ale Marek nigdy nie nosił pieczywa w torbie sportowej.

– Justyna, poczekaj – zawołał za mną. – Możemy pogadać?

Nie odpowiedziałam, ale nie odeszłam. Usiadłam na ławce przy osiedlowym placu. On usiadł obok.

– Słyszałem, że byłaś u Renaty – zaczął.

– A ja słyszałam, jak mówisz, że „to nic takiego”. Jakby całe to bagno nie było twoją winą – wycedziłam przez zęby.

Zamilkł. Po chwili odezwał się cicho:

– To naprawdę nie miało znaczenia. Dla mnie to był tylko taniec. Może miły. Może... przyjemny.

– I co? Tyle? Nic więcej?

– Justyna… – spojrzał mi w oczy. – Kiedyś, zanim się zbliżyliśmy jako sąsiedzi, miałem do ciebie słabość. Lubiłem cię. Zawsze byłaś taka... swobodna. Naturalna. Fajnie się z tobą rozmawiało.

– I Renata o tym wiedziała?

Skinął głową.

Zawsze była o ciebie zazdrosna. Ale to było dawno. Myślałem, że jej przeszło.

– A jednak nie – powiedziałam.

– Nie powinienem był z tobą tańczyć. Wiem. Ale nie zrobiłem tego, żeby cię sprowokować. Ani jej. Po prostu... poczułem się znów jak facet. A nie tylko mąż z kredytem i złością w tle.

Nie odpowiedziałam. Bo wszystko, co usłyszałam, było o nim. O jego emocjach, jego poczuciu męskości. A ja byłam tłem. Rezonatorem. Lustrem. Wstałam. Nie spojrzałam w tył. Marek został na ławce.

Justyna, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel