Reklama

Od zawsze byłam tą, która „ogarnia”. W moim domu wszystko miało swoje miejsce, a rodzinne obiady odbywały się punktualnie jak w zegarku. Lubiłam tę rolę, dawała mi poczucie kontroli i sensu. Dopiero z czasem zrozumiałam, że za uśmiechem i dokładnie wyprasowanym obrusem kryło się coś, czego nikt nie chciał zauważyć. Nawet ja sama.

Byłam tym wszystkim zmęczona

Niedzielne obiady były moim rytuałem. Wstawałam wcześnie, zagniatałam ciasto na pierogi, nastawiałam rosół i układałam talerze tak. Mój mąż Paweł czytał w tym czasie wiadomości na kanapie, a dzieci kręciły się między kuchnią a salonem.

– Mamo, a będzie sernik? – zapytała któregoś dnia Zosia, zaglądając do piekarnika.

– Będzie, jak przestaniesz co chwilę otwierać drzwiczki – odpowiedziałam z uśmiechem.

To były drobiazgi, które mnie cieszyły. Kiedy wszyscy siedzieli przy stole, miałam wrażenie, że wszystko jest na swoim miejscu. Nawet jeśli wcześniej pokłócili się o pilot do telewizora albo o to, kto wyniesie śmieci, ja potrafiłam to wygładzić.

– Daj spokój, to tylko kubek – mówiłam do Pawła, gdy irytował się na syna. – Kuba, przeproś tatę i usiądź spokojnie.

Byłam mediatorką, kucharką, organizatorką i psychologiem w jednym. Nikt mnie o to nie prosił, ale też nikt nie próbował mnie w tym zastąpić. Z czasem zaczęłam czuć zmęczenie. Wracałam z pracy, robiłam zakupy, sprzątałam łazienkę, pomagałam dzieciom w lekcjach. Paweł powtarzał, że przecież „też pracuje” i potrzebuje chwili dla siebie. Pewnego wieczoru, gdy zmywałam kolejną turę talerzy, woda była tak gorąca, że aż szczypały mnie dłonie. Paweł siedział przy stole z telefonem.

Możesz mi pomóc? – zapytałam spokojnie. – Jestem naprawdę zmęczona.

Podniósł wzrok.

– Teraz? Przecież to tylko kilka talerzy. Zawsze robisz z tego wielką sprawę.

Poczułam, jak coś we mnie drgnęło.

– To nie chodzi o talerze. Chodzi o to, że wszystko jest na mojej głowie.

– Przesadzasz – westchnął. – Każdy ma swoje obowiązki. Po prostu lubisz mieć kontrolę.

Te słowa zostały ze mną na długo. Lubię mieć kontrolę. Może miał rację? Może sama sobie narzuciłam ten ciężar? Kilka dni później sytuacja powtórzyła się przy rodzinnej kolacji. Teściowa skrytykowała sposób, w jaki przyprawiłam sos.

– Kiedyś robiło się to inaczej – powiedziała z wyraźnym przekonaniem.

Zacisnęłam usta, ale odpowiedziałam spokojnie:

– Mamo, następnym razem możesz sama ugotować obiad.

W pokoju zapadła cisza. Paweł spojrzał na mnie z dezaprobatą.

Po co te nerwy? – mruknął. – Mama tylko coś zasugerowała.

– A ja tylko mówię, że też mogę czasem odpocząć.

Odpocząć od czego? – wtrącił Kuba. – Przecież jesteś w domu szybciej niż tata.

Wtedy po raz pierwszy poczułam, że mój wysiłek jest niewidzialny. Jakbym była elementem wyposażenia – potrzebnym, ale oczywistym. Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. Leżałam obok Pawła i wsłuchiwałam się w równy oddech męża. Zastanawiałam się, kiedy przestałam być partnerką, a stałam się zapleczem logistycznym całej rodziny. Najbardziej bolało mnie jednak to, że kiedy wreszcie odważyłam się powiedzieć, że potrzebuję wsparcia, usłyszałam, że dramatyzuję. Nazajutrz postanowiłam spróbować jeszcze raz. Bez podniesionego głosu, bez wyrzutów.

– Chciałabym, żebyśmy podzielili się obowiązkami – zaczęłam przy śniadaniu. – Nie daję już rady sama.

Paweł odłożył kubek.

– Naprawdę robisz z igły widły. Inne kobiety mają więcej dzieci i jakoś sobie radzą.

Zrobiło mi się gorąco.

– Nie jestem „inne kobiety”. Jestem ja.

Zosia spojrzała na mnie z niepokojem.

– Mamo, czemu jesteś taka smutna?

Nie potrafiłam odpowiedzieć. Bo jak wytłumaczyć dziecku, że najbardziej boli to, że własna rodzina nie widzi twojego zmęczenia? Tego dnia po raz pierwszy pomyślałam, że jeśli nic się nie zmieni, ja też przestanę się starać.

Było mi siebie żal

W środę wróciłam z pracy i stałam chwilę w przedpokoju. Patrzyłam na porozrzucane buty, plecaki rzucone pod ścianą i kubek po kakao zostawiony na komodzie. Normalnie bez słowa zaczęłabym sprzątać. Tym razem zdjęłam płaszcz i… usiadłam. Kuchnia była cicha. Nie nastawiłam wody na makaron, nie wyjęłam mięsa z lodówki. Usiadłam przy stole z kubkiem herbaty i patrzyłam przez okno. Czułam niepokój, jakbym robiła coś zakazanego. Po godzinie do domu wszedł Paweł.

Co dzisiaj na obiad? – zapytał z uśmiechem, ściągając buty. – Zgłodniałem.

– Nic – odpowiedziałam spokojnie.

Zajrzał do kuchni.

Nie gotowałaś?

– Nie.

Zamilkł na chwilę, jakby próbował zrozumieć, czy żartuję.

A co z obiadem?

– Nie zrobiłam.

W jego głosie pojawiła się nuta irytacji.

– Dzieci zaraz wrócą z zajęć. Co mamy jeść?

Podniosłam wzrok.

– Nie wiem. Może coś wspólnie przygotujemy?

W tym momencie do mieszkania wbiegła Zosia.

– Mamo, jestem! – zawołała, po czym zajrzała do kuchni. – A co dziś na obiad?

Paweł westchnął.

Mama postanowiła nic nie robić.

Zrobiło mi się przykro.

– Postanowiłam nie robić wszystkiego sama – poprawiłam go.

Kuba wszedł chwilę później, rzucił plecak na podłogę.

– To, co zamawiamy? – zapytał odruchowo.

– Nie – powiedziałam. – Możemy razem coś ugotować. To nie jest trudne.

Paweł oparł się o blat.

– Serio robisz z tego manifest? Jednego dnia nie ma obiadu i już mamy wielką lekcję życia?

– To nie jeden dzień – odpowiedziałam cicho. – To wiele lat.

Zapadła cisza. Czułam, jak serce bije mi szybciej. Bałam się, że zaraz wybuchnę albo się rozpłaczę. A nie chciałam ani jednego, ani drugiego.

– Przecież nikt ci nie kazał wszystkiego brać na siebie – powiedział Paweł.

– Ale też nikt nie zaproponował, że coś przejmie.

Zosia podeszła do mnie i objęła mnie w pasie.

– Mamo, mogę pomóc przy sałatce – powiedziała niepewnie.

Spojrzałam na nią i pierwszy raz od dawna poczułam coś miękkiego w środku.

– Możesz.

Kuba wzruszył ramionami.

Mogę pokroić warzywa. Tylko powiedz jak.

Paweł stał chwilę bez ruchu. Widziałam, że walczy ze sobą. W końcu podszedł do lodówki.

– Dobra. To, co robimy?

Nie było to wielkie pojednanie ani przełomowa przemowa. Kroiliśmy warzywa w niezręcznej ciszy. Co chwilę ktoś pytał, gdzie jest deska albo jak długo gotować makaron. Kuchnia nie wyglądała idealnie, ale pierwszy raz od dawna nie byłam w niej sama. Wieczorem, gdy dzieci poszły do swoich pokoi, Paweł usiadł naprzeciwko mnie.

Czujesz się aż tak przeciążona? – zapytał już spokojniej.

– Tak – odpowiedziałam bez wahania. – I boli mnie, że kiedy o tym mówię, słyszę, że dramatyzuję.

Patrzył na swoje dłonie.

Myślałem, że po prostu tak masz. Że lubisz wszystko kontrolować.

– Lubiłam, kiedy czułam, że to ma sens. Teraz czuję się jak… jak ktoś, kto ma być zawsze gotowy.

Podniósł wzrok.

Nie chciałem, żebyś tak się czuła.

Chciałam mu wierzyć, ale w środku miałam wątpliwości. Jedna wspólna kolacja nie zmienia lat przyzwyczajeń. Tamtej nocy nie zasnęłam od razu. Słuchałam ciszy w mieszkaniu i zastanawiałam się, czy to początek zmiany, czy tylko chwilowy zryw. Bałam się, że jeśli znów wszystko wróci do starego porządku, we mnie już nie będzie siły, by walczyć o rodzinę.

Nie oczekiwałam cudów

Przez kilka kolejnych dni rzeczywiście gotowaliśmy razem. Nie było idealnie. Paweł zapominał o przyprawach, Kuba kroił warzywa w nierówne kawałki, a Zosia częściej podjadała niż pomagała. Kuchnia wyglądała jak po małej burzy, ale pierwszy raz nie miałam wrażenia, że wszystko spoczywa wyłącznie na moich barkach. W sobotę mieli przyjść teściowie. Jeszcze miesiąc wcześniej wpadłabym w wir przygotowań od świtu. Tym razem usiadłam przy stole z kartką i długopisem.

– Robimy plan – oznajmiłam.

Paweł uniósł brwi.

– Plan?

– Tak. Ja zajmę się zupą. Ty pieczesz mięso. Kuba nakrywa do stołu, Zosia robi deser. Jeśli coś się nie uda, trudno. Świat się nie zawali.

Dzieci spojrzały na siebie, jakby to było wyzwanie. Paweł przez chwilę milczał, ale w końcu skinął głową.

– W porządku.

Kiedy teściowa weszła do kuchni, właśnie wyciągałam z piekarnika ciasto Zosi. Było lekko przypieczone z jednej strony.

– Ojej, chyba za długo siedziało – powiedziała, marszcząc czoło.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Paweł stanął obok mnie.

– To my pilnowaliśmy czasu – powiedział spokojnie. – I wyszło świetnie.

Spojrzałam na niego zaskoczona. Teściowa wzruszyła ramionami i usiadła przy stole. Obiad nie był perfekcyjny. Sos był za gęsty, ziemniaki trochę się rozpadły. Jednak przy stole było inaczej. Nikt nie czekał, aż podam kolejne danie. Kuba sam dolał wody do szklanek, Paweł zaniósł talerze do kuchni. Zosia z dumą opowiadała, że deser zrobiła „prawie sama”. Kiedy goście wyszli, w mieszkaniu zapanowała cisza. Stałam w kuchni i patrzyłam na stos naczyń. Przez chwilę włączył się we mnie stary odruch – zrobić wszystko szybko, zanim ktoś zdąży usiąść. Paweł podszedł i chwycił za ściereczkę.

Myję, a ty wycierasz – zaproponował.

Nie był to wielki gest, ale coś we mnie pękło. Tym razem nie ze zmęczenia, tylko z ulgi.

– Dobrze – odpowiedziałam.

Wieczorem usiedliśmy razem w salonie. Bez napięcia. Bez ukrytego żalu.

– Wiesz – odezwał się Paweł – dopiero teraz widzę, ile rzeczy robiłaś codziennie. To naprawdę dużo.

– Nie chodziło mi o pochwały – powiedziałam cicho. – Chciałam czuć, że jesteśmy drużyną.

– To spróbujmy nią być.

Nie obiecał cudów. Nie przysiągł, że już zawsze będzie idealnie. Jednak w jego głosie była szczerość, której wcześniej nie słyszałam. Zmiana nie przyszła z dnia na dzień. Zdarzały się potknięcia. Czasem znów miałam ochotę przejąć wszystko, bo szybciej, bo dokładniej. Musiałam uczyć się odpuszczać, a oni – brać odpowiedzialność. Kilka tygodni później usiedliśmy przy stole jak zwykle w niedzielę. Obrus nie był idealnie wyprasowany, a sałatka miała za dużo soli. Jednak kiedy spojrzałam na Pawła, który rozmawiał z dziećmi i jednocześnie podawał półmisek, poczułam coś, czego dawno nie czułam – spokój. Nie musiałam już godzić wszystkich za wszelką cenę. Nie musiałam udowadniać, że dam radę. Kiedy powiedziałam, że potrzebuję wsparcia, w końcu zostałam usłyszana. Nasz stół przestał być miejscem, przy którym jedna osoba dźwiga wszystko. Stał się miejscem, przy którym naprawdę byliśmy razem.

Marta, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama