„Gdy znajomi żalili się na swoje partnerki, ja z ulgą świętowałem Dzień Singla. Wolałem święty spokój od narzekania”
„Wracałem do biurka z myślą, że moje życie jest prostsze. Bez negocjacji, bez wspólnych decyzji, bez tej cichej wojny o drobiazgi. A jednak, gdy usiadłem przed monitorem, dotarło do mnie, że ta prostota ma swoją cenę. Brak problemów bywał uspokajający, ale wynikał z czegoś, co nie było mi miłe”.

- Redakcja
Wróciłem do mieszkania, w którym nikt na mnie nie czekał, i przez dłuższą chwilę stałem w przedpokoju, nie zdejmując kurtki. Cisza była czysta, nienaruszona, jakby ktoś ją tu starannie ułożył. Przez ostatnie tygodnie słuchałem historii o cudzych związkach częściej niż własnych myśli i zaczynałem podejrzewać, że to nie oni są zmęczeni najbardziej, tylko ja – ich opowieściami.
Spotkanie przy stole pełnym żalu
Stół był za mały na to, co między nimi wisiało. Lena ustawiła talerze z przesadną dokładnością, jakby równe odstępy mogły zaprowadzić porządek także w rozmowie. Kamil siedział naprzeciwko, oparty o krzesło, z rękami splecionymi na piersi. Patrzył gdzieś obok, nigdy wprost na nią. Ja zająłem miejsce z boku, jak zawsze – wystarczająco blisko, by słyszeć wszystko, i wystarczająco daleko, by nikt nie mógł mi zarzucić, że się wtrącam.
– Mogłeś chociaż zadzwonić – powiedziała Lena cicho, przesuwając widelec po talerzu. – Nie chodzi o to, że wróciłeś późno. Tylko że ja nie wiedziałam.
Kamil westchnął, długo, ciężko.
– Znowu to samo. Przecież mówiłem, że miałem spotkanie. Ile razy mam się tłumaczyć?
Zapadła cisza, w której słychać było tylko tykanie zegara nad lodówką. Znałem ten moment. Chwilę, w której każde z nich czeka, aż drugie zrobi krok, ale żadne nie chce być pierwsze.
– Igor, ty coś powiedz – Lena spojrzała na mnie nagle, jakby dopiero teraz zauważyła, że tam siedzę. – Przecież to normalne, że się martwię.
Poczułem znajome napięcie w karku. Ich rozmowy zawsze kończyły się tak samo – przerzuceniem odpowiedzialności na kogoś trzeciego.
– Myślę, że oboje macie rację – odpowiedziałem ostrożnie. – Ale mówicie o dwóch różnych rzeczach.
Kamil uniósł brwi, Lena spuściła wzrok. Wiedziałem, że to niczego nie zmieni. Oni nie przyszli po rozwiązanie. Przyszli po świadka. Kolacja ciągnęła się długo. Rozmowa krążyła wokół obowiązków, planów, rzeczy, które kiedyś ustalili, a teraz brzmiały jak obietnice złożone komuś innemu. Widziałem, jak Lena prostuje się, gdy Kamil mówi zniecierpliwionym tonem. Jak Kamil zaciska szczękę, gdy ona zaczyna wyliczać. Siedziałem tam i myślałem, że bliskość musi być strasznie męcząca, skoro tyle w niej pilnowania granic. Kiedy w końcu wyszedłem, odprowadzony przez ich uprzejme uśmiechy, poczułem ulgę niemal fizyczną. Drzwi zamknęły się za mną cicho. Na klatce schodowej byłem sam. I po raz pierwszy tego wieczoru naprawdę swobodnie odetchnąłem.
Przerwa na kawę i cudze rozwody
Rafał zawsze brał kawę z automatu, chociaż wszyscy narzekali, że smakuje jak coś, co tylko udaje kawę. Stał przy nim oparty o ścianę i mieszał plastikowym patyczkiem z taką zawziętością, jakby chciał ją za coś ukarać. Usiadłem obok, jeszcze zanim zdążyłem się zastanowić, czy mam na to siłę.
– Wiesz, co jest najgorsze? – zaczął bez wstępu. – Że człowiek się przyzwyczaja. Nawet do ciszy w domu, która kiedyś była nie do zniesienia.
Skinąłem głową. Rafał mówił o Oli często, chociaż od miesięcy jej tu nie było. Funkcjonowała w jego opowieściach jak mebel, który ktoś wyniósł, ale ślad po nim nadal odcinał się jaśniejszym prostokątem na ścianie.
– Myślałem, że jak dzieci podrosną, to będzie łatwiej – ciągnął. – Że przestaniemy się mijać. A my tylko zaczęliśmy się mijać ciszej.
Spojrzał na mnie, jakby oczekiwał potwierdzenia, że to ma sens. Że tak po prostu bywa.
– Próbowaliście jeszcze rozmawiać? – zapytałem, choć odpowiedź znałem.
– Cały czas rozmawialiśmy – parsknął. – Tylko nie o tym, co trzeba. O rachunkach, o grafiku, o tym, kto ma odebrać młodego. A potem nagle się okazało, że nie umiemy już mówić o sobie.
Patyczek pękł mu w palcach. Rafał spojrzał na niego ze zdziwieniem, jakby to nie on był sprawcą. Słuchałem i czułem znajome ukłucie ulgi. Jego historia była ciężka, pełna żalu i rozczarowań, a ja mogłem ją odłożyć na półkę razem z pustym kubkiem. Wracałem do swojego biurka z myślą, że moje życie jest prostsze. Bez negocjacji, bez wspólnych decyzji, bez tej cichej wojny o drobiazgi. A jednak, gdy usiadłem przed monitorem, dotarło do mnie, że ta prostota ma swoją cenę. Brak problemów bywał uspokajający, ale coraz częściej zastanawiałem się, czy nie wynika po prostu z braku czegokolwiek, o co warto byłoby się spierać.
Samotny wieczór i cisza, która mówi
Do mieszkania wróciłem późno, z torbą, w której było wszystko oprócz tego, po co właściwie zaszedłem do sklepu. Zorientowałem się dopiero przy lodówce. Światło zapaliło się bez oporu, jak zawsze, odsłaniając znajomy widok kilku półek, które nie miały ze sobą nic wspólnego. Masło obok musztardy, samotny jogurt, warzywa, które od kilku dni udawały świeże. Mleka nie było.
– Świetnie – mruknąłem do siebie, choć nikt nie słuchał.
Postawiłem torbę na blacie i oparłem się o szafkę. Cisza wypełniała kuchnię szczelniej niż zapach kolacji u Leny i Kamila. Nie była zła ani dobra. Była dokładna. Każdy dźwięk – przesuwane krzesło, stuknięcie szklanki – odbijał się od ścian, jakby mieszkanie chciało mi przypomnieć, że wszystko tu należy tylko do mnie. Usiadłem przy stole, tym samym, przy którym nikt nigdy na mnie nie czekał. Przypomniałem sobie westchnienia Leny i zaciśnięte usta Kamila. Rafała mieszającego kawę, aż pękł mu patyczek. Ich historie wracały teraz uporczywie, choć nie zapraszałem ich ze sobą do domu. Zawsze uważałem, że moje życie jest łatwiejsze. Nikt nie miał do mnie pretensji, nikt nie pytał, dlaczego wracam późno albo czemu milczę. Mogłem robić, co chciałem, kiedy chciałem. Tylko że tego wieczoru ta swoboda zaczęła brzmieć jak puste hasło.
Wstałem, przeszedłem do pokoju i zapaliłem lampkę. Jej ciepłe światło objęło przestrzeń, ale nie potrafiło jej ożywić. Uświadomiłem sobie, że brak mleka był drobiazgiem, a jednak właśnie on najbardziej mnie zirytował. Jakby cała ta cisza potrzebowała jednego konkretnego braku, żeby stać się ciężka. Stałem tak przez chwilę, słuchając własnego oddechu, i pomyślałem, że cisza, którą zawsze tak ceniłem, zaczyna mówić do mnie rzeczy, których wolałbym nie słyszeć.
Kolejna historia, ten sam schemat
Spotkaliśmy się kilka dni później, jakby nic się nie zmieniło. To było najbardziej męczące. Lena mówiła szybciej niż zwykle, z nerwowym uśmiechem, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy próbowała udowodnić, że wszystko jest w porządku. Kamil siedział obok niej, pochylony lekko do przodu, jakby gotowy wstać w każdej chwili.
– Wiesz, my po prostu musimy się lepiej dogadać – rzuciła, patrząc na mnie uważnie. – Każdy związek przechodzi przez takie etapy.
– Etapy – powtórzył Kamil pod nosem. – Tylko że my tkwimy w tym jednym etapie od lat.
Lena posłała mu spojrzenie pełne ostrzeżenia.
– Nie teraz.
Znowu byłem tym trzecim. Bezpiecznym buforem między nimi. Zaczęli mówić na zmianę, każde do mnie, nie do siebie. O kompromisach, które zawsze kończyły się czyjąś rezygnacją. O zmęczeniu, które nie mijało nawet po weekendzie wolnym od wszystkiego. O tym, kim byli kiedyś i jak trudno im było sobie przypomnieć, po co w ogóle są razem. Słuchałem i nagle poczułem irytację, której wcześniej nie znałem. Nie współczucie. Nie ulgę. Znużenie.
– A czego wy właściwie chcecie? – zapytałem, zanim zdążyłem się powstrzymać.
Zapadła cisza. Lena zmarszczyła brwi, Kamil spojrzał w bok.
– Chcemy, żeby było normalnie – odpowiedziała w końcu.
To słowo zawisło między nami ciężko i niezgrabnie. Normalnie. Jak u kogo? Jak kiedy? Wtedy dotarło do mnie coś jeszcze bardziej niewygodnego. Że ja tych spotkań potrzebowałem. Karmiłem się ich historiami, żeby nie zadawać sobie własnych pytań. Każde ich zmęczenie było dla mnie dowodem, że dobrze zrobiłem, wybierając spokój. Albo raczej – nie wybierając niczego. Wyszedłem wcześniej, tłumacząc się zmęczeniem. Tym razem ulga była słabsza. Bardziej przypominała ucieczkę niż odpoczynek.
Gardziłem ich problemami
Do mieszkania wróciłem szybciej, niż planowałem. Znowu byłem sam w kuchni, tej samej co zawsze, z tym samym światłem i tą samą lodówką, która wciąż świeciła pustką. Oparłem dłonie o blat i przez chwilę patrzyłem w podłogę, jakbym spodziewał się tam znaleźć jakąś odpowiedź. Dotarło do mnie, że przez długi czas gardziłem cudzymi związkami z wygody. Ich zmęczenie, pretensje i niedopowiedzenia były dla mnie tarczą. Dowodem, że samotność to nie brak, tylko rozsądny wybór. A przecież prawda była mniej wygodna. Ja nie wybierałem ciszy dlatego, że dawała mi wolność. Wybierałem ją, bo chroniła mnie przed ryzykiem, przed rozmowami, które mogą zaboleć, przed koniecznością odsłonięcia się przed kimś innym.
Stałem tam i wiedziałem, że nic dziś nie zmienię. Nie sięgnę po telefon. Nie zrobię listy postanowień. Moje życie jutro będzie wyglądało tak samo jak dziś. I ta świadomość była jednocześnie uspokajająca i przygnębiająca. Wyjąłem szklankę, nalałem wody i napiłem się powoli. Brak mleka naprawdę był najmniejszym problemem tego wieczoru. Większym było to, że cisza, którą tak długo uważałem za sprzymierzeńca, okazała się wygodną wymówką. Żebym nie musiał sprawdzać, czy potrafię być z kimś, a nie tylko obok.
Igor, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałam, że tanie perfumy na walentynki to sprawka teściowej. Okazało się, że to skąpy mąż ma sporo brudu za uszami”
- „Po pół roku zorientowałam się, że spotykam się z żonatym facetem. Niech cwaniaczek nie liczy, że zostanę jego metresą”
- „Dałam teściowej różę na walentynki, bo chciałam ogrzać jej lodowate serce. To był tylko gwóźdź do mojej trumny”