„Godzinami gotowałam wnukom złociutki rosół, a zięć mnie lekceważył. Dostał za to taką nauczkę, że szybko zamknął usta”
„Wszystko ma swoje granice. A lekceważenie mnie przy moich wnukach? Tego już nie przepuszczam nikomu. Nawet mojemu kochanemu, aczkolwiek zarozumiałemu zięciowi. Od razu postanowiłam, że za to, co zrobił, dostanie ode mnie lekcję. I to taką, której długo nie zapomni”.

- Redakcja
Nie jestem ani zołzą, ani wredną teściową, chociaż niektórzy – zwłaszcza młodsi – z lubością szufladkują starsze kobiety właśnie w taki sposób. Nie należę do osób, które od razu rzucają się z pazurami. Wręcz przeciwnie – całe życie starałam się najpierw zrozumieć, potem ewentualnie skorygować. Ale wszystko ma swoje granice. A lekceważenie mnie przy moich wnukach? Tego już nie przepuszczam nikomu. Nawet mojemu zięciowi, który – jak wielu dzisiejszych mężczyzn – myśli, że skoro coś powiedział głośniej, to automatycznie ma rację. Otóż nie. Zwłaszcza gdy mówi głupoty i to w obecności dzieci.
Zawsze powtarzam: z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Ale kiedy jesteś babcią, nie możesz się wypisać z bycia częścią tej układanki. Zwłaszcza że dzieci – te małe, chłonne główki – patrzą, słuchają, zapamiętują. A jak słyszą, że babcia „nie ma racji” albo „znowu się czepia”, to szybko uczą się ignorować każde mądre słowo. Dlatego właśnie postanowiłam, że mój kochany, aczkolwiek zarozumiały zięć dostanie lekcję. Taką, której długo nie zapomni.
Zięć mnie zlekceważył
– Zjesz jeszcze łyżkę rosołu, Antoś? – zapytałam wnuka, nalewając mu pachnący wywar z kury, który pyrkotał na moim palniku od ósmej rano.
– Babciu, tak! Ten z makaronem jest najlepszy – uśmiechnął się szeroko i aż sięgnął po łyżkę, zanim talerz trafił na stół.
Spojrzałam z dumą na dzieci – Antosia i jego młodszą siostrę, Polę – grzeczne, ciekawe świata, wrażliwe. Wychowane przez moją córkę, a nie przez internet. Właśnie dlatego, kiedy wyjeżdżała w delegację, poprosiła mnie, żebym przez kilka dni została z dzieciakami. Chętnie. Ja ich nie traktuję jak obowiązek. Ja je po prostu kocham.
Wtedy wszedł mój zięć, z torbą sportową i w kapturze, jakby wpadł tylko na chwilę.
– O, rosół! – rzucił, całując dzieci w głowę. – Tylko nie za dużo, bo zaraz idziemy na lody.
– Lody? – podniosłam brew. – Po rosole? Po obiedzie? Przecież mają już pełne brzuchy, dopiero co zjedli. A Pola ostatnio miała katar...
– Mamo – westchnął ciężko, stawiając torbę przy krześle – daj spokój. Lody im nie zaszkodzą. Muszą się trochę nacieszyć weekendem, nie żyjemy w średniowieczu.
– To nie chodzi o średniowiecze, tylko o rozsądek. Niby po co ja gotuję zdrowy obiad, skoro ty potem fundujesz im cukier z mrożonki?
– Mamo, to nie twoja sprawa. Ja decyduję o tym, co dzieci jedzą – powiedział głośno, akcentując ostatnie słowa. Antoś spojrzał na mnie, niepewny.
– Tak? To ciekawe, bo to ja miałam się nimi zajmować – odparłam spokojnie. – Ale dobrze, rozumiem. Masz rację, jesteś ojcem. Ja tylko gotuję i opiekuję się twoimi dziećmi, kiedy ci wygodnie.
– Mamo, nie zaczynaj...
Uśmiechnęłam się słodko. Ale w środku już układałam plan.
Nie puszczę mu tego płazem
Następnego dnia postanowiłam nie mówić nic. Nawet słowa. Niech sobie rządzi. Ja się tylko przyglądam. I niech się przekona, jak to jest, kiedy babcia naprawdę nie ma nic do powiedzenia.
– Co dziś na obiad, mamo? – zapytał rano zięć, jeszcze w piżamie, parząc sobie kawę.
– Nie wiem. Ty decydujesz. Ja nie mam głosu – odpowiedziałam i usiadłam przy stole z gazetą.
– Co? No weź… nie rób scen.
– Żadnych scen. Po prostu słucham się ciebie. Masz rację, przecież ty najlepiej wiesz, co dzieci powinny jeść. Ja nie będę się wtrącać – uśmiechnęłam się szeroko.
Zdziwiony milczał przez dłuższą chwilę. Potem wyjął telefon i zadzwonił po pizzę. Po południu z kuchni dobiegły mnie stłumione głosy.
– Ale ja nie chcę pizzy z ananasem! – jęczała Pola.
– Taka była promocja, kochanie – próbował ją udobruchać ojciec. – Poza tym babcia nic nie chciała gotować.
– Bo ty mówiłeś, że babcia ma się nie wtrącać – odezwał się Antoś, mądrze jak na siedmiolatka.
Zerknęłam do salonu, udając zaskoczenie.
– Zrobiłam, jak chciałeś, mamo – powiedział zięć, wchodząc z kartonami. – No to jemy to, co „ja decyduję”. Smacznego.
Nie odpowiedziałam. Podałam dzieciom po szklance kompotu i wyszłam do ogródka. Za chwilę usłyszałam:
– Babciu, a możesz jutro ugotować znowu rosół?
– Zapytajcie taty – rzuciłam przez ramię.
Zięć odchrząknął. Pierwszy raz wyglądał, jakby zaczął coś rozumieć.
Mój plan zadziałał
We wtorek rano zrobiłam śniadanie tylko dla siebie. Tost, jajko na miękko, zielona herbata. Cisza w kuchni była błogosławieństwem. Wnuki jeszcze spały, a zięć zszedł dopiero po ósmej.
– Mamo, dzieci nic nie jadły?
– Nie wiem. Ty jesteś od decydowania – odparłam spokojnie, nie patrząc znad gazety. – Ja nie chciałam się narzucać ze swoimi średniowiecznymi metodami.
Zamilkł. Po chwili usłyszałam, jak szuka czegoś w szafkach, potem w lodówce.
– Gdzie jest chleb?
– W piekarni, jak sądzę – odpowiedziałam z kamienną twarzą.
– Mamo, błagam cię… – jęknął. – Przestań. Dzieci przecież nie mogą być zakładnikami naszej sprzeczki.
– Ależ ja się nie sprzeczam. Ja tylko się dostosowuję. Przecież powiedziałeś przy dzieciach, że to nie moja sprawa. Więc niech tak zostanie. Proste.
W tej chwili Pola zbiegła z góry.
– Babciu, zrobisz mi te grzanki z serem, co zawsze? – zapytała zaspanym głosem.
Spojrzałam na nią z uśmiechem.
– Kochanie, nie mogę. Twój tata decyduje, co jecie.
– Ale on nie umie – szepnęła cicho.
Zięć przyglądał się tej scenie bez słowa, z rękami opartymi o blat.
– Dobrze – powiedział w końcu. – Mamo… przepraszam. Nie powinienem się tak odzywać. Chciałem dobrze, a wyszło... no właśnie. Niepotrzebnie cię zlekceważyłem.
– To nie mnie zlekceważyłeś, tylko swoje dzieci. Bo one słyszą, kto tu ma coś do powiedzenia.
Milczał chwilę. Potem westchnął.
– To może razem zrobimy te grzanki?
– A widzisz, jednak da się. Uczysz się.
Coś do niego dotarło
Po południu, jakby nigdy nic, zagraliśmy w „Chińczyka”. Pola, Antoś, zięć i ja – każde z pionkami w ręku, każdy z zaciętą miną. Antoś rzucał kostką z takim przejęciem, jakby od tego zależały losy świata.
– Szóstka! – wrzasnął. – Babciu, patrz, wchodzę na metę!
– No i brawo! – klasnęłam w dłonie. – A teraz Pola.
– Tylko nie wyrzuć mnie z planszy! – zaśmiał się zięć.
– Tata, a jak ty przegrywasz, to co robisz? – zapytał Antoś niewinnie.
– Udaję, że nic się nie stało – odpowiedział z uśmiechem.
– A podobno ty kiedyś rzuciłeś kostką w ścianę – dodał syn.
Zięć aż się zakrztusił ze śmiechu. Spojrzał na mnie kątem oka.
– Ciekawe dzięki komu dzieci mają taką pamięć do starych historii.
– Ja tylko czasem im przypominam o dawnych czasach – odparłam, przesuwając pionek.
Po chwili Pola wstała i podeszła do mnie z zeszytem.
– Babciu, pomożesz mi z matematyką? Tata mówi, że jak coś ma więcej niż dwa działania, to z tym to do ciebie – powiedziała z całkowitą powagą.
Zięć chrząknął.
– No co? Mówiłem dzieciom prawdę. Jesteś lepsza z matmy niż ja. I cierpliwsza. A one cię słuchają.
– No proszę, czyżbyś jednak coś zauważył?
– Tak. Że jak babcia milczy, to wszystko się rozsypuje. A jak babcia działa, to jakoś wszystko wraca do normy.
Popatrzyłam na niego spod oka.
– No. Może coś w końcu dotarło do mojego zięcia.
Zaśmiał się. Nawet szczerze.
Wszystko się zmieniło
Wieczorem siedzieliśmy przy stole. Dzieci już spały, kuchnia pachniała jeszcze owsianką, którą Pola zażyczyła sobie na kolację „jak u babci w bajce”. Zięć przetarł oczy i westchnął.
– Mamo… serio, nie wiem, jak ty to robisz. One cię słuchają, jedzą jak trzeba, nie kłócą się. Ja przy nich czasem czuję się jak statysta w filmie, na którego nikt nie zwraca uwagi.
– Bo dzieci widzą więcej, niż myślisz. One nie słuchają tego, co się mówi. One obserwują, jak się zachowujesz.
– No właśnie. A ja, no wiesz... trochę palnąłem przy tym rosole.
– Trochę? – uniosłam brew.
– Dobra, dobra. Palnąłem mocno. Ale wiesz… czasem człowiek się stara, myśli, że robi dobrze, a potem nagle dzieci patrzą i widać, że coś nie gra. I nie wiadomo, gdzie błąd.
– Zaczyna się od tonu głosu. Potem od tego, jak mówisz przy innych o tych, których dzieci kochają. A na końcu – od tego, czy masz odwagę przyznać się, że źle zrobiłeś.
– Czyli dziś mam zaliczone jedno na trzy – próbował żartować.
– Dziś się uczysz. I nie jest źle. Ale pamiętaj jedno: jak podważasz zdanie babci, to podważasz też ich zaufanie. Bo ja jestem dla nich taką bezpieczną przystanią. A bezpieczeństwa nie kwestionuje się przy dzieciach.
Zamrugał, jakby coś mu się naprawdę rozjaśniło.
– Bo ty, mamo, to jesteś jak skała. Niby nic nie mówisz, ale wszystko wiesz.
– Ja nie muszę mówić. Wystarczy, że raz dobrze spojrzę.
– I człowiek czuje się, jakby miał siedem lat. Też tak miałem, jak przzychodziłem do was na studiach.
Parsknęłam śmiechem.
– Wtedy też myślałeś, że wiesz lepiej.
– I wtedy też się myliłem.
Moja lekcja się przyjęła
Nazajutrz rano, zanim jeszcze dzieci wstały, zastałam zięcia w kuchni. Stał przy kuchence, mieszał coś w garnku. Pachniało lubczykiem.
– Rosół? – zapytałam, podchodząc ostrożnie.
– A jak. Zgodnie z twoim przepisem. Kura z targu, nie z paczki – odparł, nie odrywając wzroku od garnka.
– No, no... uczysz się.
– Trochę się boję, że Antoś powie, że to nie „ten sam” – uśmiechnął się. – Ale próbuję.
Usiadłam przy stole. Chwilę milczeliśmy. On mieszał, ja obserwowałam.
– Mamo... – zaczął cicho. – Wiesz, ja... chyba chciałem ci czasem udowodnić, że dam radę sam. Że jestem ojcem, głową rodziny i... nie muszę się słuchać.
– A ja nigdy nie chciałam, żebyś się mnie słuchał. Tylko żebyś coś zrozumiał.
Odwrócił się i spojrzał na mnie uważnie. Już bez tej swojej pewnej siebie miny. Tylko jak chłopak, który właśnie coś pojął.
– Dzieci mają w tobie opokę. A ja miałem... miałem głupią potrzebę pokazania, że jestem ważniejszy. Ale tak się nie buduje rodziny, co?
– Nie. Buduje się ją cierpliwością i pokorą. Ale ty masz czas, żeby się tego nauczyć. Ważne, że chcesz.
Podszedł do mnie, usiadł przy stole i przez chwilę nic nie mówił. Potem po prostu wyciągnął rękę i położył ją na mojej dłoni.
– Dziękuję, mamo. Za wszystko.
– Jeszcze nie dziękuj. Rosół się jeszcze nie udał – mruknęłam, choć gardło miałam ściśnięte.
Spojrzał na garnek, potem na mnie.
– W razie czego, zamówię pizzę. Ale tylko w tajemnicy przed dziećmi.
Uśmiechnęłam się. Wiedziałam, że moja lekcja się przyjęła.
Regina, 71 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Synowa zamykała się w kuchni, żeby lepić rogale świętomarcińskie. Zamarłam, gdy odkryłam, co naprawdę tam robi”
- „Jestem samotną matką trójki dzieci i mam 0 rąk do pomocy. Moi rodzice traktują swoje wnuki jak zbędny ciężar”
- „Mój partner mógłby być moim synem i wszyscy nas obgadują. Dopiero po 50-tce i z młodzieńcem u boku czuję, że żyję”