Reklama

Nazywam się Agnieszka. Mam czterdzieści dwa lata, pracuję jako pielęgniarka na oddziale wewnętrznym w miejskim szpitalu. Jestem też matką – a właściwie matką samotną, bo ojciec mojej córki zniknął z naszego życia tak szybko, jak się w nim pojawił. Julkę wychowuję sama od czternastu lat. Od tylu samo lat żyję w ciągłym biegu. Dom – praca – dyżur – dom. I tak w kółko. Zdarzało mi się zasypiać w ubraniu, z herbatą zimną jak lód na stoliku. Ale nigdy nie żałowałam. Bo robiłam to dla niej.

Julka to mądre dziecko. Ambitna, zdolna, rozsądna. Zawsze sobie powtarzałam, że to najważniejsze – że ma szansę na dobre życie, lepsze niż moje. Ale odkąd weszła w ten wiek, w którym dziewczyny częściej rozmawiają z telefonem niż z matką, coś się w niej zmieniło. Stała się chłodna. Obca. Czasem mam wrażenie, że jestem dla niej tylko tłem. Kimś, kto gotuje, pierze i płaci rachunki. Wiem, że jestem zmęczona. Że nie zawsze mam siłę na rozmowę, żarty, bliskość. Ale czy naprawdę jestem tak złą matką? Zrobiłabym dla niej wszystko… I właśnie dlatego wzięłam te nadgodziny.

Chciałam w to wierzyć

– Ty się wykończysz, Aga – powiedziała Kasia, moja koleżanka z oddziału, gdy zgłaszałam się na kolejny nocny dyżur. – Przecież ledwo stoisz na nogach.

– Muszę – odparłam krótko, nie wdając się w szczegóły.

Nie miałam wyboru. Studniówka Julki zbliżała się wielkimi krokami, a jej marzenia były bardzo konkretne. Sukienka od tej projektantki z internetu, makijaż próbny i właściwy, włosy z doczepami, sesja zdjęciowa z koleżankami, no i oczywiście sam bilet na bal. Rachunek? Prawie dwa tysiące. Większość rzeczy zamawiałyśmy online. Julka przysyłała mi linki z dopiskiem „to” albo „muszę mieć”. Prawie nie było rozmowy. Tylko polecenia. Próbowałam jakoś sprowadzić ją na ziemię, sugerowałam, żeby może wzięła tańszą sukienkę, że może sama ją uczeszę, ale na nie chciała słuchać.

Ja – jak automat – klikałam „kup teraz”, a potem liczyłam, ile jeszcze muszę przepracować godzin, żeby nas na to było stać. Bywało, że wracałam z dyżuru, nie wiedząc, czy jestem w dzień czy w nocy. A mimo to wstawałam, gotowałam, prałam, prasowałam jej tę sukienkę, jakby była zrobiona ze złota.

– Masz już wszystko, co chciałaś – powiedziałam jej, gdy przyszła ostatnia paczka.

– No i? – rzuciła, nawet nie patrząc na mnie.

Zabolało. Nawet bardzo. Ale wytłumaczyłam to sobie. Stres, presja, emocje. Może nie umie tego okazać. Może w środku jednak jest wdzięczna. Chciałam w to wierzyć.

– Po co ty się tak poświęcasz? One i tak tego nie docenią – mruknęła Kasia, widząc mnie z sińcami pod oczami.

Ale ja przecież nie robiłam tego dla wdzięczności. Robiłam to z miłości… Prawda?

Chciałabym, żeby po prostu mnie zauważyła

Tego dnia wstałam wcześniej, mimo że ledwo co wróciłam z nocnego. Głowa mi pękała, oczy piekły, ale nie mogłam sobie pozwolić na zmęczenie. Zrobiłam Julce jajecznicę, taką, jak lubi – z pomidorami i cebulką. Nie zeszła na śniadanie. Pewnie znów była zajęta kręceniem filmików albo układaniem włosów. Czekałam chwilę, a potem zaniosłam jej talerz do pokoju.

– Postaw na biurku – rzuciła, nawet nie odrywając wzroku od ekranu.

Uśmiechnęłam się blado i wyszłam. Prasowałam jej sukienkę z niemal nabożną czcią, jakby to był święty relikt, a nie kawałek materiału za 900 złotych. Gdy zobaczyłam ją gotową – makijaż, włosy, sukienka, buty – zaniemówiłam. Moja mała córeczka wyglądała jak z okładki magazynu. I nawet nie chciała, żebym zrobiła jej zdjęcie.

– No to idę – powiedziała, chwytając torebkę.

– Pięknie wyglądasz – powiedziałam cicho. – Baw się dobrze, kochanie.

– Mhm.

Zamknęły się za nią drzwi. I tyle. Żadnego „dziękuję”, żadnego uśmiechu. Nawet nie spojrzała. Usiadłam przy kuchennym stole. Przez chwilę tylko patrzyłam w pusty talerz.

– Nie chcę, żeby myślała, że robię to dla siebie. Ale czasem... czasem chciałabym, żeby po prostu mnie zauważyła – powiedziałam potem przez telefon do Izy, mojej siostry.

Po drugiej stronie była cisza. Iza zawsze wiedziała, kiedy nie ma sensu mówić czegokolwiek. W tamtej chwili byłam tylko kobietą siedzącą w pustym mieszkaniu, w szlafroku, z drżącą dłonią i pytaniem, które tłukło się po głowie jak echo: Czy naprawdę zrobiłam coś źle?

Może to wszystko naprawdę nie miało sensu?

Było kilka dni po studniówce, sobota, miałam w końcu wolne. Julka przyprowadziła koleżanki – dwie głośne, pachnące perfumami nastolatki z paznokciami jak szpony. Włączyły muzykę, rozsiadły się na kanapie z chipsami, śmiały się co chwilę. Starałam się nie przeszkadzać, tylko przemknąć przez salon po herbatę. I wtedy to usłyszałam.

– To twoja mama? – zapytała jedna z dziewczyn, wskazując mnie ukradkiem.

– Tak. Ostatnio czepia się o wszystko – odpowiedziała Julka, jakby mówiła o jakiejś uciążliwej sąsiadce.

Nie wiem, jak długo stałam w tej kuchni. Może minutę, może dziesięć. W końcu wróciłam do pokoju, usiadłam na łóżku i wbiłam wzrok w dywan. „Ok, czyli jestem tylko tą, która czepia się o wszystko”. Poczułam smutek. Przejmujący, ciężki smutek. Może to wszystko naprawdę nie miało sensu? Może te noce bez snu, podwójne dyżury... były tylko głupim błędem kogoś, kto łudził się, że miłość wystarczy. Od tej chwili patrzyłam na Julkę inaczej. Już nie z czułością, a z dystansem. I pierwszy raz w życiu pomyślałam: może mnie nie kocha. Może już dawno przestała.

Bo ty nic nie rozumiesz!

Nie mogłam spać tej nocy. Leżałam na boku, patrząc w ciemny sufit. W uszach wciąż słyszałam ten głos: „To taka kobieta, u której mieszkam.” Nie płakałam. Chyba już nie miałam siły. Rano, gdy zeszła do kuchni, byłam gotowa. Nie zła. Spokojna. Ale w środku wszystko we mnie krzyczało.

– Naprawdę tak o mnie myślisz? – zapytałam cicho. – Że tylko się czepiam?

Julka spojrzała na mnie znad telefonu. Zmarszczyła brwi.

– Podsłuchiwałaś mnie?

– Nie. Po prostu miałam pecha, że twoje słowa do mnie dotarły.

Westchnęła, przewróciła oczami. I wtedy coś we mnie pękło.

– Ja ciebie urodziłam, Julka. Sama cię wychowałam. Ojciec zwiał, a ja zostałam. Byłam i matką, i ojcem. I teraz słyszę, że jestem „tą czepialską”?

– Mamo, nie rób sceny. To była tylko gadka przy koleżankach...

– Wiesz co? Nie obchodzi mnie, co sobie one pomyślały. Ale to, co powiedziałaś, bolało. Tak bardzo, że aż nie wiem, jak mam dalej z tobą rozmawiać.

– Bo ty nic nie rozumiesz! – wybuchła. – Wszystko musisz kontrolować, wtrącasz się we wszystko!

– Nie wierzę, Julka– powiedziałam z goryczą. – To że cię wspieram i chcę pomóc, nazywasz wtrącaniem się?

Odeszła bez słowa. Tylko trzasnęły drzwi w jej pokoju.

Chciałam być dobrą matką

Cały dzień panowała cisza. Julka zamknęła się w pokoju, nawet nie wychodziła po jedzenie. Ja zresztą nie gotowałam. Nie miałam na to siły. Zrobiłam sobie herbatę, której nie dopiłam, i siedziałam przy stole, gapiąc się w ścianę. Czułam się pusta. Zupełnie, jakby ktoś mnie z siebie wylał i zostawił tylko skorupę. Zaczęłam się zastanawiać: czy ja naprawdę byłam dla niej tylko służącą? Czy to wszystko, co robiłam przez te wszystkie lata, naprawdę nic nie znaczyło?

Chciałam być dobrą matką. Przez lata łudziłam się, że jak się wystarczająco postaram, to mnie pokocha. Że zrozumie. Że doceni. A teraz miałam przed oczami obraz dziewczyny, która z pogardą mówi o mnie do koleżanek. Wieczorem było już ciemno. Nie zapalałam światła. Siedziałam w salonie w ciszy, jakby ciemność miała mnie ochronić przed własnymi myślami. Rano, zanim zdążyłam się obudzić na dobre, zobaczyłam coś na stole. Kartkę. Zwykłą, wyrwaną z zeszytu. „Wiem, że nie byłam fair. Przepraszam.” Zwinęłam kartkę w dłoni. I nie wiedziałam, czy to coś zmienia. Może trochę.

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama