Reklama

Dla większości ludzi wtorek to kolejny dzień walki z budzikiem, korkami i szefem, który ma wieczne pretensje. Dla mnie to dzień, w którym mogę w końcu nadrobić zaległości w ulubionym serialu, wypić trzy kawy w piżamie i zaplanować obiad, na który mam czas i ochotę. Wybrałam życie, w którym system pracuje na mnie, a nie ja na system. I wiecie co? Nie wstydzę się tego ani trochę.

Ten moment, gdy zamykają się drzwi

Budzik zadzwonił o szóstej trzydzieści. Nie mój, oczywiście. To telefon mojego męża, Darka, zaczął wibrować na szafce nocnej, zwiastując początek jego dwunastogodzinnej zmiany w magazynie. Przekręciłam się na drugi bok, naciągając kołdrę aż po sam nos. Słyszałam, jak Darek ciężko wzdycha, jak szura kapciami w drodze do łazienki, a potem brzęk talerzyka w kuchni. To są dźwięki, które kiedyś wywoływały we mnie stres, przypominały o konieczności wyjścia na zimny przystanek autobusowy. Teraz były dla mnie jak kołysanka, utwierdzająca mnie w przekonaniu, że podjęłam właściwą decyzję.

Wstałam dopiero pół godziny później, tylko po to, by wyprawić dzieci do szkoły. Kacper i Lenka, moi mali uczniowie, potrzebowali śniadania i kanapek. To jest mój jedyny obowiązek, który traktuję z nabożną powagą. Jestem matką, dobrą matką, która zawsze ma czas, by zawiązać dziecku but i sprawdzić, czy spakowało strój na WF. Nie jestem jedną z tych popędzających kobiet, które w biegu rzucają dzieciom drożdżówkę kupioną na stacji benzynowej, bo są spóźnione na spotkanie zarządu.

– Mamo, podpiszesz mi zgodę na wycieczkę? – zapytała Lenka, przeżuwając płatki.

– Oczywiście, kochanie. Daj mi to tutaj – powiedziałam spokojnie, biorąc długopis.

Gdybym pracowała, pewnie krzyczałabym teraz, żeby się pospieszyli, bo ucieknie nam autobus. A tak? Pełen spokój. Kiedy drzwi za nimi się zamknęły, a w domu nastała błoga cisza, poczułam to, co czuję każdego dnia. Wolność. Spojrzałam na zegarek. Była siódma czterdzieści pięć. Całe miasto właśnie stało w korkach, ludzie przeklinali pod nosem, trąbili na siebie, wylewali kawę na wyprasowane koszule. A ja? Ja właśnie nastawiałam ekspres na świeże cappuccino i wybierałam playlistę z relaksującą muzyką.

To, co zmieniło moje postrzeganie świata

Nie zawsze tak było. Przez pięć lat pracowałam w dyskoncie spożywczym. Pamiętam ten ból pleców, te opuchnięte nogi i ten specyficzny zapach chemii gospodarczej, który wżerał się w moje ubrania. Pamiętam klienta, który rzucił we mnie pomidorem, bo był za miękki, i kierowniczkę, która potrącała mi z pensji za każdą minutę spóźnienia, nawet gdy autobus nie przyjechał przez śnieżycę. Wtedy myślałam, że tak trzeba. Że na tym polega dorosłość – na cierpieniu za najniższą krajową.

Wszystko zmieniło się, gdy urodziłam Lenkę. Poszłam na urlop macierzyński, a potem wychowawczy. Zaczęłam liczyć. Siedziałam z kartką papieru i kalkulatorem, sumując wszystkie dodatki, zasiłki rodzinne, zapomogi mieszkaniowe i dopłaty do ogrzewania. Kiedy zestawiłam to z pensją Darka i odjęłam koszty moich dojazdów do pracy, opiekunki do dzieci i jedzenia na mieście, wynik był szokujący.

Okazało się, że wracając do pracy, nie zyskałabym miesięcznie zbyt wiele. Czy warto było sprzedawać osiem godzin swojego życia dziennie, plus dojazdy, za taką kwotę? Dla mnie odpowiedź była oczywista. Nie.

Teraz mam swoje rytuały. Po kawie siadam do komputera. Nie, nie szukam pracy. Przeglądam fora internetowe, grupy dla matek, lokalne portale ogłoszeniowe. To jest moja specyficzna „praca” – bycie na bieżąco z tym, co mi się należy. Wiem, kiedy i gdzie złożyć odpowiednie wnioski, żeby skorzystać z należnych mi pomocy. To wymaga sprytu. Jestem w tym mistrzynią. Moja teczka z dokumentami jest uporządkowana lepiej niż w niejednym korporacyjnym archiwum.

Spotkanie z rzeczywistością innej kobiety

Około dziesiątej zadzwonił dzwonek do drzwi. Spodziewałam się kuriera z nową narzutą na kanapę (upolowaną na wyprzedaży online), ale w progu stała moja szwagierka, Beata. Wyglądała jak cień człowieka.

– Cześć, Marlena – wydyszała, opierając się o framugę. – Masz chwilę? Muszę usiąść, bo zaraz zemdleję.

– Jasne, wchodź. Co się stało? Nie jesteś w pracy? – zapytałam, wpuszczając ją do mojego pachnącego lawendą salonu.

– Wzięłam urlop na żądanie. Nie dałam rady. Migrena mnie wykończyła, a szef rano zrobił awanturę o raport, który wysłałam o drugiej w nocy.

Beata jest menadżerką w dużej firmie logistycznej. Zarabia trzy razy tyle co Darek. Ma piękny dom pod miastem, dwa samochody w leasingu i wiecznie podkrążone oczy. Jej dzieci wychowuje niania, a ona widuje je głównie w weekendy, o ile nie musi nadrabiać papierkowej roboty.

Zrobiłam jej herbatę. Usiadła na fotelu i rozejrzała się po pokoju. To specyficzne spojrzenie, które znam na pamięć.

– Masz tu tak... czysto – powiedziała, a w jej głosie brzmiał wyrzut. – I cicho.

– Dzieci w szkole, Darek w pracy. Mam czas, żeby ogarnąć – odparłam lekko, siadając naprzeciwko niej z moją filiżanką.

– Ja nie mam czasu nawet na to, żeby wrzucić pranie – westchnęła, masując skronie. – Czasami zastanawiam się, po co to wszystko.

– To po co to robisz? – zapytałam wprost.

Bo trzeba żyć na poziomie, Marlena. Bo trzeba spłacać kredyt, odkładać na studia dla dzieci, na wakacje w Egipcie. Ty tego nie zrozumiesz.

Uśmiechnęłam się w duchu. Wakacje w Egipcie? My jeździmy nad jezioro, do domków kempingowych. Dzieci są zachwycone, bo spędzam z nimi cały dzień w wodzie, a nie siedzę z nosem w telefonie, sprawdzając maile służbowe na leżaku w Hurghadzie.

– Rozumiem więcej, niż myślisz – powiedziałam spokojnie. – Po prostu mam inne priorytety. Wolę być wypoczęta i uśmiechnięta dla moich dzieci niż kupować im drogie zabawki, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia, że mnie nie ma.

Beata zacisnęła usta. Wiedziałam, że trafiłam w czuły punkt.

– To nie jest takie proste. Ktoś musi pracować na ten kraj – rzuciła z przekąsem. – Na te wszystkie zasiłki też. Z moich podatków to idzie, wiesz?

Każdy wybiera swoją drogę

To był ten moment. Moment, w którym uprzejmości się kończą, a zaczyna się prawdziwa rozmowa o tym, co nas dzieli. Wiedziałam, że Beata od dawna chciała mi to powiedzieć. Że jestem dla niej obciążeniem, społecznym balastem.

– Wiem, Beato – odpowiedziałam, nie podnosząc głosu. – I jestem ci bardzo wdzięczna. Dzięki twojej ciężkiej pracy i twoim podatkom, ja mogę upiec dzisiaj ciasto ze śliwkami i pomóc Kacprowi w lekcjach. To system tak działa, nie ja go wymyśliłam. Ja tylko z niego korzystam.

– To jest niemoralne – syknęła, odstawiając gwałtownie filiżankę. – Siedzisz tu, nic nie robisz, a inni wypruwają sobie żyły. Darek haruje w magazynie, a ty co? Oglądasz seriale?

Poczułam lekkie ukłucie, ale szybko je stłumiłam.

Darek nie narzeka. Ma czysty dom, ciepły obiad, wyprasowane koszule i żonę, która nie wrzeszczy na niego ze zmęczenia po powrocie z pracy. To jest nasz układ. A co do moralności... Czy moralne jest, żeby matka widziała swoje dziecko godzinę dziennie przed snem? Każdy wybiera swoją drogę.

Beata milczała przez chwilę. Patrzyła na mnie, jakby widziała mnie po raz pierwszy.

– Kiedyś się na tym przejedziesz – powiedziała w końcu cicho. – Zmienią się przepisy, Darek straci pracę albo, nie daj Boże, nie będzie go. I co wtedy zrobisz? Nie masz doświadczenia, nie masz lat pracy. Zostaniesz z niczym.

To była prawda. To był jedyny cień, który kładł się na moim idealnym życiu. Strach o przyszłość. Ale nauczyłam się go spychać na margines świadomości. Żyję tu i teraz.

– Wtedy będę się martwić – odparłam. – Na razie radzę sobie świetnie. A ty? Jesteś szczęśliwa, Beato? Tak szczerze?

Nie odpowiedziała. Wstała, poprawiła swoją drogą marynarkę i ruszyła do wyjścia.

– Muszę wracać. Czuję się lepiej. Może jeszcze zdążę na to popołudniowe spotkanie.

Kiedy wyszła, poczułam ulgę. Ale też dziwną satysfakcję. Jej wizyta tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że mam rację. Ona miała pieniądze, prestiż i samochód. Ja miałam czas. I to ja byłam tą, która po jej wyjściu mogła wrócić na kanapę z książką, a nie pędzić do szklanego biurowca.

Sąsiedzka przysługa, czyli jak spłacam długi

Po południu, zanim dzieci wróciły ze szkoły, zapukałam do drzwi pani Halinki, staruszki mieszkającej piętro niżej. Pani Halinka ma osiemdziesiąt lat i ledwo chodzi. Rodzina odwiedza ją rzadko, bo wszyscy są „zajęci”. Pracują, robią kariery.

– Dzień dobry, pani Halinko! – zawołałam, wchodząc do jej kuchni. Drzwi miała otwarte, bo wiedziała, że przyjdę.

– O, Marlenka. Jak dobrze cię widzieć – uśmiechnęła się. – Zrobisz mi zakupy, dziecko? Skończyło mi się mleko i chleb.

– Oczywiście. I wezmę te recepty do wykupienia.

Zrobiłam jej zakupy, posprzątałam trochę w kuchni, nastawiłam pranie. To zajęło mi godzinę. Godzinę, której Beata nigdy by nie znalazła. Pani Halinka próbowała wcisnąć mi dwadzieścia złotych „za fatygę”, ale odmówiłam.

– Nie trzeba. Kupiłam sobie przy okazji batonika – skłamałam, bo wiedziałam, że tak będzie jej łatwiej to przyjąć.

Wracając do domu, myślałam o tym, jak dziwnie skonstruowany jest świat. Ludzie tacy jak Beata uważają mnie za darmozjada. Ale to ja jestem tą, która wie, że sąsiadka spod czwórki ma katar i trzeba jej podrzucić zupę. To ja odbieram paczki kurierskie dla połowy klatki, bo nikogo nie ma w domu. Jestem spoiwem tej małej społeczności, właśnie dlatego, że „siedzę w domu”.

Jestem dobrą żoną i matką

O czternastej trzydzieści odebrałam dzieci ze szkoły. Były uśmiechnięte, rozgadane. Nie musiały iść na świetlicę, gdzie siedziałyby do siedemnastej w hałasie, czekając na zmęczonych rodziców.

– Mamo, dostałem piątkę z plastyki! – krzyknął Kacper.

– Super! W nagrodę zrobimy dziś gofry z bitą śmietaną – zapowiedziałam. Ich radość była bezcenna.

W domu zjedliśmy obiad. Nie odgrzewaną pizzę, ale domową zupę pomidorową i naleśniki. Rozmawialiśmy. Słuchałam o ich problemach z kolegami, o nowej pani od matematyki. Byłam tam. Całą sobą.

Wieczorem wrócił Darek. Był zmęczony, jego dłonie były szorstkie od pracy fizycznej, ale kiedy wszedł do domu, jego twarz pojaśniała. Zapach pieczonego ciasta, cichy szum telewizora, dzieci bawiące się na dywanie.

– Cześć, kochanie – pocałowałam go w policzek. – Kolacja na stole.

– Jesteś niemożliwa – mruknął, siadając ciężko na krześle. – Nie wiem, jak ty to wszystko ogarniasz.

– Mam swoje sposoby – mrugnęłam do niego.

Darek nigdy nie robił mi wyrzutów, że nie pracuję. Czasami widzę, że jest zmęczony tym, że cały ciężar finansowy spoczywa na nim, ale z drugiej strony – docenia ten spokój. Jego koledzy z pracy wracają do pustych domów albo do żon, które są tak samo wykończone jak oni, przez co w domu panuje wieczna nerwówka. U nas jest azyl. Darek płaci za ten azyl swoją pracą, a ja swoim czasem i zarządzaniem domowym ogniskiem.

List, który mógł wszystko zepsuć

Dwa tygodnie później w skrzynce znalazłam pismo. Serce podeszło mi do gardła. Koperta z urzędowym stemplem zawsze wywołuje ten specyficzny dreszcz niepokoju. Czyżby Beata miała rację? Czyżby coś się skończyło? Otworzyłam list drżącymi rękami, stojąc jeszcze na klatce schodowej. „Konieczność stawienia się w celu złożenia wyjaśnień. Weryfikacja dochodów”. Poczułam, jak uginają mi się nogi. Jeśli zabiorą nam pieniądze, budżet się nie dopnie. Będę musiała... pójść do pracy.

Ta myśl była jak kubeł zimnej wody. Wyobraziłam sobie znowu ten rygor, wstawanie o świcie, użeranie się z szefem. Nie, nie mogę do tego dopuścić. Weszłam do mieszkania, zrobiłam sobie mocną kawę i usiadłam do stołu. Przeczytałam pismo jeszcze raz, tym razem na chłodno. Znalazłam haczyk. Chodziło o błąd w systemie, o niezaksięgowaną wpłatę za jeden miesiąc. Wystarczyło donieść wyciąg z konta i oświadczenie. Uśmiechnęłam się do siebie. To tylko mała przeszkoda.

Następnego dnia rano, zamiast oglądać serial, ubrałam się ładnie – w białą koszulę i marynarkę, którą trzymam na takie okazje – i poszłam do urzędu. Byłam miła, rzeczowa, uśmiechnięta.

Wszystko się zgadza, pani Marleno – powiedziała w końcu, podbijając pieczątkę. – Przepraszamy za kłopot. System czasami szwankuje.

– Nie ma problemu. Miłego dnia życzę – rzuciłam promiennie.

Wychodząc z urzędu, czułam się jak zwyciężczyni. Obroniłam swoje terytorium. Obroniłam swój styl życia.

Nie wszystko złoto, co się świeci

Wracając do domu, minęłam sklep, w którym kiedyś pracowałam. Przez szybę widziałam kasjerkę – młodą dziewczynę, która prawie płakała, próbując obsłużyć awanturującego się klienta. Kolejka była długa, atmosfera gęsta. Poczułam ukłucie współczucia, ale też ogromną ulgę, że jestem po tej drugiej stronie szyby.

Ludzie mogą mówić, co chcą. Mogą nazywać mnie nierobem. Ale prawda jest taka, że w dzisiejszym świecie bycie „nierobem” to luksus, na który trzeba mieć odwagę. Odwagę, by powiedzieć „nie” konsumpcjonizmowi, wyścigowi szczurów i presji społecznej.

Mam mało pieniędzy? Być może. Nie stać mnie na markowe buty ani na egzotyczne wakacje. Moje dzieci noszą ubrania po kuzynach, a meble mam z drugiej ręki. Ale mam coś, czego nie kupi się za żadne pieniądze. Mam czas, by patrzeć, jak moje dzieci dorastają. Mam czas, by wypić kawę, póki jest gorąca. Mam czas, by żyć.

Siedzę teraz na balkonie. Jest ciepłe popołudnie. Dzieci bawią się na placu zabaw pod blokiem – widzę je stąd. Darek zaraz wróci, a w piekarniku dochodzi zapiekanka z produktów, które dostałam wczoraj w paczce żywnościowej. Jestem zrelaksowana, jestem spokojna.

Czy żeruję na innych? Może. Ale czy ci inni są szczęśliwsi ode mnie? Patrząc na Beatę, szczerze w to wątpię. Ja znalazłam swoją niszę i zamierzam w niej siedzieć tak długo, jak się da. Bo życie jest za krótkie, żeby spędzić je w pracy, której się nienawidzi, by kupować rzeczy, których się nie potrzebuje, by zaimponować ludziom, których się nie lubi. Ja wybrałam inaczej. I dobrze mi z tym.

Marlena, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama