„Gdy zięć wyjawił mi swój sekret, aż zapiekły mnie poliki ze wstydu. Zupełnie się po nim tego nie spodziewałam”
„Obserwowałam go przez moment. Był spięty, co u niego rzadko się zdarzało. Zazwyczaj potrafił siedzieć przy stole jak pan na włościach. Tym razem coś było nie tak. Za długo mył ręce. Za często zerkał na telefon. Coś go gryzło”.

- Redakcja
Od samego początku nie przepadałam za zięciem, choć nigdy nie powiedziałam tego głośno. Dla dobra mojej córki uśmiechałam się do niego i udawałam serdeczność, bo skoro ona go wybrała, to najwyraźniej musiał mieć jakieś zalety, których ja nie dostrzegałam. Czasem zastanawiałam się, czy nie jestem po prostu zbyt wymagająca, czy to nie przez moje własne rozczarowania patrzę na mężczyzn z podejrzliwością. Zawsze jednak miałam wrażenie, że coś w nim nie gra. Taki zbyt grzeczny, zbyt układny, zbyt uroczy – jakby grał jakąś rolę.
Z biegiem lat przywykłam. Pogodziłam się z faktem, że to on będzie ojcem moich wnuków i że przy każdym rodzinnym obiedzie będę go mieć po drugiej stronie stołu. I przyznam, że przez pewien czas nawet zaczęłam mu współczuć – życie go nie oszczędzało. A kiedy został wdowcem, naprawdę sądziłam, że nie uniesie tego ciężaru. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jego największym ciężarem wcale nie była strata mojej córki.
Do wszystkiego trzeba dojrzeć – do macierzyństwa, do starości, do przebaczenia. I chyba też do tego, żeby wreszcie przejrzeć na oczy. Bo prawda potrafi się ukrywać latami, aż w końcu – zupełnie niespodziewanie – sama zapuka do drzwi. Tak też się stało tamtego wieczoru.
Obserwowałam go
– Nie musiałaś robić tego ciasta, naprawdę. I tak pewnie zjemy tylko połowę – mruknął zięć, kręcąc się po mojej kuchni.
– A może ktoś inny się skusi – odpowiedziałam, nie patrząc na niego. – Dobrze wiesz, że lubię piec. Lepsze to niż siedzenie bezczynnie.
– Albo zaglądanie ludziom w życie – dodał z lekkim uśmiechem, ale kątem oka widziałam, że nerwowo poprawia rękaw swetra.
– Co powiedziałeś?
– Że pachnie cudownie. Jak u mojej babci – wybrnął, sięgając po łyżeczkę.
Obserwowałam go przez moment. Był spięty, co u niego rzadko się zdarzało. Zazwyczaj potrafił siedzieć przy stole jak pan na włościach, z tym swoim ułożonym uśmiechem i nonszalanckim „mamo”, którym mnie zawsze obłaskawiał. Tym razem coś było nie tak. Za długo mył ręce. Za często zerkał na telefon. Coś go gryzło.
– Coś się stało? – zapytałam, zmywając ręce pod kranem.
– Nie, wszystko w porządku – odpowiedział zbyt szybko.
– Widzę, że nie. Nie udawaj.
Zawahał się, podrapał po karku, spojrzał na mnie z wahaniem. I wtedy, ku mojemu zaskoczeniu, westchnął i powiedział:
– Mamo, muszę ci coś powiedzieć, ale nie wiem, czy to dobry moment.
– Po siedmiu herbatkach i trzech kawałkach sernika? Nie będzie lepszego – odparłam, unosząc brew.
Spojrzał na mnie uważnie.
– Tylko się nie denerwuj…
– Zależy, co powiesz – rzuciłam, zakładając ręce na piersi. – Mów, zanim zmienię zdanie.
Zamarłam
– Bo ja… – zaczął, ale zaraz zamilkł, jakby słowa utknęły mu w gardle. – Bardzo cię szanuję, naprawdę. I wiem, że to, co powiem, może cię zszokować.
– Już mnie zszokowałeś. Wypluj to z siebie, zanim ci gardło zaschnie – odparłam niecierpliwie, wytarłam dłonie w ściereczkę i usiadłam naprzeciw niego.
Zrobił krok w bok, potem znów się cofnął, w końcu opadł na krzesło, jakby stracił grunt pod nogami.
– Zakochałem się – rzucił.
Zamarłam. Przez ułamek sekundy miałam nadzieję, że się przesłyszałam.
– Słucham?
– Zakochałem się. I to nie jest jakaś przelotna znajomość. To... coś poważnego.
Patrzyłam na niego, próbując zrozumieć, co właśnie usłyszałam.
– W kim? – zapytałam w końcu. – Bo jeśli w jakiejś dziewoi z internetu, to ja cię chyba tym wałkiem zaraz pogonię.
– Nie, to nie tak… – Spuścił głowę. – To ktoś, kogo znasz.
– Jak to, znam?! Nie mów mi tylko, że jakaś sąsiadka!
– Nie... To Agata. Ta, co kiedyś była u nas na grillu. Koleżanka Zosi.
Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
– Agata?! Ta z tymi długimi nogami i sztucznymi rzęsami jak z kabaretu?
– Wiem, jak to brzmi, ale ja jej naprawdę nie traktuję jak zabawki…
– Nie, nie... – wstałam, zaczęłam krążyć po kuchni. – Ty jesteś nienormalny. Ty chyba naprawdę jesteś nienormalny.
– Zakochałem się, a miłość... miłość się nie pyta o pozwolenie.
– W moim domu się pyta! – warknęłam.
Zakręciło mi się w głowie
– Od kiedy to trwa? – warknęłam, opierając się dłońmi o blat, jakby tylko to trzymało mnie w pionie.
– Pół roku. Może trochę dłużej – odpowiedział cicho, jakby każdy miesiąc dokładał mu winy.
– Pół roku?! – prawie się zakrztusiłam własnym powietrzem. – I co, przez ten cały czas grałeś rolę przykładnego wdowca? Przychodziłeś do mnie na rosół, opowiadałeś, jak bardzo tęsknisz za Zosią… A potem leciałeś do tej twojej… Agatki?!
– Nie chciałem cię ranić – szepnął.
– A może nie chciałeś, żeby cię złapano, co? – prychnęłam, czując, jak w sercu rośnie we mnie coś między złością a rozpaczą. – Jak ty mogłeś to zrobić mojej córce? Mojemu wnukowi?
– Filip wie.
– Co proszę?
– Wie. Poznał ją. I… zaakceptował. Nie od razu, ale... teraz nawet się lubią.
– Nie wierzę. Nie wierzę, że on to tak po prostu łyknął. On ma dopiero trzynaście lat!
– Czternaście. I jest bardziej dojrzały, niż myślisz.
Zakręciło mi się w głowie. Usiadłam z powrotem na krzesło, tym razem ciężko, jakby ktoś mnie w nie wcisnął.
– I co teraz? Chcesz się z nią ożenić? Przedstawić rodzinie? Przyprowadzić tu, jakby była nową Zosią?
– Nie wiem jeszcze, ale musiałem to powiedzieć. Nie chciałem robić z tego tajemnicy.
– To przynajmniej jedno mądre, co dziś zrobiłeś. Bo reszta... – pokręciłam głową. – Szkoda gadać. Wiesz co, zrób mi przysługę.
– Jaką?
– Daj mi święty spokój do jutra. Chcę się wyspać, zanim znowu usłyszę kolejną rewelację.
Miałam mętlik w głowie
Następnego dnia obudziłam się wcześniej. Nie mogłam zasnąć przez pół nocy, a kiedy już zasnęłam, śniło mi się, że Zosia siedzi naprzeciwko mnie i płacze. Bez słów. Tylko łzy spływały jej po policzkach, a ja nie mogłam do niej dotrzeć. Obudziłam się z ciężarem na piersi, jakby to nie był tylko sen. Zaparzyłam sobie kawę i próbowałam poukładać to wszystko w głowie. Miłość, Agata, Filip… I ten mój „zięć”, który teraz bardziej przypominał nieproszonego gościa niż członka rodziny.
– Mogę wejść? – usłyszałam jego głos z korytarza.
– A będziesz dalej rzucał bombami, czy tylko na kawę?
Wszedł powoli.
– Na kawę.
Podałam mu filiżankę. Oparłam się o framugę drzwi i patrzyłam, jak się kręci przy stole.
– I co? Myślisz, że poklepię cię po plecach i powiem: „Brawo, chłopie”?
– Nie oczekuję akceptacji. Chciałem być uczciwy. Zawsze ceniłaś szczerość.
– Taaa... szczególnie, jak ktoś przez pół roku kłamie w żywe oczy.
– Nie kłamałem. Po prostu… nie mówiłem.
– Och, jak to szlachetnie brzmi.
Zamilkł na chwilę, jakby próbował połknąć gorycz.
– Filip naprawdę ją lubi. Czasem mam wrażenie, że to ona pierwsza do niego wyciągnęła rękę. A ja... ja się w niej po prostu zakochałem. Nie planowałem tego.
– No jasne. Bo prawdziwa miłość zawsze spada z nieba, akurat w krótkiej spódniczce i z tipsami.
– Mamo…
– Nie kończ. Jeszcze nie wiem, co z tobą zrobię.
Martwiłam się o wnuka
Nie powiedział już nic. Wypił kawę i wyszedł jak zbity pies. Tylko drzwi zamknął tak cicho, że przez moment miałam wrażenie, że w ogóle ich nie otwierał. Usiadłam przy stole i przez dłuższą chwilę gapiłam się na pustą filiżankę. Po południu zadzwonił Filip.
– Babciu, mogę wpaść do ciebie na noc? – zapytał bez wstępów.
– Coś się stało?
– Nie, po prostu… chcę pobyć u ciebie. Tata pewnie mówił ci o Agacie.
– Mhm – mruknęłam.
– I? – zapytał po chwili ciszy.
– I co?
– I co o tym myślisz?
Zawahałam się.
– Myślę, że nie powinieneś się na to godzić, tylko dlatego, że nie masz wyjścia.
– A może jestem wystarczająco dorosły, żeby wiedzieć, że nie zmienię jego uczuć?
Zamurowało mnie. Nie spodziewałam się po nim takiej dojrzałości. Albo rezygnacji.
– Tęsknisz za mamą? – zapytałam cicho.
– Codziennie. – Jego głos był ledwie słyszalny. – Ale wiem, że nie wróci. A tata… no cóż, on wrócił do życia szybciej niż ja.
– To może wpadaj. Zrobimy sobie kolację, obejrzymy coś razem. Masz ochotę na spaghetti?
– Zawsze – odpowiedział. – Będę za godzinę.
Odłożyłam słuchawkę i westchnęłam ciężko. Może nie mogłam uratować ich rodziny, ale chociaż jego mogłam jeszcze trzymać w jednym kawałku. Nawet jeśli cały świat wokół rozpadał się na drobne.
Spojrzałam na niego zaskoczona
Wieczorem siedzieliśmy z Filipem na kanapie, on z miską spaghetti, ja z herbatą. W telewizji leciała jakaś powtórka sprzed lat, ale żadne z nas jej nie oglądało. Milczeliśmy, ale to było dobre milczenie. Tego mi brakowało – obecności bez tłumaczenia się, bez udawania.
– Babciu, a jak ty sobie poradziłaś po śmierci dziadka? – zapytał nagle, nie odrywając wzroku od ekranu.
– Nie poradziłam. Po prostu przestałam czekać, że będzie tak, jak było – odpowiedziałam po chwili.
– Aha. To chyba tak samo, jak ja z mamą.
Skinęłam głową, a potem odłożyłam kubek.
– Wiesz, twój tata… on nie jest złym człowiekiem. Tylko zagubionym. Chyba myśli, że jak się zakocha, to wszystkie problemy znikną.
– Nie znikną – westchnął Filip. – Ale ja już nie mam siły się z nim kłócić.
– Dlatego zawsze możesz przyjść tutaj. Chociażby po to, żebyśmy razem ponarzekali – uśmiechnęłam się krzywo.
– Babciu?
– No?
– A gdybyś się ty w kimś zakochała, powiedziałabyś mi?
Spojrzałam na niego zaskoczona.
– Coś ty. Mnie już tylko pilot i termofor w głowie.
– No wiesz… jeszcze nie jesteś aż taka stara.
Parsknęłam śmiechem.
– No dzięki, poczułam się młodo jak nigdy. Idź, zrób herbatę, zanim coś wymyślisz jeszcze bardziej błyskotliwego.
Wyszedł do kuchni, a ja spojrzałam na zdjęcie Zosi stojące na półce. Uśmiechnęła się do mnie z fotografii.
Hanna, 63 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Ojciec nie mógł się nachwalić mojego brata, a mnie zawsze miał za życiowego nieudacznika. W końcu role się odwróciły”
- „Usłużny sąsiad mocno zawrócił mi w głowie. Wypielęgnował mój ogródek tak dobrze, że ciągle chciałam więcej”
- „Wzięłam sobie młodszego o 15 lat męża, a ten drań zaczął brykać. Chciał bezkarnie bawić się za moje pieniądze”