Reklama

Z zewnątrz moje życie wyglądało jak z katalogu: dom z ogródkiem, dwójka nastolatków, stała praca, stabilne małżeństwo. Tyle że od środka wszystko było inne. Budziliśmy się obok siebie, ale czuliśmy się jak współlokatorzy. Marek mówił „dzień dobry” tylko, gdy o czymś zapomniał. Nasze rozmowy sprowadzały się do listy zakupów, grafiku dzieci i rachunków do opłacenia. Czasem, patrząc w lustro, zastanawiałam się, kiedy ostatni raz spojrzał na mnie jak na kobietę. Albo czy w ogóle jeszcze umiał. Ja już zapomniałam, jak to jest czuć motyle w brzuchu. Coraz częściej łapałam się na tym, że zamiast złości czy smutku – czuję pustkę. Jakby ktoś powoli wygaszał światło w moim wnętrzu. Nie narzekałam, nie robiłam awantur. Grałam rolę dobrej żony, matki, księgowej. I tylko czasem, gdy dzieci zasypiały, a Marek zaszywał się z laptopem, siadałam w ciemnej kuchni i myślałam: „Czy tak już będzie zawsze?”. Nie chciałam wielkich rewolucji. Chciałam tylko, żeby ktoś znowu zobaczył mnie naprawdę. I żeby mnie coś w środku poruszyło.

Byłam gotowa na przygodę

– Zrobimy coś razem? Może spacer? – zapytałam Marka, kiedy tylko dojechaliśmy do pensjonatu.

– Mam parę rzeczy do nadrobienia, kochanie. Spóźniłem się z raportem – mruknął, już z laptopem na kolanach.

Przecież mieliśmy odpocząć. Razem – powiedziałam cicho, ale wiedziałam, że to jak rozmowa z telewizorem.

Dzieci zniknęły gdzieś z telefonami, Marek wciągnął się w tabelki. Zostałam z termosami i walizkami. Pomyślałam, że to będzie długi tydzień. Następnego dnia rano, przy śniadaniu, Marek zerknął na zegarek.

– Wpadnę tylko na chwilę do lobby, lepszy zasięg.

– Oczywiście, przecież wakacje są od pracy – uśmiechnęłam się słodko, ale i tak tego nie zrozumiał.

Właśnie wtedy, z czystej złości, wpisałam w telefon: „Lekcje narciarskie dla początkujących, indywidualnie”. Dwie godziny później byłam już na stoku. Instruktorem okazał się być Tomek – wysoki, opalony, z zawadiackim uśmiechem i spojrzeniem, które zatrzymywało się trochę na mnie za długo.

Gotowa na przygodę? – zapytał, poprawiając mi nartę. – Pani radzi sobie świetnie. Aż szkoda, że mąż nie patrzy.

– On… nie lubi zimna – odparłam, zbyt szybko, zbyt nerwowo.

Tomek się tylko uśmiechnął. A ja poczułam coś, co zapomniałam, że istnieje – przyjemne ukłucie w żołądku. Wieczorem Marek nawet nie zapytał, jak było. Kiwnął głową na „dobry wieczór” i zamknął się z laptopem. Tymczasem w mojej głowie krążyły słowa Tomka. I jego spojrzenie. Pierwszy raz od lat nie czułam się tylko żoną i matką.

– Aż szkoda, że mąż nie patrzy – przypomniałam sobie znów. I chyba właśnie wtedy zaczęło się to wszystko.

Obrączka mnie parzyła

Na kolejną lekcję szłam jak na randkę. Bez sensu, przecież to tylko instruktor. Ale i tak dobrałam bardziej dopasowaną kurtkę, związałam włosy w wysoki kucyk. Zrobiłam makijaż. Kiedy Tomek podszedł do mnie, uśmiechnął się tak, że poczułam ciepło w karku, mimo styczniowego wiatru.

– O, widzę, że pani dziś pełna energii – zażartował. – Wczoraj to był tylko rozruch?

– Dziś jestem gotowa dać z siebie więcej – powiedziałam i sama nie wierzyłam, że tak to zabrzmiało.

Zjeżdżaliśmy raz, drugi, trzeci. Tomek czasem dotykał moich pleców, ustawiając postawę. Kiedy poprawiał moje dłonie na kijkach, poczułam jego ciepłe palce na swoich. A potem – jego spojrzenie. Nie było przypadkowe. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy zbyt długo. Po lekcji nie wróciłam od razu do pokoju. Usiadłam w kawiarni przy stoku, zamówiłam grzańca i schowałam dłonie w rękawiczkach. Poczułam, jak obrączka uciska mi palec. Zdjęłam ją. Palec rzeczywiście był lekko zaczerwieniony. „Przeszkadza pod rękawicą” – powiedziałam sobie w myślach. Ale prawda była inna. Ona mnie parzyła. Wieczorem Marek znowu był wpatrzony w ekran.

– Fajnie się bawiłaś? – zapytał, nie odrywając wzroku.

– Tak, bardzo – odpowiedziałam. I poczułam dziwne ukłucie. Nie dlatego, że go okłamałam. Tylko dlatego, że nawet nie zauważył, że nie mam obrączki.

Leżałam później w łóżku z otwartymi oczami. Myślałam o Tomku. O tym, jak na mnie patrzył. I o tym, że dawno nikt nie patrzył tak... na mnie. Wstyd mi było, naprawdę. Ale w tym wstydzie było też coś ekscytującego. Nie planowałam tego. Ale czułam, że idę gdzieś, skąd może być trudno zawrócić.

Pocałował mnie delikatnie

Tego dnia lekcja miała być krótsza, ale Tomek zaproponował:

– Chcesz spróbować jednej trasy poza głównym szlakiem? Tam mniej ludzi, ciszej. Zobaczysz – warto.

Zgodziłam się od razu. Nie wiedziałam, czy chodziło o zjazd, czy o bycie z nim sam na sam. Może o jedno i drugie. Zjechaliśmy wąskim leśnym pasem. W połowie drogi Tomek zatrzymał się i odpiął narty.

– Chodź, tu kawałek trzeba przejść pieszo. Pokażę ci miejsce, które lubię.

Weszliśmy kilkanaście kroków pod górę. Było cicho, słychać tylko wiatr i nasze oddechy. W końcu stanęliśmy w miejscu z widokiem na dolinę.

– Ładnie, prawda? – zapytał.

– Bardzo.

Odwróciłam się do niego. Stał blisko. Za blisko. Albo ja nie odsunęłam się w porę. Patrzył na mnie długo. A potem po prostu to zrobił – pocałował mnie. Delikatnie, ale pewnie. Przez sekundę zamarłam. A potem... oddałam pocałunek. Nie było w tym wahania. Tylko głód. Dotyk jego warg był miękki i ciepły. Pachniał śniegiem i czymś jeszcze – młodością, impulsem, tym, czego nie miałam od lat. Oderwaliśmy się od siebie po chwili, oboje zaskoczeni.

– Przepraszam – powiedział.

– Nie przepraszaj – szepnęłam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Z powrotem jechaliśmy w milczeniu. W mojej głowie wszystko wirowało. Czułam się, jakby ktoś porwał mnie z mojego świata na pięć minut do innego życia. I nagle puścił. Wieczorem wróciłam do pokoju. Marek spał, z laptopem na brzuchu, ekran jeszcze świecił. Pochyliłam się i wyłączyłam go. Na chwilę spojrzałam na jego twarz. I poczułam się jak intruz. Położyłam się obok, ale nie mogłam zasnąć. Przez głowę przelatywały mi obrazy: śnieg, oczy Tomka, jego usta. A potem – moje odbicie w lustrze łazienki. Nie poznawałam tej kobiety. Ale wiedziałam, że to wciąż ja. Tylko taka, której bardzo dawno nie było.

Tęskniłam za tym, co było

Po powrocie wszystko wróciło na swoje miejsce. Kurtki w szafie, walizki w piwnicy, Marek przy komputerze. Dzieci od razu wciągnęły się w sprawy szkoły i znajomych, jakby góry były tylko snem. A ja... ja nie mogłam przestać tam być. Codziennie rano, gdy nakładałam obrączkę, palec zdawał się protestować. Po trzech dniach przestałam ją nosić. Powiedziałam Markowi, że palec mi spuchł. Kiwnął głową i nawet nie zapytał więcej. To bolało bardziej niż jego wcześniejsza obojętność. Zaczęłam obsesyjnie przeglądać profil Tomka. Miał publiczne konto, pełne zdjęć ze stoku, z uśmiechniętymi kursantkami, z kolegami. Ja nigdzie się tam nie mieściłam. Nie napisał. Nie zapytał, czy wróciłam, czy wszystko w porządku. Nic. A przecież całował mnie. Patrzył jak nikt od lat. Wieczorami siedziałam przy stole z laptopem otwartym, udając pracę. Marek siadał naprzeciwko, z kubkiem herbaty.

– Wszystko w porządku? – zapytał w końcu.

Podniosłam wzrok. Po raz pierwszy od dawna spojrzał mi w oczy.

– Tak – skłamałam. – Tylko zmęczona.

Nie dopytywał. Może ulżyło mu, że nie musi zagłębiać się w nic trudnego. Może po prostu nie chciał wiedzieć. W środku czułam się jak przewrócony kubek – wszystko się ze mnie wylało. Tylko że nikt tego nie zauważył. Tęskniłam. Sama nie wiedziałam, czy za Tomkiem, czy za tą kobietą, którą przy nim przez chwilę byłam.

Chcę czegoś więcej

W niedzielny wieczór, po kolacji, usiadłam z telefonem w dłoni i przez dłuższą chwilę gapiłam się w puste okienko wiadomości. W końcu napisałam jedno zdanie: „Czasem myślę o tamtym zjeździe”. Wysłałam. Serce zabiło mi mocniej. Po minucie sprawdziłam, czy przeczytał. Nie. Po godzinie – wciąż nic. Po trzech dniach przestałam sprawdzać. Nie dlatego, że przestało mnie obchodzić. Bo przestałam się łudzić.

Przypominałam sobie ten moment znowu i znowu. Jakby przez ten jeden pocałunek z kimś o piętnaście lat młodszym mogłam wrócić do wersji siebie, która jeszcze czegoś chciała. Ale teraz zaczęłam się zastanawiać... czy naprawdę pragnęłam jego? Czy może tylko chciałam się poczuć pożądana? Doceniona? Czy on był wyborem – czy ucieczką? Wieczorem Marek siedział na kanapie. Po raz pierwszy od dawna przerwał ciszę.

– Ty się jakoś zmieniłaś – powiedział. – Jesteś daleko. Nie mówisz już nic. Znikasz.

Spojrzałam na niego. Przez sekundę miałam ochotę powiedzieć wszystko – o Tomku, o obrączce w szufladzie, o tym, że czuję się martwa w środku.

– Praca mnie męczy – odparłam tylko. – I chyba potrzebuję więcej snu.

Skinął głową. Jakby mu to wystarczyło. I właśnie to było w tym najgorsze – że mu wystarczyło. Siedziałam w kuchni, patrząc na obrączkę leżącą na blacie. Mały, złoty krążek, który kiedyś coś znaczył. Teraz był tylko świadectwem życia, które już dawno się wypaliło. Nie założyłam jej. I nie wiedziałam, czy jeszcze kiedykolwiek założę. Nie byłam już tą samą kobietą, która pakowała walizkę na rodzinny wyjazd. Tamta jeszcze miała nadzieję. Ja miałam wspomnienie jednego pocałunku, który przypomniał mi, że istnieję. Nie wiem, czy był tego wart. Ale wiem, że bez niego dalej bym spała. Nie wiem, czy odejdę. Czy zostanę. Ale pierwszy raz od lat wiem jedno: chcę czegoś więcej.

Arleta, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama