Reklama

Nie wiem, kiedy dokładnie przestałam czuć się kobietą. Może wtedy, gdy Marek przestał mnie całować na dzień dobry. A może, gdy urodziłam drugie dziecko i nagle przestałam być „Anką”, a stałam się „mamą”. Tak po prostu, niezauważalnie, wyblakłam. Dla innych jestem żoną, matką, pomocą domową, kierowcą, kucharką. Tylko nie sobą. Marek mnie nie zdradza. Nie pije. Z zewnątrz jesteśmy idealną rodziną. A jednak wieczorami czuję się bardziej samotna niż wtedy, gdy byłam singielką. On siedzi z nosem w telefonie albo laptopie. Milczy. Odbębnia swoją obecność.

Gdy zaproponował wyjazd w góry, miałam nadzieję, że to coś zmieni. Spakowałam walizki i zabrałam ze sobą cichą tęsknotę. Może w innym miejscu będzie inaczej? Na miejscu Marek wciąż pracował. Nawet śniadania jadł z laptopem. Dzieciom puścił bajkę, a ja... Zrobiłam coś spontanicznego. Zapisałam się na lekcje jazdy na nartach. Chciałam nauczyć się czegoś nowego. Dla siebie. Odzyskać siebie. Nie sądziłam, że ta decyzja tak wiele zmieni. I że instruktor, który powiedział, że nie szkoli mężatek... spojrzy na mnie tak, jak nie patrzył na mnie nikt od lat.

Kacper był wysoki i opalony

Pierwsza lekcja. Serce waliło mi jak przed egzaminem. Stałam nieporadnie w butach narciarskich, próbując zachować równowagę, gdy podszedł do mnie on – Kacper. Wysoki, opalony, z trzydniowym zarostem i spojrzeniem, które od razu sprawiło, że poczułam się naga. Ubrana, ale jakby prześwietlona. Spojrzał na mnie z góry i powiedział:

– Nie lubię uczyć mężatek. One nie chcą się nauczyć jeździć, tylko uciec od czegoś.

Zatkało mnie. Serio? To był jakiś test? Jakaś gra?

– A może chcą tylko dobrze skręcać? – parsknęłam, próbując zakryć zakłopotanie śmiechem.

On jednak nie odwzajemnił uśmiechu.

– Może. Ale zazwyczaj kończy się to czymś więcej. A ja nie wchodzę w takie historie.

Nie miałam pojęcia, co powiedzieć. Na szczęście ruszyliśmy na orczyk. Szarpnęłam się nieporadnie, prawie tracąc równowagę. Kacper złapał mnie za ramię, pewnym, zdecydowanym ruchem. Przez chwilę nasze oczy się spotkały.

– Masz dzieci?

– Dwoje – odpowiedziałam zdławionym głosem. – A to ważne?

– Tak. Bo dzieci wszystko czują. Nawet jak udajesz, że jest okej.

Pojechaliśmy w górę. Milczałam, ale w środku coś we mnie drżało. Ten obcy facet wiedział o mnie więcej niż mój mąż. Na górze pokazał mi kilka ćwiczeń. Był konkretny, rzeczowy. Nie flirtował. Ale i tak czułam się... widziana. I to było strasznie niebezpieczne.

Coś wisiało w powietrzu

Na kolejne lekcje szłam jak na spotkanie z kimś zakazanym. Niby nic się nie działo. Zjeżdżaliśmy, ćwiczyliśmy skręty, Kacper poprawiał mój balans i ułożenie nart. A jednak czułam, że między nami coś wisi w powietrzu. Jego obecność była drażniąco magnetyczna. Mówił mało, ale każde jego spojrzenie wbijało mi się pod skórę. Wieczorem spotkałam się z przyjaciółką Basią, która też spędzała tu ferie. Poszłyśmy na kawę, dzieci biegały w kąciku zabaw.

– Wyglądasz inaczej – powiedziała, przyglądając mi się uważnie. – Coś się stało?

– Poznałam instruktora. Uczy mnie jeździć. Jest… inny. Prawdziwy. Nie wiem, co myśleć.

Basia uniosła brwi.

– I?

– I nic. Mówi, że nie lubi szkolić mężatek. Że uciekają przed czymś. Ma rację. Ja… też uciekam. Ale nie przed Markiem. Przed sobą?

Basia oparła się o fotel.

– Uważaj. Możesz stracić więcej niż zyskasz.

– A jeśli ja już wszystko straciłam, tylko jeszcze sama nie wiem?

Basia milczała. Dobrze wiedziała, że moje małżeństwo to już tylko ciche współistnienie. A jednak jej spojrzenie było pełne ostrzeżenia. Marek nawet nie zauważył, że codziennie wychodzę na stok. Pytał tylko, czy dzieci zjadły i czy wieczorem może popracować bez hałasu. Nawet nie spojrzał, gdy wróciłam zarumieniona, z włosami rozwianymi spod kasku. A ja? Ja czułam się żywa. Po raz pierwszy od dawna.

Pocałował mnie krótko i mocno

Tego dnia było mroźniej. Śnieg skrzypiał pod butami, a wiatr smagał policzki. Spotkaliśmy się jak zawsze przy wypożyczalni. Kacper nie mówił wiele. Sprawdzał ustawienie moich nart, potem podał mi rękę i spojrzał prosto w oczy. Dłużej niż powinien. Dłużej niż to było bezpieczne.

– Dzisiaj pojedziemy wyżej – powiedział tylko.

Wjechaliśmy krzesełkiem na górę. Wokół było pusto. Przed obiadem. Idealna godzina, żeby nie spotkać nikogo znajomego. Cisza gór była jak tło do wszystkiego, co pulsowało między nami.

– Wiesz, że od pierwszego dnia miałem ochotę cię pocałować? – powiedział nagle, gdy stanęliśmy na szczycie.

Zamarłam.

– Powiedziałeś, że nie angażujesz się w takie relacje.

Przegrałem z tobą.

– Nie mów tak… bo ja naprawdę nie wiem, co robię.

– Wiem, co ja chcę zrobić.

I wtedy mnie pocałował. Krótko. Mocno. Bez pytania. Jakby wiedział, że jeśli spyta, powiem nie. Pocałunek trwał kilka sekund, a jednak czułam, jakby czas stanął. Zjechaliśmy w dół bez słowa. W ciszy, w odrętwieniu. Gdy dotknęłam stopami ziemi, czułam się jak po czymś niedozwolonym, a jednocześnie... uzależniającym. Wróciłam do hotelu i zatrzasnęłam się w łazience. Patrzyłam na siebie w lustrze z rumieńcami, z rozszerzonymi źrenicami i tylko jedno dźwięczało mi w głowie: „Zaczęło się.”

Nie mogłam już udawać

Marek zauważył mnie dopiero wieczorem. Siedziałam na łóżku z mokrymi włosami, zawinięta w ręcznik, z pulsującym sercem, które nie chciało się uspokoić od rana. Wszedł do pokoju z laptopem pod pachą.

– Długo dziś byłaś na stoku? – zapytał, nie podnosząc wzroku znad ekranu.

– Cztery godziny.

– Aha. Dobrze, że dzieci się jeszcze nie rozchorowały od tej zimnicy. Mam zaraz ważnego calla. Możesz ich trochę uciszyć?

Coś we mnie pękło.

– Czy ty w ogóle mnie widzisz? Jestem przeroczysta? Czuję, że mnie już dawno nie ma w tym małżeństwie.

Marek spojrzał na mnie z irytacją.

– Możesz mówić normalnie? Mam ważny call za chwilę.

– Właśnie o tym mówię.

– To idź, jeździj sobie z tym instruktorkiem, jak to takie ważne.

Zamknęłam oczy. To zdanie. Zasugerowane mimochodem, z pogardą. A jednak trafione.

– Naprawdę myślisz, że wszystko, czego mi brakowało, to jazda na nartach?

– Myślę, że jesteś znudzona życiem i szukasz problemów.

Wstałam. Powoli. Wysuszyłam włosy, ubrałam się. Wzięłam telefon i wyszłam z pokoju. Nie wiedziałam, dokąd idę, ale wiedziałam jedno – nie mogę już udawać. Kiedy wyszłam na zewnątrz, zimne powietrze uderzyło mnie w twarz jak policzek. I chyba właśnie tego potrzebowałam. Żeby ktoś wreszcie mnie obudził.

Szłam z sercem pod gardłem

Wieczorem napisałam do Kacpra. Krótko. „Możemy się spotkać?” Odpisał niemal od razu. „10 minut. Przy mostku nad strumieniem”. Było ciemno, śnieg lekko prószył. Szłam z sercem pod gardłem. W głowie mieszały mi się obrazy – Marek z laptopem, dzieci śpiące w łóżkach, Kacper całujący mnie bez słowa. Zobaczyłam go dopiero, gdy stanął pod latarnią. Wyglądał, jakby czekał na mnie całe życie.

– Nie wiem, co dalej – powiedziałam cicho, kiedy podeszłam.

– Ja też nie, ale wiem, że nie chcę, żebyś znikała.

– Nie mogę ci nic obiecać. Mam dzieci. I męża. Choć nie wiem, czy jeszcze nim naprawdę jest.

– Nie chcę obietnic. Chcę tylko prawdy. I ciebie, taką, jaka jesteś.

Zamilkłam. Śnieg topniał na moich rzęsach. Czułam się naga, choć byłam w kurtce i czapce. On wyciągnął rękę i delikatnie ujął moją dłoń.

– Zostaję jeszcze trzy dni. Potem wyjeżdżam. Nie wiem, czy wrócę.

– A jeśli do ciebie nie napiszę?

– To znaczy, że wybrałaś. I uszanuję to. Ale jeśli napiszesz… to będę.

Uśmiechnął się lekko. Odwrócił się i odszedł. Nie pocałował mnie tym razem. Nie musiał. Już mnie miał. I to było najgorsze.

Ewelina, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama