Reklama

Nie lubię mówić. Nigdy nie lubiłem. I nie dlatego, że nie mam nic do powiedzenia. Wręcz przeciwnie – w głowie wrze, gotuje się od słów, których nigdy nie wypowiedziałem. W warsztacie jest głośno, więc to wygodne. Szlifierka, spawarka, radio – wszystko zagłusza ciszę między mną a ojcem. A to właśnie ta cisza potrafi najbardziej kłuć w uszy.

Warsztat to całe moje życie. A raczej – to, co z niego zostało. Zacząłem pracować z ojcem, jak miałem szesnaście lat. Nie dlatego, że chciałem. Tylko dlatego, że „ktoś musi” i „szkoła to nie dla takich jak ty, Grześ”. Od tamtej pory codziennie przez dwadzieścia dwa lata robię to samo – naprawiam cudze graty, oddycham smarem i próbuję nie wybuchnąć.

Ojciec… Mechanik wojskowy z krwi i kości. Zawsze twardy, zawsze powściągliwy, zawsze „tak ma być i już”. Nie znał innych słów niż „zrób to”, „źle” i „jeszcze raz”. „Jestem z ciebie dumny” – takich rzeczy się u nas nie mówiło.

Kiedyś, jak miałem może dziesięć lat, sklejałem model samolotu. Sam, z instrukcji, której nie rozumiałem. Pokazałem mu to, dumny. Patrzył chwilę, wziął model do ręki, obrócił i powiedział:

– Skrzydła krzywo.

Zawsze coś było krzywo, nie tak, nie tak, jak trzeba. W pewnym momencie przestałem próbować robić dobrze. Robiłem tylko tyle, ile musiałem. Przestałem też mówić. Po co, skoro każde słowo wracało jak kamień? Z czasem zamilkłem całkiem. Stałem się dobrym narzędziem. Bez emocji, bez głosu. Tylko w środku wszystko się zbierało – gniew, wstyd, smutek, żal. Taki smar wewnętrzny, którego nie da się zmyć. Ale dziś… Dziś coś się zmieniło. Dziś po raz pierwszy pomyślałem, że może można inaczej.

Ostatnia awantura

Zaczęło się jak zwykle – od papierów. Staliśmy przy biurku w kącie warsztatu, na którym piętrzyły się segregatory, stare faktury, zniszczony kalkulator i kubek z długopisami, z których połowa nie pisała. Ojciec miał w ręku jedną z faktur – tę za wymianę sprzęgła w starym oplu, który odebrali wczoraj. Nie odzywał się przez chwilę, tylko patrzył na dokument, marszcząc brwi. Wiedziałem już, co zaraz nastąpi. Zawsze poprzedzało to milczenie. Cisza, która wisiała w powietrzu jak nadchodząca burza.

– Ile razy mam ci mówić, że najpierw opis? – warknął w końcu i rzucił fakturę na blat.

– Zrobiłem tak, jak zawsze – odpowiedziałem cicho.

– Jak zawsze, czyli źle! – podniósł głos. – Gdybyś ty chociaż raz pomyślał, zanim coś spieprzysz...

Zacisnąłem szczękę. Nie spojrzałem mu w oczy. Wiedziałem, że czeka na moją reakcję, że prowokuje. Stał naprzeciwko, z narzędziem w ręku, jakby trzymał broń, której nawet nie potrzebował, bo jego słowa były wystarczające. Przez chwilę próbowałem się uspokoić. Wziąłem oddech, ale to nie pomogło. Poczułem, jak coś we mnie się podnosi – nie złość, nie gniew, tylko zmęczenie. Przemęczenie byciem wciąż nie dość dobrym.

Odłożyłem klucz na blat i powiedziałem tylko:

– Dłużej nie.

Spojrzał na mnie, jakby nie dosłyszał.

– Co?

– Dłużej nie – powtórzyłem. – Nie będę tego robił. Nie w ten sposób. Nie z tobą.

Zamarł. Przez chwilę naprawdę myślałem, że coś odpowie, że jakoś to spróbuje załagodzić. Ale nie. Zacisnął usta, skrzywił się jak po gorzkiej herbacie.

– Jak chcesz żyć, bez tego?

Odpowiedź przyszła mi szybciej, niż się spodziewałem.

– Wolno. I bez ciebie.

Nie czekałem, aż coś powie. Odwróciłem się, wziąłem swoją kurtkę z wieszaka, przeszedłem przez warsztat, minąłem samochód, który miałem dzisiaj rozebrać do połowy, i wyszedłem na zewnątrz. Nie zamknąłem za sobą drzwi.

Na ulicy zatrzymałem się i dopiero wtedy poczułem, jak zaczynam oddychać. Nie było to radosne uczucie, raczej dziwne, nieznane. Jakby ktoś odpiął z pleców ciężki plecak, do którego przywykłem tak bardzo, że nie pamiętałem, kiedy go założyłem. Szukałem wzrokiem czegoś, czego nie potrafiłem nazwać. Może potwierdzenia, że dobrze zrobiłem. Może znaku, że mogę iść dalej.

Czułem się jak zdrajca. Jakby mnie ktoś wyrzucił z własnego życia, chociaż to ja przekręciłem klucz w zamku. Było we mnie pusto, a jednocześnie dziwnie lekko. W głowie huczało, ale tym razem to nie był głos ojca. To był mój własny głos, który po raz pierwszy od lat coś powiedział.

Ciche dni

Nie wróciłem do warsztatu. Nie zadzwoniłem. Nie pisałem. Chodziłem bez celu po mieście, z rąk do kieszeni i z powrotem. Wstępowałem do miejsc, które kiedyś mijałem codziennie, ale nigdy nie miałem czasu się zatrzymać. Usiadłem w bibliotece, której nie odwiedzałem od liceum. Przeglądałem książki, nie czytałem, tylko przewracałem strony, słuchając ciszy, w której nikt niczego ode mnie nie chciał. Czułem pustkę. Ale ta pustka była jakaś… spokojna. Nie bolała.

Spotkałem sąsiada pod blokiem.

– Coś ci się stało, że nie w robocie? – zapytał z niedowierzaniem.

– Wreszcie coś się stało – odpowiedziałem. Uśmiechnął się krzywo, chyba nie zrozumiał.

Wieczorem siedziałem na kanapie i przypomniało mi się, jak miałem może osiem lat, powiedziałem ojcu, że chcę zostać nauczycielem plastyki. Spojrzał na mnie wtedy i powiedział:

– Nie gadaj głupot. Trzymaj się roboty. I ja się trzymałem. Przez dwadzieścia lat. A teraz uczyłem się, jak to jest puścić. Minął tydzień. Wieczór był cichy, nie różnił się od poprzednich. Telefon zawibrował. Zerknąłem. Wiadomość od ojca. „Na fakturach się nie znam. Ale tę wolność ci podpisuję”. Czytałem to zdanie w kółko, jakby miało się zmienić w coś innego. Jakby miał zaraz dosłać drugą część, z przeprosinami, z uznaniem, z czymkolwiek. Ale nie. To było wszystko. I to wystarczyło. Bo pierwszy raz nie powiedział, że coś zrobiłem źle.

Nie odpisałem. Nie miałem siły, może nie miałem odwagi. Siedziałem tylko i myślałem, ile to kosztowało go napisać. Zwykłe jedno zdanie, toporne jak jego ręce. Ale uczciwe. A może nawet… czułe? Jak na niego – bardzo. Nie było tam „przepraszam”. Nie było „jestem z ciebie dumny”. Ale pierwszy raz nie było „zawaliłeś”. I to mi zostało.

Poszedłem tam, sam nie wiem, po co

Poszedłem tam wieczorem. Bez planu. Bez słów w głowie. Po prostu stanąłem po drugiej stronie ulicy i patrzyłem. Warsztat wyglądał jak zawsze – poszarzały, przyciśnięty do ziemi ciężarem lat. Ojciec był w środku. Próbował zapiąć podnośnik, ale coś mu nie szło. Widziałem, jak się irytuje, jak przekłada narzędzia, jak próbuje jeszcze raz. Nie zawołał.

Podszedłem do bramy. Zauważył mnie i odłożył klucz. Nie podszedł bliżej. Tylko spojrzał.

– Po klucze? – zapytał.

– Po siebie – odpowiedziałem.

Zamilkł. Przesunął wzrok gdzieś w bok. Jakby coś chciał powiedzieć, ale nie wiedział, jak zacząć. Albo może wiedział, tylko nie potrafił wypuścić słów.

– To nie tak miało być, ale... nie umiałem inaczej – powiedział w końcu.

Nie odpowiedziałem. Patrzyliśmy na siebie w tej ciszy, która w naszym przypadku była i tak więcej niż czymkolwiek innym.

– Ja już nie chcę żyć jak ty – powiedziałem. I odszedłem.

Za plecami nie usłyszałem już nic.

Nie umiał inaczej

W domu usiadłem przed szufladą, do której nie zaglądałem od lat. Między notatkami, paragonami i zapomnianymi bateriami znalazłem zeszyt. Ten stary, warsztatowy, z grubą okładką, którą kiedyś sam zakleiłem taśmą. Przerzucałem strony. Schematy, numery części, nazwiska klientów. Zwykłe bazgroły, które przypominały więcej, niż chciałem.

W środku, między kartkami, znajdowało się zdjęcie. Ja, może sześcioletni, śpiący na skrzynce z narzędziami. Na mnie rozłożona była kurtka ojca. Zniszczona, ciężka, pachnąca olejem i chłodem. Patrzyłem na to zdjęcie długo. I nie wiedziałem, co czuję. Może nic. A może wszystko naraz.

Może to, że on po prostu nie umiał inaczej. Może nigdy nie był kimś, kto mówi „kocham cię” albo „dobrze to zrobiłeś”, ale jednak – przykrył mnie swoją kurtką. Bo chyba tak okazywał troskę. Po swojemu. Zamknąłem zeszyt i schowałem z powrotem. Nie wszystko trzeba rozumieć. Czasem wystarczy nie wracać.

Może kiedyś go zaproszę

Nie wróciłem do warsztatu. Nie z przekory. Po prostu nie miałem już tam po co wracać. Wynająłem niewielką przestrzeń w starym budynku po sklepie. Przerobiłem ją na coś własnego. Nie warsztat. Raczej pracownię. Z czasem zacząłem dłubać przy starych rowerach, odnawiać przedmioty, których nikt już nie chciał. Robiłem to powoli, bez pośpiechu, bez wrzasków i rozkazów.

Telefon od ojca nie dzwonił. Nie było więcej wiadomości. SMS, który wtedy przysłał, skasowałem. Ale pamiętałem każde słowo. Czasem zastanawiałem się, czy kiedyś zaproszę go na kawę. Tak zwyczajnie. Bez rozmowy o robocie. Może kiedyś. Może nie. Jeszcze nie teraz. Na razie – bez niego.

Grzegorz, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama