„Gdy żona otworzyła w domu przedszkole, myślałem, że oszaleję. Szybko zmieniłem zdanie i wyczułem w tym dobry interes”
„Kiedy żeniłem się z Elwirą, wyobrażałem sobie wspólne wieczory z herbatą, książką i ciszą. Kupiliśmy trzypokojowe mieszkanie, które miało być azylem – naszym światem, tylko dla nas. Wszystko się zmieniło, gdy Elwira oznajmiła, że zamierza otworzyć w domu przedszkole”.

- Redakcja
Najpierw myślałem, że żona żartuje. Potem – że to chwilowa fanaberia. Nie minął miesiąc, a ja wracałem z pracy do mieszkania pełnego hałasu, zapachu budyniu i porozrzucanych klocków. Czasem mam dość. Mam ochotę uciec. Jednak przyznam szczerze – to wszystko zaczęło się dziwnie opłacać.
Plan na duży salon
Zaczęło się w sobotę rano. Leżałem jeszcze w łóżku, kiedy Elwira usiadła obok z kubkiem kawy i powiedziała:
– Pomyślałam, że mogłabym otworzyć w domu małe przedszkole.
Przetarłem oczy i spojrzałem na nią niepewnie.
– U nas w mieszkaniu?
– Tak. Znam dwie mamy z osiedla, które szukają czegoś kameralnego. Dzieciaki są małe, nie chcą ich jeszcze oddawać do dużych placówek. A ja przecież i tak siedzę w domu.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Chciałem zapytać, czy się dobrze czuje, ale widziałem, że mówi serio. Myślałem, że to tylko pomysł na chwilę, coś jak jej zeszłoroczne robienie świec sojowych. W niedzielę przyniosła katalogi z meblami dziecięcymi. W poniedziałek kupiła dywan z uliczkami i plastikowe krzesełka. W środę meble z salonu poszły na aukcji, a na ich miejsce pojawiły się półki z zabawkami i namiot tipi.
– Przecież miało być „małe” przedszkole – mruknąłem, patrząc, jak nasz salon zmienia się nie do poznania.
– I będzie. Dla maksymalnie pięciorga dzieci – odpowiedziała radośnie, wieszając na ścianie plakat z alfabetem.
Nie miałem nic do gadania. To już się działo. Załatwiła wszystkie formalności. Nie wiem jak, bo była ich cała masa. Sanepid, urzędy, zgody... masakra jakaś. Ale udało jej sie.
Wyjątkowi goście
Pierwsze dzieci przyszły w czwartek. Punkt ósma – jak do biura. Jedna dziewczynka płakała, druga rzuciła się na podłogę i krzyczała, że nie chce się bawić. Ich mamy zostawiły je Elwirze z uśmiechem, jakby przekazywały jej na chwilę torebkę, a nie dwójkę żywych ludzi.
– Damy radę, prawda, kochanie? – rzuciła Elwira z entuzjazmem.
– Pewnie – odpowiedziałem bez przekonania, zaszywając się w sypialni z laptopem.
Miałem tego dnia pracować zdalnie, ale trudno mówić o skupieniu, gdy za ścianą jedno dziecko wali klockiem w podłogę, a drugie płacze, bo zgubiło misia. Po godzinie Elwira zorganizowała zabawy w kółeczku. Słychać było śmiech, śpiewy, a potem... płacz, bo jedno nie chciało się podzielić kredkami. Wyszedłem z pokoju tylko raz – po kawę. Przez salon przemykałem jak cień, starając się nie wdepnąć w zabawkę lub jakąś rozlaną papkę.
– Fajnie, że jesteś w domu. Dzieci cię lubią – rzuciła Elwira, kiedy mijałem ją w przedpokoju.
Nie odpowiedziałem. Wróciłem do sypialni i zamknąłem drzwi. Pierwszy raz zatęskniłem za open space’em i szefem, który mówił „zrób to do końca dnia”. Przynajmniej on nie miał smarków na rękawie.
Nie poznaję tego domu!
Po tygodniu czułem się jak intruz we własnym mieszkaniu. Nasz salon, który był kiedyś miejscem odpoczynku, zmienił się w centrum operacyjne. Na ścianie wisiała tablica z planem dnia, pod oknem stał regał z książeczkami i grami, a mój ulubiony fotel zniknął bez śladu. Nawet zapach mieszkania się zmienił – pachniało owsianką, klejem i czymś, co podejrzanie przypominało zużyte pieluchy.
Rano wychodziłem do pracy wcześniej, niż musiałem, a po powrocie czekałem w samochodzie, aż dzieci się rozejdą. Kiedy wchodziłem do domu, Elwira była zmęczona, ale zadowolona. Dzieci ją kochały. Rodzice ją chwalili. Przychodziły kolejne zapytania. Zrobiła listę rezerwową.
– Kochanie, musimy kupić drugi zestaw pościeli i nowe śliniaki – mówiła, jakby to było zupełnie normalne.
– Czy ty zdajesz sobie sprawę, że ostatnio siedziałem na własnej kanapie tydzień temu?
– Wiem. To przejściowe. Zobaczysz, opłaci się.
Rzeczywiście, na koncie pojawiło się więcej pieniędzy. Stać nas było na dodatkowy weekendowy wypad, nowy ekspres do kawy. Tylko że ja nie chciałem ekspresu. Chciałem domu. Ciszy. Miejsca, w którym nikt nie krzyczy, że zgubił klocek.
Granice cierpliwości
Pewnego dnia wróciłem z pracy wcześniej niż zwykle. Chciałem odpocząć, położyć się na kanapie i posłuchać ciszy. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem dwóch chłopców biegających w kółko po korytarzu, jeden miał pieluchę na głowie jak hełm. Dziewczynka siedziała na środku salonu i płakała, bo ktoś jej zabrał kredkę. Elwira w tym czasie próbowała zetrzeć coś z dywanu. Popatrzyła na mnie zdziwiona, że już jestem.
– Mieliśmy dziś teatrzyk. Trochę się rozszalały – powiedziała szybko. – Zaraz wychodzą.
– Miałem nadzieję, że choć raz wrócę do ciszy – mruknąłem, mijając biegające dzieci.
– Nie przesadzaj, przecież nie są tu wieczność.
– Nie, tylko osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu, w moim salonie, przy moich rzeczach...
Zamilkła. Spojrzała na mnie tak, jakby po raz pierwszy dotarło do niej, że naprawdę mam dość.
– Może powinniśmy to przemyśleć. Znaleźć osobny lokal – powiedziała po chwili cicho.
Nie odpowiedziałem. Usiadłem na krześle w kuchni i po prostu siedziałem. Prawie nie słyszałem już dzieci. Może dlatego, że przestałem zwracać uwagę. Może dlatego, że nie miałem już siły.
Biznes to nie wszystko
Wieczorem Elwira usiadła obok mnie w kuchni. Dzieci już wyszły, w mieszkaniu zapanował względny spokój. Przez chwilę nikt nic nie mówił. Ona patrzyła na swoje dłonie, ja na pusty kubek po herbacie. W końcu odezwała się pierwsza:
– Wiem, że nie jest ci łatwo. I wiem, że zabrałam ci dom.
Westchnąłem.
– Po prostu... to miejsce miało być dla nas. Tymczasem mam wrażenie, że mieszkam w przedszkolu. Dzieci mnie nie znają, rodzice traktują jak cień, a ty... ty jesteś ciągle zajęta nimi.
– Przepraszam. Naprawdę myślałam, że to jakoś pogodzimy. Chciałam coś zbudować, nie kosztem ciebie.
– Budujesz. I wychodzi ci to dobrze. Ale nie jestem pewien, czy potrafię tak żyć na dłuższą metę.
Potaknęła lekko głową.
– Może czas to rozdzielić. Rozejrzeć się za lokalem. Mamy już stałe dzieci, rodzice są zadowoleni. Myślę, że moglibyśmy pójść krok dalej – powiedziała spokojnie.
Patrzyłem na nią chwilę i po raz pierwszy od dawna pomyślałem, że może z tego naprawdę coś będzie. Jeśli tylko odzyskamy nasze mieszkanie – i siebie – to wszystko może mieć sens.
Czasem zaglądam tam po pracy
Minęły dwa miesiące. Dziś w salonie znowu stoi nasza kanapa, na ścianie wisi obraz, a nie plansza z planem dnia. Kiedy wracam z pracy, witają mnie cisza i zapach obiadu, a nie rozlane soczki i hałas. Elwira wynajęła mały lokal dwie ulice dalej. Przedszkole działa, ma swoją nazwę, logo, a nawet stronę internetową. Zatrudniła pomoc, bo dzieci przybyło.
Czasem zaglądam tam po pracy. Dzieci nadal ją kochają, a ona nadal ma tę samą iskrę w oczach. Ale kiedy zamyka drzwi o szesnastej, przestaje być „ciocią Elwirą”, a znów jest moją żoną. Zaczęliśmy znowu rozmawiać, spacerować wieczorami, planować wakacje.
Nie sądziłem, że przedszkole może tak wywrócić życie. I choć przez chwilę miałem wszystkiego dość, dziś widzę, że było warto. Dla niej – bo spełniła swoje marzenie. Dla mnie – bo nauczyłem się, że kompromis to coś więcej niż ciche przyzwolenie. I dla nas – bo wbrew wszystkiemu, wyszliśmy z tego silniejsi. Wciąż nie znoszę klocków na podłodze. Jednak teraz już wiem, że miejsce dzieci jest w przedszkolu. A miejsce małżeństwa – w domu.
Rafał, 41 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Moje wnuki zapomniały o Dniu Dziadka. Nie chciałem się skarżyć, więc udawałem chojraka, choć serce pękało z żalu”
- „Obiad na Dzień Dziadka był miły do momentu, gdy wnuk wyjął listę rzeczy na kartce. Już ja go nauczę szacunku”
- „Zdradziłem żonę, bo przez lata traktowała mnie jak stary mebel. To jej wina, w końcu musiałem sam o siebie zadbać”