„Gnieździmy się z 3. dzieci na 42 mkw, a teściowie opływają w dostatki. Nie dadzą ani grosza, bo im też nikt nie dawał”
„Niedzielne obiady u teściów to rytuał, na który jeździmy z poczucia obowiązku. Teściowie to ludzie sukcesu. W latach dziewięćdziesiątych założyli firmę, trafili w idealny moment transformacji i dorobili się majątku. Dziś są na emeryturze”.

To miał być zwykły wtorek, ale pękła rura pod zlewem, zalewając szafkę, w której trzymaliśmy suche produkty. Kiedy patrzyłam na rozmiękły ryż i makaron pływający po podłodze, poczułam, jak wzbiera we mnie tama, której nie byłam w stanie dłużej utrzymać.
Jest nam ciężko
Budzik dzwoni o piątej czterdzieści pięć, nie dlatego, że muszę tak wcześnie wstać do pracy, ale dlatego, że to jedyny moment, kiedy w naszym mieszkaniu panuje cisza. Przez piętnaście minut mogę siedzieć na brzegu wanny – jedynym miejscu, gdzie da się zamknąć drzwi na zamek – i udawać, że jestem sama na świecie. Nasze mieszkanie ma dokładnie czterdzieści dwa metry kwadratowe, ale po odliczeniu skosów i niefortunnego układu ścian, użytkowych jest może trzydzieści osiem.
Mamy trójkę dzieci. Kacper ma siedem lat, a bliźniaczki Zuzia i Maja właśnie skończyły cztery. Nasz salon to w rzeczywistości sypialnia, jadalnia, bawialnia i biuro mojego męża Janusza, kiedy zdarza mu się praca zdalna. Dzieci mają swój pokój, który jest tak mały, że wstawienie tam łóżka piętrowego i jednego tapczanika zajęło całą dostępną przestrzeń.
Aby otworzyć szafę z ubraniami dziewczynek, trzeba przesunąć pudło z klockami. Aby Kacper mógł odrobić lekcje, musi siedzieć przy kuchennym stole, a ja muszę wtedy uciszać bliźniaczki, co jest zadaniem z góry skazanym na porażkę.
Gnieździliśmy się
Codzienność w takim ścisku to nieustanna logistyka. Jeśli Janusz gotuje, ja nie mam wstępu do aneksu kuchennego. Śpimy na rozkładanej sofie, która skrzypi przy każdym ruchu, a rano bolą nas plecy, bo materac jest wygnieciony. Nie stać nas na wymianę, bo każda wolna złotówka idzie na bieżące wydatki, leki dla dzieci – w przedszkolu ciągle coś łapią – i rosnący czynsz.
Janusz zarabia przyzwoicie, ale przy trójce dzieci nasza zdolność kredytowa jest żadna. Wynajmujemy to mieszkanie od starszej pani, która nie podnosiła nam stawki przez trzy lata, ale wiemy, że to cisza przed burzą. Ceny mieszkań w naszej okolicy poszybowały w kosmos. Marzymy o trzech pokojach, nawet o małych, ale żebyśmy mieli sypialnię, dzieci osobne pokoje, albo chociaż większy metraż.
Patrzę na moje dzieci, które budują bazy z koców pod stołem, bo nie mają gdzie się schować. Widzę ich frustrację, gdy jedno potrąca drugie, bo nie ma gdzie się odsunąć. I wtedy myślę o domu rodziców Janusza. O ich wielkim, piętrowym domu z ogrodem, który stoi zaledwie dwadzieścia minut jazdy samochodem stąd. Domu, w którym czuję się jak uboga krewna wpuszczona na pokoje z łaski.
Bałam się teściów
Niedzielne obiady u teściów to rytuał, na który jeździmy z poczucia obowiązku. Teściowie to ludzie sukcesu. W latach dziewięćdziesiątych założyli firmę, trafili w idealny moment transformacji i dorobili się majątku. Dziś są na emeryturze, firmę sprzedali z ogromnym zyskiem, a czas spędzają na pielęgnowaniu ogrodu i podróżach do ciepłych krajów.
Ich dom ma ponad dwieście metrów. Na parterze jest salon, w którym można by urządzić wesele, jadalnia z dębowym stołem na dwanaście osób i kuchnia tak sterylna, że boję się w niej dotknąć blatu. Na piętrze mają trzy sypialnie. Jedna ich, dwie gościnne. Puste. Stoją w nich wielkie łoża z nieużywaną pościelą, szafy pachnące lawendą, w których nic nie wisi. Gdy przyjeżdżamy, zaczyna się festiwal uwag.
– Zuziu, nie dotykaj tej wazy, to pamiątka z Portugalii – mówi teściowa, ledwo przekroczymy próg. – Kacper, zdejmij buty, dopiero co cyklinowaliśmy parkiet.
Dzieci w ich domu gasną. Nie wolno im biegać, nie wolno krzyczeć, nie wolno wnosić jedzenia do salonu. Siedzą sztywno na kanapie, bojąc się poruszyć. My z Januszem siedzimy naprzeciwko teściów, pijąc kawę z filiżanek cienkich jak papier.
– Byliśmy w zeszłym tygodniu na Maderze – opowiada teść. – Piękne widoki, choć hotel trochę nas zawiódł. Obsługa nie była tak profesjonalna, jak w zeszłym roku na Dominikanie.
Poprosiliśmy o pomoc
Słucham tego, kiwając głową, a w myślach liczę, ile pampersów muszę kupić do końca miesiąca i czy wystarczy nam na nową kurtkę dla Kacpra, bo z poprzedniej wyrósł. Tamtego popołudnia, po awarii rury, jechaliśmy do nich z konkretnym celem. Nie chciałam jałmużny. Chcieliśmy pożyczki.
Bank odmówił nam kredytu hipotecznego na większe mieszkanie z powodu braku wystarczającego wkładu własnego. Potrzebowaliśmy stu tysięcy złotych, żeby w ogóle zacząć rozmawiać o własnym kącie. Dla nas to była góra nie do zdobycia. Dla nich – równowartość nowego samochodu, który teść kupił sobie w zeszłym roku, by jeździć na ryby. Janusz był zdenerwowany.
– Kochanie, wiesz jacy oni są – powtarzał. – Mają swoje zasady.
– Wiem, ale to ich wnuki. Nie prosimy o prezent. Oddamy im wszystko, co do grosza. Podpiszemy umowę u notariusza, będziemy spłacać w ratach. Potrzebujemy tylko szansy.
Atmosfera przy stole była gęsta. Dzieci wysłaliśmy do ogrodu – jedynego miejsca, gdzie mogły swobodnie oddychać, choć i tam musiały uważać na rabatki. Zostaliśmy z teściami sami. Janusz chrząknął, poprawił kołnierzyk i zaczął mówić. Przedstawił naszą sytuację szczerze, bez ubarwiania. Opowiedział o ciasnocie, o braku zdolności kredytowej, o marzeniu, by dzieci miały swoje pokoje.
Mieli swoje zasady
Teściowa słuchała z kamienną twarzą, popijając herbatę. Kiedy Janusz skończył i padła prośba o pożyczkę na wkład własny, zapadła cisza.
– Synu – zaczął w końcu teść. – Pamiętasz, jak zaczynaliśmy z matką?
Wiedziałam, co nastąpi. Słyszeliśmy tę historię tysiąc razy.
– Mieszkaliśmy w hotelu robotniczym – kontynuował, nie czekając na odpowiedź. – Mieliśmy jeden pokój, wspólną kuchnię na korytarzu i łazienkę na piętro. Kiedy urodził się twój brat, spaliliśmy na materacu na podłodze. Nikt nam nic nie dał. Moi rodzice byli biednymi rolnikami, rodzice matki zmarli wcześnie. Wszystko, co widzisz wokół, to efekt naszej ciężkiej pracy, wyrzeczeń i oszczędzania.
– Ale tato, czasy były inne – próbował oponować Janusz. – Wtedy mieszkania rozdawano z zakładów pracy albo można było je wykupić za grosze. Teraz metr kwadratowy kosztuje tyle, co roczna pensja.
– Czasy są zawsze trudne dla tych, którzy nie potrafią sobie radzić – wtrąciła teściowa chłodno. – My nie jeździliśmy na wakacje przez dwadzieścia lat. Każdy grosz ładowaliśmy w firmę. A wy macie Netflixa, zamawiacie jedzenie na wynos, dzieci mają mnóstwo zabawek.
– Te zabawki są używane, z grup sprzedażowych! – nie wytrzymałam. – A jedzenie zamawiamy raz na miesiąc, jak jesteśmy tak zmęczeni, że nie mamy siły stać przy garach!
Byli nieustępliwi
Teściowa spojrzała na mnie z politowaniem.
– Dziecko, nie unoś się. Chodzi o zasady. Jeśli damy wam te pieniądze, zrobimy wam krzywdę.
– Krzywdę? – wydukałam. – Pomoc we wkładzie własnym to krzywda?
– Tak – powiedział stanowczo teść. – Bo nie nauczycie się szacunku do pieniądza. Łatwo przyszło, łatwo poszło. My do wszystkiego doszliśmy sami i to ukształtowało nasz charakter. Chcemy, żebyście wy też mieli silne charaktery. Żebyście mogli kiedyś powiedzieć swoim dzieciom: „zrobiliśmy to sami”. Nie chcemy was ubezwłasnowolnić.
– Ale my pracujemy! – mój głos drżał. – Janusz haruje po dziesięć godzin, ja dorabiam zleceniami po nocach, kiedy dzieci śpią. Nie leżymy brzuchem do góry! Po prostu rynek nas wypluwa. Chcemy tylko pożyczki, nie darowizny!
– Nie jesteśmy bankiem – uciął teść. – Mamy swoje plany. Chcemy jeszcze zwiedzić świat, póki zdrowie dopisuje. Nie będziemy zamrażać kapitału. Poza tym, gdybyśmy dali wam, musielibyśmy dać też Markowi.
Byliśmy załamani
Marek, starszy brat Janusza, mieszka w Kanadzie. Jest lekarzem. Zarabia w miesiąc tyle, co my w dwa lata.
– Marek nie potrzebuje waszych pieniędzy! – krzyknął Janusz, wstając od stołu. – On ma trzy domy!
– Sprawiedliwość to sprawiedliwość – skwitowała teściowa, sięgając po kolejne ciastko. – Przykro nam, ale odpowiedź brzmi nie. Dacie sobie radę. Jesteście młodzi, zdolni. Może po prostu musicie obniżyć wymagania? Po co wam mieszkanie w mieście? Na wsi jest taniej.
Patrzyłam na nich i nie widziałam rodziców, którzy chcą dobra swojego dziecka. Widziałam dwoje ludzi zakochanych w swoim micie, którzy zza wysokiego muru swojego komfortu nie dostrzegają, że świat się zmienił. Ich „pomoc dydaktyczna” polegała na patrzeniu, jak toniemy, i krzyczeniu z brzegu: „Machajcie mocniej rękami!”.
Powrót do domu był koszmarem. Dzieci płakały, bo były zmęczone i głodne – u dziadków dostały tylko po dwa kruche ciasteczka, bo obiad to się je w domu. Janusz milczał. Weszliśmy do naszego mieszkania. Uderzył nas zaduch i zapach wilgoci z niedosuszonego prania, które wisiało na suszarce. Potknęłam się o samochodzik Kacpra.
– I co teraz? – zapytałam, siadając na brzegu sofy.
– Nic – odpowiedział mój mąż głucho. – Mieli rację w jednym. Musimy sobie poradzić sami.
– Ale jak?! – wybuchłam płaczem. – Jak mamy uzbierać sto tysięcy, kiedy ledwo starcza do pierwszego?
– Nie wiem! – krzyknął, a potem schował twarz w dłoniach.
Pierwszy raz widziałam go tak złamanego. Nie przez brak pieniędzy, ale przez odrzucenie. Przez to, że jego rodzice wybrali swoje zasady i kolejną wycieczkę ponad bezpieczeństwo jego rodziny.
To była katastrofa
To nie był koniec naszych problemów. Dwa miesiące później właścicielka mieszkania przyszła z nowiną. Sprzedaje lokal. Mamy trzy miesiące na wyprowadzkę. Ceny najmu w międzyczasie skoczyły o kolejne trzydzieści procent.
Zadzwoniliśmy do teściów. Nie, żeby prosić o pieniądze. Żeby zapytać, czy możemy u nich pomieszkać przez dwa, trzy miesiące, póki czegoś nie znajdziemy, co nie zrujnuje nas finansowo. Mają dwa puste pokoje gościnne.
– Oj, to niedobry moment – powiedziała teściowa przez telefon. – W przyszłym tygodniu zaczynamy remont łazienki na górze, będzie mnóstwo kurzu. A potem wylatujemy na miesiąc do Tajlandii. Nie możemy wam zostawić domu pod opieką, bo Ryszard nie lubi, jak ktoś tu rządzi pod naszą nieobecność. Poza tym, z trójką dzieci… wiecie, jakie są nasze podłogi.
– Mamo, grozi nam bezdomność albo mieszkanie w jakiejś norze – powiedział Janusz.
– Nie przesadzaj. Znajdziecie coś. Pamiętasz? My mieszkaliśmy w hotelu robotniczym…
Rozłączył się bez słowa. Przestałam oczekiwać. To dziwne uczucie, kiedy nadzieja wygasa. Zamiast rozpaczy, poczułam determinację. Zrozumiałam, że ci ludzie, mimo że są naszą rodziną, są nam w rzeczywistości obcy. Ich bogactwo ich znieczuliło. Ich pamięć o własnej biedzie sprzed lat stała się tarczą, którą zasłaniali swoje skąpstwo i egoizm.
Zacisnęliśmy zęby
Znaleźliśmy mieszkanie. Jeszcze mniejsze, trzydzieści pięć metrów, ale tańsze i w gorszej dzielnicy. Kacper musiał zmienić szkołę, co przepłacił tygodniami płaczu. My z mężem śpimy teraz na antresoli, którą sami zbudowaliśmy, żeby dzieci miały na dole więcej miejsca. Jest ciasno, duszno i czasami mam ochotę wyjść i nie wracać. Ale jest nasze. To znaczy – wynajmowane, ale nasze w sensie spokoju ducha.
Zerwaliśmy kontakty z teściami. Nie oficjalnie, bez wielkich awantur. Po prostu przestaliśmy dzwonić. Kiedy oni dzwonią raz na miesiąc, nie odbieramy albo zbywamy ich krótkim „nie mamy czasu”. Nie jeździmy na niedzielne obiadki. Nie chcę, żeby moje dzieci patrzyły na luksusy, które są dla nich niedostępne, i słuchały, że ich rodzice są nieudacznikami, bo nie zbudowali domu w wieku trzydziestu lat w realiach gospodarczych, które są nieporównywalne do lat dziewięćdziesiątych.
Jestem zmęczona. Ale patrzę na mojego męża, który mimo wszystko się uśmiecha do córek, i wiem jedno: my nigdy nie zrobimy tego naszym dzieciom. Jeśli kiedyś będziemy mieć cokolwiek, podzielimy się tym. Bo rodzina to nie zasady ekonomii i lekcje hartowania stali. Rodzina to pomocna dłoń, kiedy toniesz. Oni swoją cofnęli. My nauczyliśmy się pływać bez niej, ale blizna po tym odrzuceniu zostanie z nami na zawsze.
Aneta, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Remontowaliśmy mieszkanie dla naszego dziecka. W 6. miesiącu ciąży odkryłam, że on buduje nowe życie z inną”
- „Do sanatorium pojechałam jako singielka, a wróciłam z narzeczonym. Wnuki nie chciały zaakceptować nowego dziadka”
- „Po latach babrania się w pieluchach wróciłam do pracy. Gdy dostałam pierwszą pensję, mąż parsknął śmiechem”