„Harowałem na plantacji pomidorów, żeby zarobić na bilet i odwiedzić mamę. Okazało się, że tylko ja za nią tęskniłem”
„Praca była monotonna, ale miałem jeden cel – każdy dzień, każda godzina, każdy kosz zebranych owoców przybliżały mnie do momentu, w którym wsiądę w samolot do Irlandii. Tam czekała na mnie matka, której nie widziałem od ponad dziesięciu lat”.

- Redakcja
Pot spływał mi po karku, mieszając się z pyłem, który unosił się przy każdym kroku. Praca była monotonna, ale miałem jeden cel – każdy dzień, każda godzina, każdy kosz zebranych owoców przybliżały mnie do momentu, w którym wsiądę w samolot do Irlandii. Tam czekała na mnie matka, której nie widziałem od ponad dziesięciu lat. Wyjechała, gdy miałem dwanaście, obiecując, że wróci „na chwilę”. Chwila trwała do dziś, a ja odliczałem czas, by przekonać się, czy naprawdę jeszcze na mnie czekała.
Ręce drżały mi z wysiłku
Słońce tego dnia prażyło mocniej niż zwykle. Powietrze drżało nad polami, a Pietro krążył między rzędami, jakby chciał nas wszystkich doprowadzić do obłędu.
– Szybciej, szybciej! – ponaglał po włosku, machając rękami. – Te pomidory same się nie zbiorą!
Pochyliłem się, by zerwać kolejną kiść, ale ręce drżały mi z wysiłku.
– Nie jesteśmy maszynami – rzuciłem pod nosem.
– Co powiedziałeś? – Pietro stanął przede mną, opierając dłonie na biodrach.
– Nie robię tego dla ciebie, tylko dla siebie – odpowiedziałem ostrzej, niż zamierzałem.
Uśmiechnął się krzywo, jak ktoś, kto ma ochotę zranić jednym zdaniem.
– Rodzina i tak się zawsze od ciebie odwróci, prędzej czy później.
Słowa uderzyły we mnie mocniej niż upał. Chciałem odpowiedzieć, ale język jakby przywarł mi do podniebienia. Odwróciłem się szybko. Przez resztę dnia nie mogłem wyrzucić jego zdania z głowy. Wspomnienia przychodziły same – krótkie telefony od matki, jej głos pośpieszny, jakby między jednym a drugim obowiązkiem. „Kocham cię, Mateuszku” – mówiła, ale zaraz dodawała, że musi kończyć. Zawsze coś ją odciągało. Po pracy siedziałem na drewnianej skrzynce, patrząc, jak Marek zwija papierosa.
– Po co ty się tak zaharowujesz? – zapytał, zaciągając się. – Myślisz, że ta twoja matka w ogóle czeka, aż przyjedziesz?
– Oczywiście, że czeka – odparłem, choć sam nie wiedziałem, czy wierzę w te słowa.
Marek parsknął śmiechem.
– Ludzie zmieniają się szybciej, niż myślisz. Zwłaszcza na emigracji.
Nie mogłem zasnąć
Po kolacji w baraku zapadła cisza. Większość chłopaków poszła spać, ale ja wpatrywałem się w telefon. Długo zastanawiałem się, czy zadzwonić.
– Mateusz! – głos matki rozbrzmiał ciepło, choć w tle słyszałem stuk garnków i szum wody. – Jak tam u ciebie?
– W porządku – skłamałem. – Trochę gorąco, dużo roboty. A u ciebie?
– Wiesz… praca, dom, wszyscy zdrowi.
Rozmowa była powierzchowna. Kilka pytań o zdrowie, o to, co jem, czy mam z kim pogadać. Kiedy zebrałem się na odwagę, powiedziałem:
– Myślę, że już niedługo kupię bilet. W końcu się zobaczymy.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Mateusz… to może nie być dobry moment.
Zmarszczyłem brwi.
– Co to znaczy?
– Mam teraz dużo pracy. I… gości w domu.
– Gości? – powtórzyłem, czując, jak wzbiera we mnie niepokój. – To znaczy, że mam nie przyjeżdżać?
– Nie mówię, że nie. Po prostu… może później.
– Czekam na ten moment od dziesięciu lat, mamo – wyrzuciłem z siebie szybciej, niż zdążyłem pomyśleć.
– Wiem, kochanie, ale… – urwała. – Muszę kończyć.
Zostałem z telefonem w ręce. Marek nie spał.
– Dzwoniłeś? – zapytał.
Skinąłem głową.
– No i?
– Powiedziała, że to może nie być dobry moment.
– Czasem prawda wisi w powietrzu, ale człowiek udaje, że jej nie czuje.
Tej nocy długo nie mogłem zasnąć.
Zrobiło mi się gorąco
Następnego dnia praca szła mi wolniej niż zwykle. Podczas przerwy usiadłem w cieniu przy baraku. Marek stał obok i rozmawiał przez telefon. Nie chciałem podsłuchiwać, ale jego głos niósł się wyraźnie.
– …mówię ci, dzieciaki to dla nich tylko wspomnienie – powiedział, śmiejąc się krótko. – Tak, znam jednego, co tyra jak wół, żeby do matki pojechać. A ona nawet nie chce, żeby przyjechał…
Zrobiło mi się gorąco. Wieczorem, kiedy większość już spała, usłyszałem szept w kuchni baraku. Znajoma, która mnie tu ściągnęła, rozmawiała przez telefon. Nie bywała tu często, ale przyjechała na kilka dni, bo miała w okolicy rodzinę.
– … Mateusz nie powinien teraz jechać – mówiła cicho, ale z naciskiem. – On nie zna całej prawdy o matce. Lepiej, żeby się nie dowiedział tak… nagle.
Zamarłem przy drzwiach, a serce tłukło mi się w piersi. Słyszałem, jak odkłada słuchawkę i wzdycha. Cicho wróciłem do łóżka, ale spać nie mogłem. Rano, kiedy wyszła przed barak z kubkiem kawy, podszedłem.
– O co chodzi z tą prawdą o mamie? – zapytałem, patrząc jej prosto w oczy.
Znajoma uniosła wzrok znad kubka.
– Porozmawiamy o tym później.
– Czyi kiedy?
Nie odpowiedziała. Wstała i odeszła.
Krew odpłynęła mi z twarzy
Nie wytrzymałem długo. Już po południu, kiedy wróciliśmy z pola, usiadłem naprzeciw znajomej. Pachniało świeżym chlebem i zupą, ale apetyt miałem zerowy.
– Powiedz mi, o co chodzi. Wczoraj słyszałem twoją rozmowę.
Odstawiła kubek, splatając dłonie na blacie.
– Mateusz… twoja matka ma nową rodzinę. Męża. I dziecko.
Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy.
– Co?
– Bała się, że jak przyjedziesz, to wszystko się posypie. Twój widok byłby dla niej przypomnieniem przeszłości, której chciała się pozbyć.
Patrzyłem na nią, ale słowa nie docierały.
– A ja… całe lata odkładałem każdy grosz, żeby ją zobaczyć…
– Wiem. Ale ona… inaczej ułożyła sobie życie – znajoma odwróciła wzrok. – Myślała, że tak będzie lepiej dla wszystkich.
– Dla wszystkich? – parsknąłem gorzko. – Bo dla mnie na pewno nie.
Wstałem tak gwałtownie, że krzesło zaskrzypiało. Ruszyłem polną drogą między plantacjami, nie patrząc, dokąd idę. W głowie mieszały się obrazy – jej obietnice z dzieciństwa, uśmiech przy rozmowach wideo, krótkie „kocham cię” kończone pośpiechem. Teraz każde z tych wspomnień wydawało się wyblakłe i fałszywe. Usiadłem na kamieniu przy drodze. Palce drżały, gdy wyciągnąłem telefon. Mogłem zadzwonić i wyrzucić jej wszystko. Mogłem też… w ogóle nie jechać.
Nie mogłem zasnąć
Wieczorem usiadłem z Markiem na skrzynkach, patrząc, jak słońce barwi niebo na pomarańczowo. Milczeliśmy długo, aż on odezwał się pierwszy.
– Słyszałem, że gadałeś dziś z Zosią.
– Powiedziała mi… wszystko – odpowiedziałem krótko.
Marek skinął głową, jakby spodziewał się tego.
– I co teraz?
– Nie wiem. Może nie jechać. Po co mam się pchać tam, gdzie mnie nie chcą?
– Wiesz, ja też tu robię dla kogoś, kto ma mnie gdzieś. Myślałem, że jak odłożę pieniądze i wrócę, to coś się zmieni. Ale czasem… warto jechać nie dla nich, tylko dla siebie. Żeby zobaczyć prawdę na własne oczy.
– A jeśli ta prawda mnie dobije? – zapytałem.
– To przynajmniej będziesz wiedział. Lepiej dostać cios w twarz, niż całe życie się zastanawiać, kiedy przyjdzie.
Patrzyłem na słońce znikające za linią drzew. Miał rację, choć łatwiej było słuchać takich rad, niż się do nich zastosować.
– Może to już nie jest moja matka – powiedziałem cicho. – Może jest nią tylko w papierach.
– Albo jest nią bardziej, niż myślisz – odpowiedział, gasząc papierosa. – Nie dowiesz się tego, siedząc tu i zrywając pomidory.
Noc spadła szybko. Leżałem w baraku, wpatrując się w ciemny sufit.
Byłem w kropce
Ostatnie dni pracy na plantacji minęły szybciej, niż się spodziewałem. Pola pustoszały, a w baraku panował dziwny spokój, jakby wszyscy myślami byli w drodze do domów. Też odliczałem godziny, ale wciąż bez ostatecznej decyzji. W dniu wypłaty trzymałem w rękach plik banknotów. Dokładnie tyle, ile potrzebowałem na bilet. Jakby były kluczem do drzwi, których nie byłem pewien, czy chcę otworzyć. Spakowałem torbę, wrzucając do środka kilka koszul, zdjęcie z dzieciństwa i telefon. Poszedłem na dworzec autobusowy. Poczekalnia pachniała kawą i mokrymi kurtkami. Na tablicy odjazdów migały nazwy miast – każde z nich mogło mnie zabrać w inną stronę.
Usiadłem na twardej ławce. Obok starszy mężczyzna czytał gazetę, kobieta z dzieckiem zasypiała oparta o plecak. Patrzyłem w tablicę i zastanawiałem się, czy za kilka godzin będę w drodze na lotnisko, czy wrócę do wynajętego pokoju i jeszcze trochę zostanę w tej włoskiej prowizorce życia. Wyciągnąłem telefon. Numer matki wyświetlał się na ekranie, czekał na jedno dotknięcie. Jednak palec zawisł w powietrzu. Może wcale nie chodziło o to, czy pojadę. Może ważniejsze było to, że mogę. Że tym razem wybór należał do mnie, a nie do obietnic sprzed lat czy cudzych decyzji.
Autobus do Rzymu zaryczał silnikiem. Wstałem z torbą na ramieniu. Zrobiłem krok w stronę drzwi, a potem zatrzymałem się, czując, jak serce bije szybciej. Nie powiem, czy zdobyłem się na odwagę, by odwiedzić matkę. Wiedziałem jednak, że od tej chwili byłem już innym człowiekiem.
Mateusz, 24 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na letnim festiwalu znalazłam miłość. Przystojniak pod sceną sprawił, że moje serce zaczęło bić przyspieszonym rytmem”
- „Nieurodziwy sąsiad zabrał mnie windą do nieba. Osiągnęliśmy piękny szczyt, ale zaraz potem zaliczyłam twarde lądowanie”
- „Mieliśmy lecieć do słonecznej Grecji, a spędziliśmy urlop na wsi. Owoce morza w tawernie zastąpiły placki ziemniaczane”